Jeszcze niedawno Łukasz Piszczek - już w roli trenera - łączony był z klubami ekstraklasy, a nawet reprezentacją Polski. Początek pierwszej samodzielnej pracy na szczeblu centralnym jest jednak dla 40-letniego szkoleniowca koszmarny, a jego GKS Tychy nie wygrał żadnego z siedmiu meczów i szoruje po dnie I ligi. - Tam się nic nie zgadza. Gdyby Piszczek nie nazywał się Piszczek, pewnie już zostałby zwolniony - podsumował w TVP Sport Łukasz Gikiewicz, były napastnik, a dziś ekspert tej stacji.
197 - tyle dni na zwycięstwo czeka GKS Tychy. Klub, który jeszcze niedawno bił się o awans do ekstraklasy, znajduje się na dnie I ligi. Po koszmarnej jesieni drużynie miał pomóc Łukasz Piszczek, który tym samym rozpoczął samodzielną pracę w roli trenera na szczeblu centralnym. 66-krotny reprezentant Polski nie odmienił jednak Tyszan i wciąż czeka na pierwsze zwycięstwo. W ostatnich latach tak słaby początek miało tylko kilku trenerów.
- Do tego, że Piszczek zna się na piłce, nikogo nie trzeba przekonywać. Nie wierzę, że ktoś taki nie wie, jak ustawić drużynę, czy jaki dobrać model gry. Piszczek był świetnym piłkarzem, pracował z wieloma trenerami, sam też zebrał już doświadczenie i jako pierwszy szkoleniowiec, i jako asystent w Dortmundzie. Ale na razie to wszystko nie ma żadnego przełożenia na to, co się dzieje w Tychach - mówi nam były piłkarz m.in. Legii Warszawa, dziś ekspert TVP Sport, Bartłomiej Kalinkowski.
- Po tych kilku meczach trudno powiedzieć, czym miałaby charakteryzować się drużyna Piszczka. Szczególnie źle wygląda w ataku. Ale to nie znaczy, że od razu trzeba zmieniać trenera, bo żaden nie zagwarantuje natychmiastowej poprawy - dodaje.
Życie powiedziało: "sprawdzam"
O tym, że Piszczek zostanie trenerem, wiadomo było od dawna. Kiedy w 2021 r., po 11 latach spędzonych w Borussii Dortmund, wrócił do Polski, trafił na kurs trenerski prowadzony przez PZPN. Piszczek kończył karierę w trzecioligowym LKS Goczałkowice-Zdrój, który w 2023 r. objął jako grający trener. Ale zainteresowanie nim było dużo większe.
66-krotny reprezentant Polski odmówił Fernando Santosowi i Michałowi Probierzowi powrotu do kadry w roli asystenta w ich sztabach. Latem 2024 r. zdecydował się za to na powrót do Dortmundu, gdzie niespodziewanie został asystentem Nuriego Sahina. Ta przygoda potrwała jednak raptem siedem miesięcy. Po serii słabych wyników Sahin został zwolniony, a Piszczek, który mógł zostać w klubie w roli tymczasowego szkoleniowca, w geście solidarności z byłym kolegą z boiska również odszedł z Borussii.
Wrócił do Goczałkowic i - jak wspominał w jednym z wywiadów - sezon 2025/26 zaczął z myślą, by w niedługim czasie rozpocząć pracę jako pierwszy trener. Szansa przyszła szybko, bo na przełomie października i listopada do Piszczka zgłosił się GKS Tychy, który chwilę wcześniej zwolnił Artura Skowronka.
- Poświęciłem bardzo dużo czasu, by przeanalizować tę decyzję. Przeprowadziłem dużo rozmów na temat tego, jak funkcjonuje ten klub i jak jest zarządzany. Uważam, że wszystko jest tu na odpowiednim poziomie. Jest też dobra infrastruktura i młoda drużyna, która znajduje się w trudnym momencie, ale uważam, że z moim sztabem będziemy w stanie ją podnieść i wprowadzić na odpowiednie tory. Musimy przywrócić zespołowi pewność siebie, jaką imponował na początku sezonu - mówił Piszczek zaraz po objęciu posady w Tychach.
