Wywiad

Właściciel Wieczystej zainwestuje w Wisłę? Królewski: Egzekucja może być szybka

Kacper Sosnowski
- Prawdopodobieństwo awansu do ekstraklasy wynosi powyżej 90 procent - wylicza Jarosław Królewski, gdy pytamy go o prognozy dotyczące przyszłości Wisły Kraków, lidera I ligi. Właściciel klubu i miłośnik nowych technologii, do futbolu podchodzi uzbrojony w aplikacje i wyszukane dane. - Do zespołu nie dołączył ostatnio nikt, kogo system by nie przepuścił - chwali swych cyfrowych strażników. Czy ten sezon dla "Białej Gwiazdy" jest tak dobry właśnie przez sportową matematykę i algorytmy?
)Mecz I Ligi Wisla Krakw - Chrobry Glogw
Fot. Jakub Porzycki / Agencja Wyborcza.pl

Zanim przejdziemy do pasjonującej rozmowy z Jarosławem Królewskim, krótkie tło historyczne: jeszcze sześć lat temu Wisła Kraków była o krok od upadku. Po wyniszczających ją rządach kiboli, klub przed katastrofą uratowali Jakub Błaszczykowski, Jarosław Królewski i Tomasz Jażdżyński. Dwaj pierwsi nadal są akcjonariuszami Wisły, z czego Królewski - większościowym. Programista, przedsiębiorca, miłośnik nowych technologii, danych i analiz, współzałożyciel firmy technologicznej Synerise, został też prezesem piłkarskiego klubu. Klubu, który - po spadku z Ekstrakklasy w 2022 roku - w trzech poprzednich sezonach bezskutecznie walczył o powrót do elity. Sezon 2025/26 Wisła zaczęła jednak fenomenalnie i zbliżając się do półmetka rozgrywek, ma w tabeli 10 punktów przewagi nad wiceliderem. 

Zobacz wideo Młodzi piłkarze zdobywają Wisłę "Nie dzieje się to bez przyczyny"

Kacper Sosnowski: Ma pan pewnie swoje analizy i modele wyliczeniowe. Jakie są szanse, by Wisła w tym roku wreszcie awansowała do ekstraklasy? 

Jarosław Królewski: Podchodzę do tego z dużą pokorą, bo znam trochę tę ligę. Ona jest bardzo irracjonalna i trzeba być ostrożnym. Oczywiście dane są po naszej stronie, nawet kwestia dwóch pierwszych miejsc na koniec sezonu. Jeśli chodzi o średnią punktową, to wyniki tak się rozkładają, że wydaje się, że próg wejścia na te pozycje nie będzie wysoki. Jesteśmy blisko tego, żeby myśleć o tym awansie. A to, co jest moim zdaniem kluczowe, to to, że my po prostu gramy dobrze! To nie są punkty, które są zbierane w sposób przypadkowy, jest tam konsekwencja. Bardziej byśmy się martwili tym, jakby ta drużyna nie grała dobrze, a zdobywała punkty.

A tak konkretniej, procentowo - jakie są te szanse? Pytam przecież miłośnika sportowej matematyki. 

- Na tę chwilę w moich wyliczeniach prawdopodobieństwo awansu wynosi powyżej 90 procent.   

A co złożyło się na najlepszy początek sezonu w pana historii w Wiśle? Trener Mariusz Jop, który pracuje od września 2024 roku? Czy fakt, że ponad połowa piłkarzy sprowadzonych w lecie albo gra w podstawowym składzie, albo wchodzi z ławki.

