Absolutna akceptacja patologii w polskiej lidze. "Mężczyźni tak muszą"

Chciałoby się napisać, że po meczu Arki z Motorem w finale baraży o ekstraklasę doszło do szokujących scen. Ale to nieprawda. To już nasz kibicowski folklor. Stały obrazek coraz starszej tradycji. Do szokujących wydarzeń doszło w zupełnie innym miejscu stadionu - pisze Michał Kiedrowski ze Sport.pl.

Koszulki swoim fanom zmuszeni byli już oddawać zawodnicy Śląska Wrocław, Górnika Zabrze, Górnika Łęczna, Zagłębia Lubin, Lecha Poznań, ŁKS i pewnie kilku innych. A teraz Arki Gdynia. Ten proceder trwa już od kilku lat. Raz nawet dziennikarze odkryli, że jedna z tak pozyskanych koszulek wylądowała na Allegro. Dopytywani o to fani twierdzili, że cały dochód z tej dość intratnej sprzedaży (uzyskana za darmo koszulka kosztowała ok. 400 zł) pójdzie na meczowe oprawy. Jednym słowem - patologia kwitnie. 

Zobacz wideo

Z***a od fanów i publiczne upokorzenie

Zawsze chodzi o to samo. Piłkarze dostają reprymendę albo, swojsko mówiąc, "zj***ę" od swoich fanów. Wtedy okazuje się, że nie są już godni nosić świętych barw klubowych i muszą je oddać. Piłkarze, radzi nieradzi, ściągają posłusznie swoje ciuchy. Ostatecznie lepiej oddać niż stawiać się i dostać w nos. Ostatecznie przecież koszulka jest klubowa, a nos - swój własny. Zresztą i o dostanie w nos w polskich ligach nietrudno.  

Nie tak dawno - dwa i pół roku temu - kibice zatrzymali autokar z piłkarzami Legii wracającymi z przegranego meczu w Płocku i ręcznie wytłumaczyli im, jak bardzo hańbią klub. Choć o sprawie zrobiło się głośno, choć zainteresowała się nią policja, sprawcy pozostali bezkarni. Okazało się bowiem, że nie było poszkodowanych. Żaden z piłkarzy Legii, którzy byli co najmniej poszturchiwani przez napastników, nie miał odwagi złożyć zawiadomienia. Wobec tego policja musiała zamknąć sprawę. 

Jeśli więc w takiej bądź co bądź grubej aferze sprawcy pozostali bezkarni, to dlaczego teraz w przypadku zastraszania piłkarzy Arki miałoby być inaczej?

Święty spokój lepszy niż konfrontacja z kibicami

Wiadomo. PZPN powinien zainterweniować. Wziąć w obronę piłkarzy, którzy przecież zostali upokorzeni na oczach wielu tysięcy widzów. Powinien zainterweniować klub. Może nawet policja. Bo przecież nie może być tak, że silna grupa dobrze zbudowanych mężczyzn w biały dzień groźbą przywłaszcza sobie mienie o wcale nie tak małej wartości po zastraszeniu zawodników.  

Oczywiście nie zainterweniuje nikt. Po pierwsze dlatego, że spokój jest dla klubu i PZPN więcej wart niż jakakolwiek konfrontacja z kibicami. Nie jest przecież tajemnicą, że to właśnie te grupy dobrze zbudowanych mężczyzn rządzą na trybunach w polskich klubach. Jak im prezes czy zarząd podpadnie, to ogłoszą bojkot i żadnego dopingu nie będzie. Jak zarząd dalej będzie się sadził, to silna grupa ogłosi, że od tej pory nikt biletów nie będzie kupował i tę groźbę będzie w stanie wyegzekwować.  

Mit, że da się na polskie stadiony przyciągnąć tzw. pikników z rodzinami, już dawno upadł. Oni też przychodzą, żeby "poczuć ciary", kiedy "Żyleta" czy inny "Kocioł" ryknie na całe gardło. Oni też chcą zobaczyć oprawy i zaśpiewać z innymi, że oni są mistrzami, a rywale kur***i. Dzięki temu to, co dzieje się na boisku, staje się bardziej znośne i wzniosłe. 

Motywacja ze strony kibiców podoba się klubom

W polskich mediach temat kibiców i ich bezkarności przewija się od lat. Dziennikarze namawiali kluby, by z tzw. kibolstwem walczyli, bo przecież na Zachodzi sobie poradzili. Czyżby jednak rzeczywiście sobie poradzili? Cóż, to wątpliwe. Zamieszki na trybunach działy się w tym sezonie nawet w europejskich pucharach. W Marsylii kibice zaatakowali autokar z zawodnikami Olympique Lyon. W Holandii mecz Ajaksu z Feyenoordem trwał tylko 55 minut, bo kibice tego pierwszego klubu nie pozwolili na jego dokończenie.  

U nas do takich ekscesów jeszcze nie dochodzi. Zwracam uwagę na słówko "jeszcze", bo im bardziej silne grupy kibiców będą się utwierdzać w swojej bezkarności, tym na więcej będą sobie pozwalać. Zwłaszcza gdy jeszcze będą słyszeć zachęty ze strony klubu, któremu spodoba się, że zawodnicy dostają dodatkową motywację. 

Bo jak inaczej wytłumaczyć absolutnie skandaliczne słowa trenera Arki po meczu, który kibiców zastraszających zawodników po meczu usprawiedliwiał? - Kibice mocno nas wspierali. Nie mam do nich żadnych pretensji, że emocje wyszły na zewnątrz. Nie było to agresywne, lecz męskie, ludzkie zachowanie. Tak mężczyźni muszą się zachowywać - stwierdził Wojciech Łobodziński, cytowany przez portal sport.tvp.pl. 

Jeśli trener Arki uważa, że publiczne upokarzanie jego piłkarzy jest OK, to gratuluję. I zastanawiam się, kiedy szkoleniowiec uzna, że kibice posunęli się za daleko. Aż się boję snuć domysły.  

Nikt nie odmawia kibicom prawa, by wyrazili swoje rozczarowanie. Nikt nie odmawia im prawa, by zbesztali zawodników, jeśli ci nie przykładają się do gry. Ale zastraszanie, publiczne upokarzanie, odbieranie własności - to już nie są zachowania, które klub i związek powinni usprawiedliwiać. To nie ma nic wspólnego ze sportem i nie ma nic wspólnego z kibicowaniem. To tylko pokazanie swojej władzy i tego, kto tu rządzi. 

Uważasz, że kibice mają prawo odbierać zawodnikom koszulki?
Więcej o:
Copyright © Gazeta.pl sp. z o.o.