Sytuacja GKS rzeczywiście była wyjątkowo trudna. Piszczek rozpoczynał pracę z drużyną, która znajdowała się w strefie spadkowej I ligi, z punktem straty do zajmującej bezpieczne miejsce Stali Mielec. Najgorsza była jednak niemoc Tyszan, którzy na zwycięstwo czekali od 21 sierpnia i spotkania z Puszczą Niepołomice (2:1). Od tamtej pory GKS nie wygrał 10 meczów w lidze i odpadł z Pucharu Polski, po porażce z trzecioligowym Zawiszą Bydgoszcz (0:2). Klub z dużymi ambicjami, który jeszcze w sezonie 2020/21 grał w barażach o awans do ekstraklasy, znalazł się na dnie.
- Jestem przyzwyczajony do presji. Jako piłkarzowi co tydzień życie mówiło mi: "sprawdzam". W tej kwestii nic się nie zmienia. Piłka nożna to moja pasja, kocham to, co robię. Nie po to poświęciłem ostatnie cztery lata na pracę w kierunku uzyskania licencji trenera, by teraz z tego nie skorzystać. Jeśli ktoś uważa, że dla mnie, nazwijmy to "dużego nazwiska", to jakieś "sprawdzam", to ja nie mam z tym problemu. Ale sam chcę zobaczyć, jak będę funkcjonował jako pierwszy trener. Wydaje mi się, że jestem na to gotowy, ale życie pisze różne scenariusze i muszę być na nie przygotowany - mówił Piszczek.
Dwa punkty w siedmiu meczach
Na razie wyniki nie bronią Piszczka. Co więcej, są tak słabe, że trudno znaleźć trenerów, którzy w I lidze radziliby sobie równie źle. Do tej pory Piszczek poprowadził GKS w siedmiu meczach i nie odniósł ani jednego zwycięstwa. Tyszanie pod wodzą 40-latka zremisowali dwa spotkania i przegrali aż pięć. Jak wyliczył portal weszlo.com, w ciągu ostatnich 20 lat gorszy początek pracy na zapleczu ekstraklasy miało tylko dwóch trenerów. W 2012 r. Jacek Trzeciak w Polonii Bytom zdobył tylko punkt w pierwszych siedmiu spotkaniach. Dwa lata później w Okocimskim Brzesko równie słaby bilans miał Robert Orłowski. Obaj trenerzy niedługo później zostali zwolnieni.
W debiucie Piszczka na ławce trenerskiej GKS przegrał na wyjeździe ze Stalą Rzeszów (1:2), a kilka dni później został rozbity przez Miedź Legnica (1:6). Promykiem nadziei był ostatni mecz w 2025 r., w którym GKS zremisował 1:1 z Polonią Warszawa, a po spotkaniu Tyszanie mogli mówić o niedosycie. Mimo że przegrywali od 5. minuty, nie tylko wyrównali, ale mieli też więcej okazji do strzelenia decydującego gola.
- Musimy wejść do drużyny i ją poznać. Dopiero wtedy zdecydujemy, jakie mamy potrzeby. Jeśli już jednak zdecydujemy się na transfery, nie będziemy patrzeć na pochodzenie zawodnika, a na jego umiejętności - mówił Piszczek w rozmowie z oficjalnym kanałem klubu. Mimo że chwalił swoich zawodników, zimą nie wykluczał zmian. Mało kto jednak spodziewał się ich rozmiaru.
Zimą z klubu odeszło aż ośmiu piłkarzy, a w ich miejsce sprowadzono dziewięciu nowych. Do GKS przyszli: bramkarz Jakub Mądrzyk, obrońcy Luis Silva i Igor Łasicki, pomocnicy Bartłomiej Barański, Marcin Listkowski, Paweł Łysiak, Dani Sandoval i Jacek Wuwer oraz napastnik Piotr Krawczyk. To zróżnicowana grupa, w której są piłkarze i młodzi, i doświadczeni. Jedni trafili do GKS z klubów większych, jak Wisła Kraków (Łasicki), inni z mniejszych, jak LKS Goczałkowice-Zdrój (Wuwer). Efekt pozostał jednak bez zmian i drużyna Piszczka potężnie rozczarowuje.