- Ja myślę, że wszystko ma znaczenie. Te transfery były jakościowe, jesteśmy zadowoleni absolutnie z każdego zawodnika. W tym roku zespół Mariusza Jopa wygrał dwadzieścia parę meczów. Od kolejnych zespołów I ligi w takiej rocznej klasyfikacji mamy już ponad 20 punktów więcej. Zauważę też, że Mariusz Jop jest trenerem w Wiśle, odkąd ja się tu pojawiłem jako prezes i główny akcjonariusz. On był postacią, którą sprowadziłem do rezerw na pierwszego trenera. Mamy też Michała Siwierskiego - on kontynuuje pewne idee, które mamy w tym klubie, więc w naszych gabinetach jest spokój. Jakaś myśl jest w nich  przekazywana - przynajmniej ta analityczna. Do tego są konsekwencja, uczenie się, otwartość na krytykę - ważne rzeczy, które sprawiają, że cały czas poprawiamy wyniki. 

Wreszcie też lepiej idzie wam z młodymi piłkarzami. Nie tracicie talentów, w pierwszym zespole macie trochę młodych wilków.  

- Nie dzieje się to bez przyczyny. Zaraz po spadku zainwestowaliśmy w to, żeby zreorganizować i uruchomić na nowo drugą drużynę. To było wręcz paradoksalne, bo powinniśmy ciąć koszty akademii i innych takich rzeczy. My zdecydowaliśmy się jednak na stworzenie tej drużyny, bo wiedzieliśmy, że to właśnie dzięki niej ochronimy takie talenty jak Maciej Kuziemka, który zaczął grać w tej drugiej drużynie, jak Mariusz Kutwa, jak Patryk Letkiewicz. To nie jest tak, że oni nagle się pojawili w tym klubie. Sam pamiętam jak podpisywałem Kuziemkę, przedłużałem z nim kontrakt, ta wiara była. To są projekty długoterminowe. Cieszę się, że ten zespół teraz funkcjonuje i jest też oparty na młodych Polakach.

A co w stosunku do nich podpowiada wasza technologia? Gdzie jest sufit tych utalentowanych graczy? Który najdalej zajdzie? 

- Niedawno zrobiliśmy obszerną analizę jednego z nich. Nie będę mówił którego, ale mamy swoje twarde dane. Nasze systemy oceniają progres tych chłopaków, to, jak oni wyglądają dzisiaj i jak wyglądaliby na tle na przykład ekstraklasy, co należy u tych zawodników poprawić. Ja myślę, że oni są na tyle świadomi, że ten feedback, który otrzymują od trenerów, jest dla nich wartościowy, nie jest czymś, co ich uraża, tylko pomaga. Natomiast ja zdecydowanie jestem zaskoczony regularnością Macieja Kuziemki. To, że on ma talent, to jasne. To, że miał wybitne mecze w drugiej drużynie czy w juniorach, to wiemy. Natomiast to, że ta forma jest tak regularna, to jest dla nas duże zaskoczenie. Przed sezonem tego nie przewidywaliśmy aż w takiej skali. Myślę, że Kacper Duda wygląda coraz lepiej ze względu na to, że zaczyna dostarczać liczby, co u niego było problemem przy tym talencie. Krzyżanowski bardzo dorósł we Włoszech, gdzie jak wiemy, jest spory rygor taktyczny. Fajnie wygląda Mariusz Kutwa, który również jest reprezentantem Polski. Tylko się cieszyć z tych zawodników.  

A trener Jop z tymi wszystkimi informacjami, które dostaje z waszych systemów sobie radzi? Bo tego, mam wrażenie, jest dużo. 

- Pamiętam, że pierwsza wersja naszego systemu tworzyła dziesiątki różnych analiz, statystyk, jakichś wykresików. I to było przytłaczające. Półtora roku temu zaczęliśmy eksperymentować w tych kwestiach z Piotrem Wawrzynówem i dopiero ostatnie pół roku jest takie, że mamy faktycznie system, który działa i jest sensowny. Dzisiaj staramy się te dane, analizy i informacje ograniczyć do tego, co jest istotne dla naszego modelu gry. Na tyle, ile możemy, spotykamy się z zespołem, z Michałem Siwierskim, z Mariuszem Jopem. Jak coś zauważymy, to staramy się od razu ten feedback dawać. Mocno wykorzystywaliśmy ten system w czasie transferów. Fajne jest to, że do zespołu nie trafił praktycznie nikt, kogo by ten system nie przepuścił. To taki nasz "walidator" tego, czy dany zawodnik pasuje tym swoim archetypem, umiejętnościami do zespołu, czy też do modelu gry. Cieszymy się również, że udało się tych zawodników przekonać, bo jednak kilku z nich przychodziło z lig dużo lepszych niż I liga, a nawet lepszych niż ekstraklasa.  

