Powrót do ligowego grania na razie stoi dla Śląska Wrocław pod znakiem kłopotów. Mieli ruszyć z kopyta w stronę awansu do Ekstraklasy, a tymczasem w dwóch pierwszych meczach ligowych 2026 roku zdobyli tylko jeden punkt. W efekcie na triumf w I lidze czekają już od 25 października zeszłego roku. To aż siedem meczów z rzędu bez wygranej. Czas ucieka, rywale też, bo do meczu z Odrą zespół w Wrocławia przystępował już z aż siedmiopunktową stratą do drugiego Chrobrego Głogów. Na włosku wisi posada trenera Ante Simundzy i brak triumfu dziś, mógł definitywnie przegiąć pałkę.
Odra z kolei zeszły rok kończyła serią trzech porażek z rzędu, ale nowy rozpoczęła od czterech punktów. Bardzo ważnych, bo w starciach z rywalami w potencjalnej walce o utrzymanie (1:0 z Pogonią Siedlce, 1:1 z GKS-em Tychy). W Opolu z pewnością widzą, co się dzieje w Śląsku i Odra bezsprzecznie czuła szansę. Wrocławianie w dobrej formie powinni ich pokonać. Zaś w obecnej... mogło być różnie. Szczególnie że na kilka tygodni wypadł im najlepszy strzelec Przemysław Banaszak.
Mimo że mrozy w wielu miejscach w Polsce, w tym we Wrocławiu, odpuściły, to ten mecz rozgrzewał się w tempie malucha odpalającego właśnie na mrozie. Pierwsze 25 minut? Odbyły się. Ani jednego strzału godnego odnotowania. Zdecydowanie najciekawszą grą, jaką zobaczyliśmy, była gra... na skrzypcach. W wykonaniu artystki o pseudonimie NataliiB Violin. Wystąpiła ona przed rozpoczęciem spotkania. Na trybunach zaś pojawiła się biało-czerwona oprawa, której użycia zabroniono podczas jesiennego meczu reprezentacji Polska - Holandia. Kibice z całego kraju postanowili puścić ją w obieg i tym samym co jakiś czas pojawia się na kolejnych stadionach. Tym razem we Wrocławiu.
Na boisku zaś cały czas brakowało emocji. Szansę miał w 34. minucie Michał Mokrzycki, któremu po dośrodkowaniu w pole karne piłka spadła pod nogi, ale z kilku metrów strzelił prosto w bramkarza Odry. Nie była to może stuprocentowa okazja, bo kąt był dość ostry, ale przynajmniej celny strzał. Jedyny taki w zatrważająco słabej pierwszej połowie.
Po przerwie zobaczyliśmy mocne postanowienie poprawy. Z jednej strony. Strony Śląska, który dwoma szybkimi ciosami posłał Odrę na deski. Najpierw w 47. minucie obrońcy Odry nie byli w stanie wybić piłki z własnego pola karnego, w którym najlepiej odnalazł się Marc Llinares i płaskim strzałem w dolny róg nie dał szans bramkarzowi. Ledwo się Wrocławianie skończyli cieszyć, a już mogli to zrobić ponownie. Wyprowadzili bowiem ekspresową kontrę, a Llinares tym razem asystował. Timotejowi Jamborowi, któremu precyzyjnie dograł z lewej strony w pole karne, a mający mnóstwo miejsca Słowak podwyższył na 2:0.
Śląsk się napędził i uparcie szukał kolejnych goli. Znalazł w 69. minucie. Znów kontra lewym skrzydłem i tym razem Luka Marjanac podał w szesnastkę do Jambora. Jeszcze bardziej osamotnionego niż przy jego pierwszym golu. Słowak korzystał okrutnie z tej bierności defensywy Opolan i strzałem przy bliższym słupku ustrzelił dublet. Odra po przerwie została w szatni, a stoper Cassio w końcu trafił do niej naprawdę. W 70. minucie wyciął pędzącego sam na sam z bramkarzem Marjanaca, a sędzia wyrzucił go za to z boiska.
Jeśli Opolanie mieli jeszcze cichą nadzieję na remontadę, ta czerwona kartka ich jej pozbawiła. Zresztą Śląsk był bardzo czujny i nie dawał się zaskoczyć, a Odra nie miała na to pomysłu. Jak już to bliżej było czwartej bramki gospodarzy. Zdobyć ją mógł Samiec-Talar, dobijając strzał Marjanaca, lecz uderzył prosto w bramkarza. Marjanac też już w doliczonym czasie gry huknął z trzech metrów w golkipera. Ta nieskuteczność niczego jednak nie zmieniła. Śląsk pierwszy raz od 25 października wygrał mecz ligowy i złapał nieco oddechu. Odra w tym sezonie na wyjeździe wygrała tylko jeden mecz. Po raz kolejny dobitnie pokazała dlaczego.