Rewolucja nie przyniosła efektu
Nadzieje tyskich kibiców rozbudziły sparingi, w których GKS odniósł aż pięć zwycięstw i poniósł tylko jedną porażkę. Rozgrywki ligowe szybko sprowadziły jednak drużynę na ziemię.
Jeszcze w porażce 1:3 z Wisłą Kraków na inaugurację rundy można było doszukiwać się pozytywów. GKS zaczął mecz odważnie, naciskał zdecydowanego lidera I ligi i nawet zasłużenie prowadził 1:0. Drużyna Piszczka w dwie minuty straciła jednak dwa gole i w efekcie też kontrolę nad spotkaniem. W całym meczu Wisła oddała tylko trzy celne strzały, ale każdy z nich kończył się golem. Porażka z liderem - zwłaszcza w takim stylu - nie była jednak powodem do wstydu i wielkich obaw.
- Podobała mi się organizacja w grze defensywnej na połowie przeciwnika. Nie cofnęliśmy się, dobrze broniliśmy w średnim pressingu. Staraliśmy się wypychać Wisłę i nie dopuściliśmy jej do wielu okazji - mówił po meczu Piszczek, który podkreślał, że długimi momentami w Krakowie jego drużyna grała tak, jak on tego chce.
O ile na tle faworyzowanej Wisły GKS wypadł obiecująco, o tyle bardzo rozczarował w trzech kolejnych meczach przeciwko drużynom słabszym, teoretycznie w swoim zasięgu. Najpierw był remis u siebie z Odrą Opole (1:1), a potem przygnębiające, wyjazdowe porażki z Górnikiem Łęczna (0:1) i Puszczą Niepołomice (1:2). Przygnębiające, bo w obu spotkaniach GKS wyglądał marnie.
- To dla nas trudna sytuacja, ale musimy się otrząsnąć i dać z siebie więcej. Zwłaszcza niż w pierwszej połowie, bo to nie może tak wyglądać - mówił Piszczek po meczu w Łęcznej. - Mam w sobie bardzo dużo emocji, które staram się hamować. Ale przy takiej serii nie jest to łatwe - dodawał po niedzielnej porażce z Puszczą.
- Gdyby analizować kolejka po kolejce, GKS rzeczywiście najlepiej wyglądał w Krakowie przeciwko Wiśle. Tam drużynę zgubiły jednak proste błędy. W kolejnym spotkaniu, z Odrą, było nieźle, ale zabrakło im jakości z przodu, by wykorzystać okazje i "zabić" mecz. Dwa ostatnie spotkania były już jednak bardzo słabe. I z każdym kolejnym meczem tej drużynie coraz trudniej będzie budować niezbędną pewność siebie - zauważa Kalinkowski.
Piszczek reaguje i zmienia
W meczu z Puszczą GKS zagrał wyjątkowo słabo. W całym spotkaniu drużyna oddała tylko dwa celne strzały, a jednym z nich było uderzenie Krawczyka na pustą bramkę, przy golu na 1:0.
- Tam się nic nie zgadza. Gdyby Piszczek nie nazywał się Piszczek, pewnie już byłby zwolniony - mówił w programie TVP Sport Łukasz Gikiewicz.
- Rzadko się z "Gikim" zgadzam i mało kiedy jestem tak radykalny w opiniach jak on, ale w tym wypadku muszę przyznać, że wyniki są efektem jakości gry - stwierdza Kalinkowski. - Trzeba mieć świadomość, że są rzeczy, które zrobi piłkarz Borussii Dortmund, a których nie zrobi gracz GKS Tychy. I nie chodzi tylko o umiejętności techniczne, ale też takie rzeczy jak rozumienie piłki i tempo przyswajania nowych rzeczy. Być może problemem jest to, że Piszczek ma inne standardy, jest przyzwyczajony do poziomu funkcjonowania zawodników Borussii. Nie może oczekiwać, że w Tychach będzie podobnie.
Piszczek stara się reagować i szukać nowych rozwiązań. Po porażce w Krakowie dokonał trzech zmian w podstawowym składzie na spotkanie z Odrą.
- Presja z zewnątrz będzie coraz większa. Staram się tego unikać i mówię drużynie, że mamy się koncentrować tylko na tym, na co mamy wpływ. Będziemy tak działać bez względu, czy wyniki będą pozytywne, czy negatywne, bo wierzę, że ten proces doprowadzi do tego, że zaczniemy seryjnie wygrywać - mówił 40-latek niespełna trzy tygodnie temu.