Dodam jednak, że te transfery, to była współpraca wszystkich w tym Vullneta Bashy, który je negocjował. Było tam też trochę mojej pracy, bo dzwoniłem do tych zawodników i też przekonywałem ich do naszej wizji. Cały klub na to bardzo ciężko pracował. 

Pan to nawet na kolację zapraszał i rodziny graczy odwiedzał. Tak było z Angelem Rodado, który od Wisły dostał też teczkę dotyczącą nowego klubu i miasta, z którego miał intratną propozycję. 

- Staraliśmy się go zniechęcić, tak jak się da.

No i wygenerowaliście dla niego opracowanie o bułgarskim Łudogorcu Razgrad, który chciał obsypać go pieniędzmi.  

- To było takie "due diligence", czyli taki raport, jak jego życie będzie wyglądało w alternatywnym przypadku. Być może zarabiałby tam 30 proc. więcej, może nawet 50 proc. i przeprowadził się do miasta, które ma europejskie puchary, ale ma też 40 tys. ludzi, czyli tyle, ile jest u nas na stadionie. Przeprowadziłby się do miasta, które nie jest tak fajne, które ma skromny kontekst historyczny, w którym nie zbuduje się już takiej wielkiej legendy. To są wszystko elementy, które są danymi. Teraz pewnie większość z nich może być przygotowana przez sztuczną inteligencję, czy jakieś inne rozwiązania, ale to są wartościowe rzeczy. Pokazuje się nie tylko zawodnikowi, ale też jego żonie, partnerce, rodzinie, jaka będzie ich sytuacja w innym miejscu.

Rodado z żoną byli zaskoczeni, jak pan przyszedł do nich z takim informacyjnym biuletynem o Bułgarii? 

- Trochę to było zabawne. Staraliśmy się pokazywać czekające ich tam rzeczy, ale jednocześnie ich nie negować, nie deprecjonować innego klubu czy też innego środowiska. Nie możemy uprawiać czarnego PR-u. To było bardziej pokazanie, jaki jest alternatywny koszt tej przeprowadzki. Czy ta różnica pomiędzy zarobkami z dzisiaj i z jutra, wyrówna tę różnicę pomiędzy stylem życia, jakością życia i tego typu sprawami. 

A sprawdza pan czasem swoimi programami piłkarzy konkurencji, ocenia czy oni zrobili dobry transfer lub czy dany zawodnik wam by się nie przydał? 

- Oczywiście, możemy nawet teraz sprawdzić wybranego przez pana zawodnika, czy by się do nas nadawał.  

To wybiorę kogoś z Wieczystej Kraków. 

- Z tego, co pamiętam, jest jeden zawodnik z Wieczystej z ostatniego okienka transferowego, który w miarę pasowałby do nas. 

To mało. A jak pana szkiełko i oko podchodzi do tego co dzieje się właśnie w Wieczystej? Tam przychodzą gwiazdy i doświadczone nazwiska, często wiekowi piłkarze. Sezon zaczęli znakomicie, gorzej jest teraz. 

