Aplikacja Fotball LIVE
  POBIERZ

Dramat Lecha Poznań. Oddali 31 strzałów, ale odpadli. "Prawie udaje się od pięciu lat"

W tym roku Puchar Polski, czyli największa trauma Lecha Poznań była jego jedyną nadzieją na trofeum. Najkrótszą drogą do szczęścia. Ale i tym razem w dramatycznych okolicznościach, na ostatniej prostej, się potknął. W meczu oddał 31 strzałów, ale skończyło się 1:1. Miał przewagę dwóch rzutów karnych, ale przegrał. Do finału awansowała Lechia Gdańsk.
Zobacz wideo

Lech prawie wygrał i prawie awansował do finału. Przez dwie godziny gry prawie trafił do bramki jeden z wielu dobrych strzałów Jakuba Modera. W serii jedenastek bohaterem prawie został Mickey van der Hart, który obronił dwa uderzenia, a po drodze nabawił się kontuzji. Prawie skończył to Dani Ramirez, który wykonywał piątego karnego. Po kontuzji Holendra prawie zastąpił go w bramce absolutny debiutant - Miłosz Mleczko. Prawie, bo zdążył go zmienić, ale wcześniej Kamil Jóźwiak prawie przekopnął trybunę wykonując najważniejszą jedenastkę i kolejnych serii nie było. Lech odpadł. To "prawie" powtarza się od lat, a od czterech nikt nie otwiera gabloty.

Puchar Polski jedyną szansą na trofeum

Puchar Polski był dla Lecha jedyną drogą do szczęścia w tym sezonie. Zajęcie w ekstraklasie miejsca dającego grę w kwalifikacjach europejskich pucharów to jedno - jest potrzebne i finansowo, i wizerunkowo, ale w Poznaniu same kwalifikacje nie zaspokoją apetytów. Najważniejsze było wstawienie pucharu do gabloty, której nikt nie otwierał od 2016 roku, kiedy za szybą lądował Superpuchar Polski. Ale i to trofeum zostało ustawione w drugim rzędzie, bowiem prestiżem do mistrzostwa Polski i Pucharu Polski nie dorosło. Lech od pięciu lat nie odniósł poważnego sukcesu. Od tamtej pory wciąż zawodził w najważniejszych momentach - na ligowym finiszu, w spotkaniach przy wypełnionych trybunach i w finałach Pucharu Polski. Na Narodowym grał trzy razy i niezależnie, czy był faworytem (z Arką w 2017), czy szanse były bardziej wyrównane (z Legią w 2015 i 2016 r.), na końcu schodził pokonany.

W tym roku i tak niewielkie szanse na mistrzostwo ostatecznie prysnęły zaraz po wznowieniu rozgrywek po pandemii, kiedy to Lech przegrał u siebie 0:1 z Legią. Ale nawet przed rundą wiosenną w Poznaniu mówiło się przede wszystkim o chęci zdobycia Pucharu Polski. Już w styczniu wydawał się bowiem być na wyciągnięcie ręki. Wystarczyło tylko wygrać dwa mecze. Gdy w maju Lech wylosował w półfinale Lechię, nadzieje dodatkowo wzrosły. Właściwie im było bliżej meczu, tym okoliczności wydawały się jeszcze bardziej sprzyjać. Od kilku tygodni Kolejorz imponował formą, grał najładniejszą piłkę w Polsce, w weekend wygrał z Legią, a Lechia przegrała w tym czasie z Cracovią aż 0:3. Do składu Kolejorza wracał po zawieszeniu wypoczęty Christian Gytkjaer, najlepszy strzelec ekstraklasy. Poza tym, po trzech przegranych finałach, Lech traktował Puchar Polski w wyjątkowy sposób - zadra była potężna, chęć przełamania - olbrzymia. Półfinałowy mecz z Lechią, który mógł ten ból złagodzić, tylko posypał ranę solą. Bolesna jest nie tylko sama porażka i odpadnięcie. Swoje robią też okoliczności.