Po porażce w Łęcznej Piszczek na niedzielny mecz z Puszczą dokonał aż sześciu zmian w składzie i w podstawowej jedenastce wystawił trzech napastników. Zmieniło się też podejście GKS, bo mimo większej liczby napastników w składzie, drużyna zagrała bardziej pragmatycznie. Piszczek na konferencji prasowej przyznał, że chciał przyjąć rywala na własnej połowie i okazji do strzelenia gola szukać w kontrataku. Nie przyniosło to jednak oczekiwanego efektu, a bramkę GKS zdobył po kuriozalnej sytuacji, którą zapoczątkował strzał z połowy boiska.
- O ile GKS był w stanie nieźle się bronić, o tyle w ataku zagrał bardzo słabo. Wydawało się, że przechwyty będą największą szansą Tyszan, ale oni kompletnie nie wiedzieli, co zrobić z piłką. Mimo że mieli trzech piłkarzy z przodu, nie było atakowania przestrzeni, kontrataków, bo ci zawodnicy bardzo źle się poruszali. Wyglądało to naprawdę marnie - ocenia Kalinkowski, który komentował ten mecz.
- GKS ma problem z pewnością siebie. Od obrony można oczekiwać niemal stuprocentowego wykonywania planu gry, rozliczać z pomysłu trenera: czy piłkarze grali nisko, czy wysoko, czy w odpowiednich momentach wychodzili do pressingu. W ofensywie dochodzi kreatywność. A kiedy nie jesteś pewny siebie, kreatywności po prostu nie będzie. Zawodnik gra bardziej zachowawczo i myśli przede wszystkim o tym, by nie popełnić błędu. Trener, tak jak Piszczek w meczu z Puszczą, może mieć dobry plan, ale potem wszystko weryfikuje boisko. A w przypadku GKS ta weryfikacja na razie jest brutalna - dodaje Kalinkowski.
Czasu coraz mniej
Czasu na poprawę wyników GKS ma coraz mniej. Obecnie drużyna Piszczka zajmuje ostatnie miejsce w tabeli i traci już sześć punktów do zajmującego pierwszą bezpieczną pozycję Znicza Pruszków. W piątek (20:30) przed GKS kolejny bardzo ważny mecz, zawodnicy Piszczka zagrają na wyjeździe z 16. w tabeli Stalą Mielec.
Co w swojej drużynie musi poprawić 66-krotny reprezentant Polski? - Wydaje mi się - i tutaj kamyczek do ogródka Piszczka - że w tej chwili GKS powinien obrać proste zasady gry, które da się najłatwiej i najszybciej wprowadzić. Drużyna musi szukać stabilizacji i pewności siebie. Przy dużej liczbie zmian GKS powinien konsekwentnie iść jedną drogą, a mam wrażenie, że oni szukają rozwiązań na siłę. Wygląda to tak, że sytuacja wymusza na nich reakcję i szybko szukają rozwiązania na kolejne mecze, bo wiedzą, że jak zaraz nie wygrają, to z każdym tygodniem sytuacja będzie coraz trudniejsza - zauważa Kalinkowski.
I dodaje: - Na razie trudno wskazać rzeczy, którymi miałby charakteryzować się GKS Piszczka. Po meczu w Krakowie powiedziałbym, że to odważna obrona i dobre ustawianie się na bokach. Ale to tyle, bo w kolejnych spotkaniach było słabo. Nawet w sytuacjach, w których GKS budował ataki pozycyjne i z trójki obrońców robił czwórkę, po zejściu jednego środkowego pomocnika, trudno powiedzieć, w jaki sposób chcieli uzyskać coś więcej.
- W tym momencie to w ogóle nie rokuje, ale to nie znaczy, że trzeba zwalniać Piszczka. GKS obrał drogę, postawił na tego trenera i musi sobie zadać pytanie, czy wie, co robić, jeśli zdecyduje się na zmianę. Zmiana dla zmiany nie ma sensu, bo wyszłoby na to, że GKS zmarnował kilka miesięcy, a żaden trener nie gwarantuje natychmiastowej poprawy wyników - podsumowuje Kalinkowski.