- Znam się z właścicielem Wieczystej, panem Wojtkiem Kwietniem, nawet razem oglądaliśmy mecz Wisły z Puszczą Niepołomice. Lubimy się tak podszczypywać czasem, wysyłać sobie wiadomości na różne tematy. Ja jestem tą bardziej analityczną, komputerową stroną. Wojtek taką bardziej twardą, załatwiającą sprawy pieniędzmi. Finanse w futbolu robią oczywiście różnicę i ciężko mu nie przyznać racji. Duża zmiana w finansowaniu klubu może mieć wpływ na jego wyniki, aczkolwiek po Manchesterze United widać, że niekoniecznie tak musi być. Wojtek jest fanem Chelsea, która od kilkunastu miesięcy zaczyna korzystać z dużych systemów danych i zatrudnia bardzo młodych zawodników, a ich kontrakty buduje na wiele lat do przodu. Wydaje mi się, że Wojtek zaczął się zastanawiać nad tym, że ta intuicja, którą się ma i pieniądze, które są do dyspozycji, w zderzeniu z krytycznym systemem do analizy i ważnymi danymi, mogą skutkować jeszcze lepszymi efektami.

Było w którymś momencie blisko, żeby Kwiecień rzeczywiście wszedł do Wisły ze swoimi pieniędzmi? 

- Najlepiej jakby się sam w tej sprawie wypowiedział. Natomiast my cały czas o tym dyskutujemy. Jeśli pan jest kibicem jakiegoś klubu, kocha pan ten klub, ma pan dużo pieniędzy, to zawsze będzie istniał temat tego, czy może pan potencjalnie ten klub wspomóc, czy zastosować w nim jakieś rozwiązanie. Powiedziałbym, że wszystko jest możliwe, bo Wojtek jest osobą nieprzewidywalną, zresztą tak, jak ja. Jak coś się mu urodzi danego wieczoru w głowie, to egzekucja tego może być bardzo szybka.

Co teraz robi dla Wisły drugi największy akcjonariusz, czyli Jakub Błaszczykowski? 

- Kuba, który niedawno zakończył karierę, w bieżące operacje nie jest zaangażowany. Natomiast jest dla klubu bezcenny. Jest takim dobrym duchem. Często w spółkach amerykańskich jest taki "advisor" czy "board observer". To ludzie, którzy są blisko organizacji, żeby w krytycznych momentach, przy trudnych decyzjach móc zajrzeć w zwierciadło. Mało jest takich ludzi jak Kuba, który w piłce nożnej widział niemal wszystko. Ta warstwa odtworzeniowa, jego wiedza, obserwacje, to jest dla klubu rzecz bardzo istotna. Jak pan podejmuje trzy kluczowe decyzje np. w sprawie zakupu, sprzedaży zawodnika, jakiejś inwestycji, czegokolwiek, to po telefonie do takiej osoby w jego głowie od razu się pojawia taka inżynieria zwrotna. On sobie przypomina, czy miał już z czymś takim do czynienia, czy może coś podpowiedzieć. No i trudno mieć lepszą konsultingową wiedzę, której nie da się też łatwo kupić. No bo od kogo my możemy taką wiedzę nabyć? To dlatego Kuba jest dla nas bezcenny i zawsze był bezcenny. Nie chodzi o to, żeby on był na bieżąco zaangażowany w takie instrumentalne, codzienne rzeczy. W tych kluczowych zawsze jest pod ręką. Jest też członkiem rady nadzorczej, więc ma wgląd we wszystko, co się tu dzieje. Takie osoby jak on, to są chodzące pomniki.

Czy po zaskoczeniu związanym z koniecznością zapłaty miliona euro długu po sukcesie, jakim była czwarta runda eliminacji europejskich pucharów, posprawdzał pan klubowe archiwa i dokumenty? Kolejne trupy z szafy już wam przez stare sprawy nie wypadną?

- Myślę, że jeszcze jakieś drobne rzeczy mogą się zdarzyć, że np. jakiś agent wystawi zaskakującą fakturę. Ostatnio właśnie taka przyszła, akurat nieduża, bo na 30 tys. euro. Chodziło o prowizję za pewnego zawodnika. I to też była sprawa z czasów, kiedy mnie jeszcze w klubie nie było. Będzie jeszcze trochę jakichś drobnych historii, ale tak dużej sprawy jak z tą uruchomioną klauzulą długu przy europejskich pucharach, być już nie powinno. W szczególności, że ta sprawa po prostu była zawiła. I tak się trochę udało zejść z tych kwot, które nam groziły. Kwota była we frankach szwajcarskich, więc próba przeliczenia tego po tylu latach, wyliczenia inflacji, odsetek, uzgodnienia ostatecznego salda, to był ogromny proces. To też jest ciekawe, że w polskim sądzie ta sprawa już nie istniała, bo została przez drugą stronę przegraną. Przy szwajcarskich przepisach i regulacjach UEFA ten 23-letni dług ciągle nad nami wisiał, a jego egzekucja była momentalna.