Lech Poznań oddał 31 strzałów! Grał lepiej, prowadził w karnych, ale odpadł

Pierwsza połowa byłą festiwalem niewykorzystanych okazji: zaprzepaszczonych ostatnim podaniem, zmarnowanych niecelnym strzałem, zniweczonych nieudanym dryblingiem. Wielokrotnie było blisko gola, ale ostatecznie Lech nie oddał celnego strzału, a Lechia zatrzymała się na jednym - Flavio Paixao. Dopiero po przerwie do dobrego tempa meczu doszły konkrety.

Mijała godzina gry, gdy z lewej strony dośrodkował Rafał Pietrzak, w polu karnym piłki nie sięgnął Lubomir Satka, drugi z obrońców Lecha - Djordje Crnomarković spóźnił się i nie upilnował Paixao, a Portugalczyk celnie uderzył głową. Lechia prowadziła i już wtedy kibice Lecha mogli myśleć, że znów przeżyją przepotężny zawód. Wcześniej to ich zespół atakował, kilka razy uderzył na bramkę, ale piłka ani razu nie poleciała idealnie. Rywale zaatakowali pierwszy raz po przerwie i od razu trafili. Kolejorz ruszył jednak od ataku i już w kolejnej akcji cieszył się z wyrównania. Wreszcie powiódł się strzał sprzed pola karnego - jednak nie Jakuba Modera, który w tym aspekcie jest najlepszy w zespole i wcześniej to on najczęściej próbował uderzać - a Daniego Ramireza. Pomogła mocno zroszona w przerwie murawa, bo piłka po odbiciu dodatkowo przyspieszyła i Zlatan Alomerović nie zdążył jej odbić.

Lech uderzał dalej - Moder najpierw mało nie połamał rąk bramkarzowi Lechii, później prawie złamał słupek. Ale bramki nie zdobył. Dobitki kolegów też były nieskuteczne. Już w doliczonym czasie gry sędzia Tomasz Musiał odgwizdał rzut karny, bo wydawało mu się, że Conrado dotknął piłkę ręką. VAR skorygował jego decyzję, bo piłka trafiła zawodnika Lechii w brzuch. Do wyłonienia finalisty potrzebna była dogrywka. Obraz meczu się nie zmienił - różni piłkarze Lecha dalej kopali z dystansu, ale żaden nie trafił do bramki. Emocji nie brakowało również w dogrywce, ale dopiero seria jedenastek była sceną wielu dramatów.

Prawie się udało

Mickey van der Hart od początku pobytu w Poznaniu nie miał łatwo - a to jeden kibiców przyłapał go w nocy jedzącego kebaba, a to w klubowych mediach pojawiło się niefortunne zdjęcie, na którym wyglądał, jakby miał kilka kilogramów za dużo, a to wpuścił wstydliwą bramkę. W rzutach karnych pracował jednak na miano bohatera - obronił strzał Pietrzaka i nabawił się kontuzji. Lekarz od razu pokazał w stronę ławki rezerwowych, że potrzebna będzie zmiana, ale Holender dzielnie został w bramce jeszcze na dwa strzały. I jeden z nich obronił. Wygrywał z bólem i wygrywał z piłkarzami Lechii. Zyskiwał w oczach kibiców Lecha.

Jego poświęcenie zaprzepaścili koledzy: Filip Marchwiński, perełka Lecha, Dani Ramirez, od początku dający Kolejorzowi jakość, strzelec wyrównującego gola w półfinale i Kamil Jóźwiak, który po sezonie najpewniej wyjedzie z Poznania do zagranicznego klubu. Pracował na piękne pożegnanie. Przez dwie godziny gry był jednym z najlepszych zawodników Kolejorza - ambitny, groźny, nie do przewrócenia. Kilka dobrych podań, celny strzał w końcówce dogrywki. I zakończenie niepasujące do tej historii - wielka pomyłka przy karnym. Ostatecznie Lech odpadł po trafieniu niechcianego w Poznaniu Macieja Gajosa.

Wydawało się, że ten młody, dający się lubić Kolejorz, zaczął dojrzewać - najpierw z zaciśniętymi zębami, w dziesiątkę wyszarpał zwycięstwo z Piastem w Gliwicach, później u siebie ograł Legię Warszawa, teraz szybko odrobił stratę w meczu z Lechią. Ale na końcu znów zamknie sezon z niczym. I coraz trudniej to wytłumaczyć. Przecież znów prawie się udało.

Więcej o: