Dwa mecze, sześć punktów, bilans bramkowy 9:0. Czy da się lepiej wejść w sezon, niż Wisła Kraków w obecny? Cóż, teoretycznie zawsze da się strzelić więcej goli, ale realistycznie to nie, lepszego początku fani "Białej Gwiazdy" sobie wymarzyć nie mogli. Szczególnie że Wisła też byle kogo nie ograła. Stal Mielec, nawet przebudowana, to wciąż spadkowicz z Ekstraklasy. Z kolei ŁKS Łódź ma m.in. z krakowianami walczyć o awans.
Teraz Wisła jechała do również bardzo mocnego zespołu, bo GKS Tychy ograł już dwóch uczestników barażów o awans z zeszłego sezonu. Najpierw pokonali 4:3 Miedź Legnica, a potem 2:1 Polonię Warszawa. Pierwszy raz od dawna z Krakowa przybyli nie tylko piłkarze, ale także kibice Wisły. GKS początkowo nie chciał ich wpuścić, jak prawie wszyscy od dwóch lat, tłumacząc się awarią na stadionie. Zainterweniował jednak PZPN i stwierdził, że nie ma przeszkód przed wpuszczeniem chociaż trzystu kibiców gości.
Tak też się stało, przez co zabrakło... najzagorzalszych fanów GKS-u, którzy postanowili zaprotestować. Wywiesili nawet baner adresowany do krakowian "Nie jesteście częścią kibicowskiej Polski. Nie zmieni tego Harry Potter ani wasze wnioski". I takiej oto nietypowej sytuacji, w której goście mieli fanatyczny doping, a gospodarze nie, rozpoczął się ten mecz.
To jednak tyszanom uśmiech szybko pojawił się na twarzy. GKS w sześć minut zrobił to, czego Stal Mielec i ŁKS nie zrobiły w łącznie ponad 180. Strzelił Wiśle gola. Przepis okazał się prosty. Dośrodkowanie w pole karne z rzutu wolnego, a tam Kacper Wełniak okazuje się najsprytniejszy i z powietrze ładuje piłkę w siatce. Próbował to jeszcze wybić z linii Angel Rodado, ale nie dał rady.
Gospodarze grali lepiej, a Wisła polegała głównie na indywidualnych umiejętnościach Frederico Duarte. Jednak swojego asa w rękawie też mieli. Była nim zasada, że byłemu klubowi się strzela. Tego lata właśnie z GKS-u przybył do nich Julian Ertlthaler i to właśnie on w 29. minucie wykorzystał doskonałe podkręcone podanie od Macieja Kuziemki. Ten gol dał Wiśle remis do przerwy.
Ten mecz potrzebował wyraźnego bohatera, a ten fakt znów zadziałał na korzyść krakowian. Bo jak w 1. Lidze potrzebujesz kogoś do czarowania, to najlepiej dzwonić po Angela Rodado. Hiszpan najpierw w 55. minucie wspaniale obrócił się z piłką w polu karnym i lewą nogą oddał płaski strzał idealnie w dolny róg bramki rywali. Sześć minut później skarcił ich ponownie, tym razem głową po rzucie rożnym. Dwa brutalne ciosy, które posłały gospodarzy na deski.
Ci jednak nie zamierzali się poddawać. Sami podali sobie tlen w 68. minucie. Choć właściwie dość pechowo zrobiła to Wisła, bo strzał Jakuba Bierońskiego miałby raczej małe szanse znalezienia się w siatce, gdyby nie rykoszet od obrońcy krakowian. To zmieniło tor lotu piłki i zmyliło Kacpra Brodę. GKS-owi było jednak mało i już w 81. minucie było 3:3! Tym razem dośrodkowanie w pole karne i Marcel Błachewicz trafiający głową do siatki po bliższym słupku.
Wydawało się, że remontada stała się kompletna, że Wisła się nie pozbiera. Błąd. Pozbierała się i to szybko. Już w 83. minucie piłkarze GKS-u kompletnie zostawili przed polem karnym Juliana Lelievelda, a ten uderzył niezwykle precyzyjnie, przywracając Wisłę na prowadzenie! Ten cios okazał się decydujący. GKS jeszcze nacierał, lecz nie dał rady ponownie wyrównać. Krakowianie wygrali piłkarską wojnę i jako jedyni w lidze nie stracili jeszcze punktów.