To teraz zapytam o finanse w kontekście stadionu i kibiców. Pan jest fanem dużych opraw? 

- Jestem ich fanem. Uważam, że więcej ich elementów powinno być zalegalizowanych. Byłoby dużo łatwiej z wieloma aspektami. Pewnie wtedy straciłoby to swój klimat u kibiców, nie byłoby niszy, tego elementu zakazanego owocu, że ktoś wniesie coś na stadion, ominie te wszystkie środki bezpieczeństwa. Natomiast ja uważam, że karanie za to, jest po prostu bardzo dotkliwe. Wydaje mi się nawet, że trochę przesadzone. Z jednej strony wszyscy się zachwycają tymi oprawami, ale oczywiście jak dojdzie do jakichś drobnych ekscesów, to już nie wygląda to dobrze. Dla mnie lepszym pomysłem byłoby edukacja danej grupy na temat na przykład odpalania rac, niż próba ich zakazywania, bo to działa zupełnie w drugą stronę. 

Przyzna pan jednak, że jakaś granica musi być. Na waszym meczu z Ruchem było po prostu czarno od dymu. Zawodnicy zasłaniali sobie usta, bo na murawie trudno było oddychać. 

- Tak. Tu akurat się tak złożyło, że grały dwie zaprzyjaźnione drużyny, które razem zdobyły prawie 30 mistrzostw Polski. Było spore nagromadzenie emocji, to wyjątkowe spotkanie. Myślę jednak, że właśnie o emocje w piłce nożnej chodzi i trudno jest zatem zupełnie zabijać takie spektakle. Jednak tu znów sporo zależy od edukacji. Byłbym za tym, byśmy w końcu otworzyli debatę o oprawach, kibicach i rozmawiali o tym szczerze, a nie unikali tematu. Oczywiście, czasami to nie są łatwe tematy, czy nawet proste do uchwycenia. Przypominam sobie takie historie na Cracovii, że kibice dwóch drużyn biegali po dachu stadionu, który od pirotechniki zaczął się też palić. Byli wpuszczani na obiekt praktycznie bez ochrony. W budynkach klubowych znaleziono racę. 

Specjalnie wywołał pan temat Cracovii.

- Bo jakby się to u mnie zdarzyło, to temat były rozkładany na czynniki przez tygodnie. Poza tym do kogo mamy się porównywać, jeśli nie do lokalnego rywala, który jest w wyższej lidze w tym samym środowisku? 

Ma pan dobry kontakt z kibicami? 

- Mamy w klubie osobę, która jest odpowiedzialna za kontakt z kibicami. Natomiast nie mogę powiedzieć, że ja dzisiaj jako właściciel Wisły Kraków z powodu naszych kibiców mam jakiekolwiek problemy. To byłoby po prostu złe, nieodpowiednie i fałszywe. Jak ratowaliśmy klub, czy teraz w pierwszej lidze, mamy ogromne wsparcie od tych kibiców. Przez te moje trzy lata w Wiśle nie mieliśmy ani jednego takiego wybryku, który byłby czymś naprawdę destrukcyjnym dla klubu, lub takiego, którego można byłoby się jakoś wybitnie wstydzić. 

Po wspomnianym racowisku z Ruchem miał pan za to groźbę zamknięcia prawie całego stadionu na jeden mecz, czyli jak pan napisał na X - miliona złotych w plecy.  

