Aplikacja Fotball LIVE
  POBIERZ

Były race, ale nie było zagrożenia. Za nami najspokojniejszy finał Pucharu Polski od kilku lat

To był jeden z najspokojniejszych finałów Totolotek Pucharu Polski, który został rozegrany na PGE Narodowym. Kibicom Lechii Gdańsk i Jagiellonii Białystok udało się co prawda wnieść na trybuny blisko 150 rac, ale ostatecznie żadna z nich nie wylądowała na murawie.
Zobacz wideo

Przed tegorocznym finałem Totolotek Pucharu Polski trwała wyjątkowa mobilizacja. PZPN i PGE Narodowy już kilka miesięcy temu podjęli działania mające na celu uniemożliwienie powtórek wydarzeń z lat poprzednich, gdy na murawę spadł deszcz rzuconych przez kiboli Lecha Poznań rac i gdy sympatycy Arki Gdynia z rakietnic próbowali ostrzelać sektor Legii Warszawa. Jednym z rozwiązań były dwie olbrzymie siatki rozwieszone wzdłuż trybun północnej i południowej, które miały przeszkodzić w rzucaniu rac w kierunku boiska. Przed spotkaniem zarządzono także bardzo dokładne kontrole osobiste, które miały przeszkodzić we wnoszeniu materiałów pirotechnicznych na teren Narodowego. O ile w trakcie spotkania nie było żadnych niebezpiecznych incydentów, o tyle fani i tak wnieśli na trybuny pirotechnikę.

Kibice Lechii próbowali forsować bramy stadionu

W pierwszej połowie doping kibiców Lechii ograniczył się do wznoszenia haseł przeciwko policji i Polskiemu Związkowi Piłki Nożnej. „Piłka nożna dla kibiców!” skandowała trybuna zajmowana przez tysiące gdańszczan. Był to efekt wzmożonej kontroli bezpieczeństwa, którą przeprowadzała pracująca podczas finału agencja ochroniarska. Kibice obu klubów na PGE Narodowy mogli wchodzić już od rana, ale z tej możliwości skorzystali tylko przyjezdni z Białegostoku. I oni, gdy sędzia Bartosz Frankowski rozpoczął spotkanie, zasiadali na swoich miejscach w komplecie. Jak udało się nam ustalić, wcześniejszego wejścia odmówili goście znad morza, którzy z podchodzeniem do bramy PGE Narodowego zwlekali aż do godz. 15.

Gdy do rozpoczęcia meczu pozostawała godzina, kilka tysięcy osób ruszyło w kierunki bram.

Prawdopodobnie miało to na celu wywarcie presji na ochronie, która przeszukiwała kibiców. Gdy sytuacja zaczęła wymykać się spod kontroli, do akcji wkroczyła policja, która przejęła zadania ochrony i swoim rytmem przepuszczała na teren stadionu tylko przeszukane osoby. To wpłynęło natomiast na opóźnienie w przemieszczaniu się lechistów. Ostatecznie pojawili się oni na swojej trybunie w przerwie i w drugiej połowie wznowili prowadzenie dopingu.

Blisko 150 rac, ale żadnych niebezpiecznych incydentów

Jak co roku na trybunach pojawiły się race. Było ich jednak stosunkowo niewiele. Kibicom z Białegostoku udało się przemycić ok. trzydziestu rac i dwie świece dymne. Znacznie więcej pirotechniki wnieśli na PGE Narodowy gdańszczanie. Ci w trakcie finału odpalili ponad siedemdziesiąt rac, a kolejne trzydzieści wykorzystali po meczu, gdy celebrowali zwycięstwo w Pucharze wraz z piłkarzami. Poza jedną sytuacją, gdy na trybunie fanów Jagiellonii od racy zapaliła się jedna z band reklamowych, która tliła się przez dwie minuty, race dogasały bez stwarzania zagrożenia dla kibiców i nie lądowały na murawie. Swoją rolę spełniła też siatka, która skutecznie odstraszyła sympatyków obu zespołów przed rzucaniem rac na murawę.

Kibice mogli obejrzeć za to dwie szydercze sektorówki, które przygotowali kibice obu zespołów. Pierwsza z nich przedstawiała zamaskowanego mężczyznę w barwach Jagiellonii na tle napisu „Łączy nas piłka”, druga łucznika, który podpaloną strzałą celuje w znajdujący się w oddali PGE Narodowy. Obie oprawy zostały okraszone ogniem rac. Tym razem "grozą" powiało wyłącznie z sektorówek. Za nami najspokojniejszy od kilku lat finał Totolotek Pucharu Polski.