Od niemal ćwierć wieku nikt po 19 kolejkach sezonu I ligi nie wypracował takiej przewagi jak jesienią Wisła Kraków. Poczucie, że lada moment skończy się najdłuższa nieobecność tego klubu poza najwyższą ligą w jego 120-letniej historii, jest ze wszech miar uprawnione. Ale ze względu na szczególny moment dziejowy polskiej ligi, na przypieczętowaniu upragnionego awansu ambicje "Białej Gwiazdy" nie powinny się kończyć.
Tylko nieliczni szczęśliwcy mogą opowiadać o swoich ulubionych klubach historie sukcesu. Zdecydowana większość kibiców na świecie snuje raczej martyrologiczne wizje alternatywnej rzeczywistości, w której wszystko byłoby lepsze, gdyby w kluczowym meczu 15 lat temu ktoś wykorzystał rzut karny, piłka nie uderzyłaby w słupek, prezes nie zwolniłby zdolnego trenera, a utalentowany 18-latek nie wyfrunąłby tak wcześnie z gniazda. Na przykład kibice Hamburgera SV fantazjują chętnie, gdzie by dziś byli, gdyby w 2008 roku ich działacze nie odrzucili młodego Juergena Kloppa, bo nie spodobały się im jego przetarte dżinsy. W zdecydowanej większości przypadków prawidłowa odpowiedź brzmi: bylibyście dokładnie tam, gdzie jesteście, bo wpływ ponadprzeciętnych jednostek na losy całych organizacji bywa grubo przeceniany. Ale pomarzyć można.