- Tak, natomiast uważałem, że reakcja komisji w tej sytuacji była przesadzona. To były wybryki dwóch trybun, w tym jednej gości. Co ma z tym wspólnego cały stadion? Porównajmy to np. z tym wspomnianym bieganiem po dachu i pożarem. To mnie często denerwuje, że komisja nie ma katalogu przewinień, żeby karanie było współmierne do win.  

I jeszcze sędziowie pana denerwują. Za ich krytykę wezwano pana przed komisję dyscyplinarną PZPN.  

- Odniosę się tam do tego, co pisałem publicznie. 

Zaprezentuje pan swoje wyliczenia na temat dodanych przez sędziego minut w meczu z Odrą Opole za "leżakowanie" oraz "ustawiania parawanów nad Bałtykiem"? 

- Oczywiście, że tak. Tam nie ma o czym dyskutować. Sędzia w tym meczu powinien dodać sumarycznie przynajmniej 20 minut. Nie zrobił tego. Mamy przecież przepisy UEFA i FIFA, które mówią, że ten czas trzeba kolektywnie liczyć i dodawać. Dla nas jest to istotne z tego względu, że dzięki temu drużyna, która przeważa, ma więcej czasu, żeby bramkę strzelić.  

Oczywiście z tego, że mamy taką dysputę z PZPN, nie jestem zadowolony. Natomiast efektem tego było to, że w kolejnym meczu z Górnikiem Łęczna sędzia sędziował świetne zawody. Zawsze się zdarzą jakieś drobne błędy po jednej i po drugiej stronie, ale sędzia doliczył tam minuty zgodnie z tym, co powinien doliczyć.  

Czyli będzie pan dalej aktywny publicznie również w sprawach sędziowskich? Presja i naświetlenie sprawy dały efekty.  

- Nie traktowałbym tego jako presji. To bardziej dyskusja, bo problem jest. Dzisiaj oczywiście on tyczy się Wisły, zaraz się będzie tyczył kogoś innego. Po prostu musimy się w tym temacie rozwijać i coś uzgodnić. Przecież są sędziowie techniczni, są sędziowie VAR, są nowoczesne technologie. Jesteśmy w stanie dokładnie policzyć, przez ile minut nie było gry, tam gdzie być powinna. To nie jest jakaś wielka rzecz.  

Widzi pan obszary w piłce nożnej, gdzie nowe technologie, czy systemy komputerowe  pomogą, lub po prostu ma elementy futbolu, które warto poprawić?  

- Czas powinien być liczony zewnętrznie, a nie przez sędziego, by było to niezależne. Może nawet przez trzy źródła, różne osoby, by potem to uśrednić. VAR powinien być centralny. Obecna sytuacja, że sędziowie muszą jeździć z jednej miejscowości do drugiej, że często są zmęczeni, mają różne warunki, to nie jest najlepsze. Czasem na meczu to różnie funkcjonuje. Zawsze też ktoś może gorzej się czuć, czy nawet być chory. Wiem, że PZPN nad tym pracuje. Popracowałbym też nad podręcznikiem dotyczącym fauli, które realnie nie mają wpływu na przebieg meczu. Natomiast najważniejsze jest prawne wyeliminowanie gry na czas. To jest coś, co powinno być natychmiast penalizowane. To zmienia dynamikę gry, sposób, w jaki zawodnicy myślą na boisku. Dobrze, że już wzięto się za przedłużanie wybicia piłki przez bramkarza. Przecież zawodnicy przychodzą na stadion grać w piłkę. Pamięta pan dane dotyczące efektywnego czasu gry? 

W naszej lidze to było tylko nieco ponad 50 procent, czyli w piłkę gra się realnie przez połowę meczu.  

- No właśnie, i ma pan 11 zawodników, średnio 15 z tymi wchodzącymi podczas meczu. Potem wychodzi, że piłkarz jest przy piłce nieco ponad dwie minuty na spotkanie. Chodzi o to, żeby piłkarze grali w piłkę, żeby to było w jakiś sposób premiowane. A potem dziwimy się, że nie mamy zawodników technicznych, dryblerów, czy tych, co chcą grać piłką. 

To o jeszcze jedne liczby zapytam. Jest taka teoria, że młodych widzów mecze nudzą, jednak patrząc na strukturę waszych kibiców, to każda z grup dzieciaków w przedziale 10-14, czy 15-19 lat jest nawet nieco większa niż ta w przedziale 35-39. To zaskakujące. 

- Zrobiliśmy tę analizę w tym sezonie, przy domowych meczach. Rzeczywiście, wychodzi z niej, że 82 proc. ludzi na naszych trybunach ma poniżej 45 lat. Połowa kibiców Wisły na stadionie to osoby przed trzydziestką. To są naprawdę świetne dane. One też pokazują, jak zmienia się struktura kibiców, którzy wychowują się już na nowych sukcesach Wisły: na Pucharze Polski, na grze o europejskie puchary. To nie są już tylko czasy ostatniego mistrzostwa w 2011 roku czy ery Cupiała. To są nowe pokolenia ludzi, którzy chcą autentycznych emocji. Mogę tu zdradzić, że mamy też pewien projekt związany z fanami. Będzie łączył ich obecność na stadionie z wynikami na boisku. Ale na szczegóły przyjdzie czas.  

Z młodych możecie się cieszyć, bo dzieciaki teraz od komputerowych rozrywek odciągnąć trudno. 

- Mamy bardzo dużo kibiców, którzy przychodzą na stadion pierwszy raz. Kiedyś długo rozmawiałem o tym z Peterem Moorem, naszym nowym akcjonariuszem, a wcześniej prezesem Liverpoolu. Przekazał, że oni nawet jeśli mogliby sprzedać karnety na całe Anfield na pięć lat do przodu, to zawsze zostawiali dużą część kart wstępu właśnie dla nowych fanów. Sukcesem nie było wyprzedanie trybun, tylko takie ich zapełnianie, by przychodzili tam nowi ludzie. Według wszystkich analiz ci nowi kibice są bardziej skłonni do wydania większej liczby pieniędzy na pierwsze klubowe pamiątki, na korzystanie z klubowych sklepów. Cieszy nas, że nowych kibiców Wisła ma dużo. Oczywiście cieszy nas też udział w meczach kobiet, rodzin i małych dzieci. To jest jeden z większych sukcesów Wisły w ostatnich pięciu latach. Te wskaźniki poszły mocno w górę. 

Przywołał pan osobę Petera Moora, z którym od niedawna współpracujecie. Co on wnosi do klubu? 

- Dyskutujemy praktycznie codziennie i to na różne tematy dotyczące Wisły. Od przygotowywania obchodów 120-lecia klubu, przez rotację w składzie, akademię, funkcjonowanie młodych piłkarzy, po budowanie tej społecznej nogi klubu, związanej z fundacją. Do tego dochodzą tematy ewentualnych inwestorów, sponsorów, wycen tego wszystkiego, relacji koszyka klienta do biletów. To jest bardzo budujące, pierwszy raz mam taki benchmark, w którym nie jestem samotny. Z taką Wisłę Kraków, dla której po wygraniu Pucharu Polski na rynek przychodzi 40 tys. ludzi, ciężko w Polsce rywalizować. No ale jak rozmawiałem o tym z Peterem, próbując mu nawet w tym zakresie zaimponować, to on powiedział, że po zwycięstwie w Lidze Mistrzów, czy zdobyciu mistrzostwa Anglii, to oni mieli 750 tys. kibiców w Liverpoolu i pochód na 10 kilometrów. Oczywiście możemy imponować społecznością Wisły Kraków w Polsce, a nawet lokalnie w Europie środkowo-wschodniej. Ale taki Liverpool ma paręset milionów zasubskrybowanych kibiców na całym świecie, nawet w Japonii, Australii czy najbardziej niespodziewanych krajach, i to daje już zupełnie inny sposób myślenia o tym wszystkim, co też chcemy zbudować. 

Kacper Sosnowski
Więcej o: