Wielki powrót po upadku polskiego klubu. Zajęło im to 10 lat. "Pospolite ruszenie"

Jakub Seweryn
Równe 10 lat zajęło Polonii Warszawa, by po upadku w 2013 roku awansować na zaplecze ekstraklasy. To się udało "Czarnym Koszulom" w sobotę, gdy pokonały one przy Konwiktorskiej Olimpię Elbląg 2:0. Ale ich wędrówka z IV do I Ligi przypominała bardziej chodzenie bosymi stopami po rozżarzonym węglu niż zwycięski marsz Widzewa Łódź. A o tym, jak wyglądał początek reaktywacji Polonii, w rozmowie ze Sport.pl opowiadają prezes MKS Polonii Warszawa Paweł Olczak i asystent trenera Piotra Dziewickiego w czwartoligowym zespole Polonii Emil Kot.

Historię z 2013 roku zna większość kibiców piłkarskich w Polsce. Śląski biznesmen Ireneusz Król przejmuje Polonię Warszawa od Józefa Wojciechowskiego, a po chwili okazuje się, że wcale nie ma zamiaru budować silnego klubu piłkarskiego. Polonia stacza się na dno pod względem organizacyjno-finansowym i staje się bankrutem. O drużynie prowadzonej przez Piotra Stokowca, która w koszmarnych warunkach zajęła w ekstraklasie wysokie 6. miejsce, Canal+ stworzył nawet dokument o wymownym tytule „Kasa będzie jutro".

Zobacz wideo Deklasacja w Kielcach. Mistrz Polski w Final Four LM!

Efekt tego wszystkiego mógł być jeden – Polonia nie otrzymała licencji na dalszą grę w ekstraklasie, ani w ogóle na jakimkolwiek poziomie piłkarskim w Polsce. Zasłużony klub ze stolicy musiał zaczynać wszystko od nowa, a konkretnie od IV ligi, jako MKS Polonia Warszawa, będący dotychczas akademią piłkarską klubu z Konwiktorskiej. Na czele odbudowy stanęli przede wszystkim kibice, a także dyrektor MKS – Paweł Olczak, który w rozmowie ze Sport.pl podzielił się kulisami reaktywacji piłkarskiej Polonii.

Tak powstała nowa Polonia. Pomógł nawet Zbigniew Boniek

Pierwszy problem nowej Polonii pojawił się już na samym początku – w jaki sposób zarejestrować nową drużynę, żeby nie zaczynać wszystkiego od najniższego poziomu rozgrywkowego na Mazowszu, czyli B Klasy (siódma klasa rozgrywek)?

Oddajmy głos Pawłowi Olczakowi. - Po karnej degradacji na Konwiktorskiej było kilka stowarzyszeń, które chciały utworzyć zespół od IV, a być może nawet od III ligi. Okazało się jednak, że jedynym stowarzyszeniem, które mogło to uczynić, był MKS Polonia Warszawa, będący już w piłkarskich strukturach – opowiada.

- Skorzystaliśmy na tym, że okręgowe związki piłkarskie mogą jednorazowo wyrazić zgodę na to, by zasłużony klub, który miał takie kłopoty, jakie miała wówczas Polonia, mógł przystąpić do rozgrywek od IV ligi, a nie od A Klasy czy B Klasy. Taką zgodę też otrzymaliśmy. W porozumieniu z kibicami, którzy odegrali w tym wszystkim przeogromną rolę, powstała inicjatywa, na którą wyraził zgodę także zarząd MKS – dodaje Olczak.

- Kibice próbowali przejąć jeszcze starą spółkę akcyjną, która zarządzała klubem jeszcze za czasów Jana Ranieckiego (były właściciel Polonii, który zmarł nagle w 2006 roku – red.), czyli przed fuzją z Groclinem Dyskobolią, ale w tamtych czasach była na uboczu. Ta spółka, która miała prawa m.in. do herbu, była zakopana, ale mimo to zażądano za nią „chore" pieniądze. Dlatego też jedyną opcją, by zacząć to wszystko od nowa, był MKS, a kibice w tym celu konsultowali się nawet z ówczesnym prezesem PZPN, Zbigniewem Bońkiem – uzupełnia Emil Kot, który w tamtym czasie był jeszcze zagorzałym sympatykiem „Czarnych Koszul", prowadząc doping na Konwiktorskiej.

Zarówno Olczak, jak i Kot, nie mają wątpliwości, że ogromną rolę w reaktywacji „Czarnych Koszul"  mieli ich kibice, którzy zebrali nawet bardzo imponującą kwotę pieniędzy, która pozwoliła drużynie wystartować w IV lidze.

- Przystąpiliśmy do rozgrywek IV ligi. Trzeba tu raz jeszcze podkreślić wielką pomoc ze strony kibiców. Już w ostatnich meczach w ekstraklasie było pospolite ruszenie, które pozwoliło chociażby zebrać kwotę niezbędną na wyjazd drużyny do Szczecina, bo w klubie nie było wówczas żadnych środków. Tak samo było na starcie nowego zespołu – kibice zebrali 250 tys. złotych, które pozwoliło nam nowy początek Polonii – mówi Paweł Olczak.

Z gniazda na ławkę trenerską. Mistrz Polski i gniazdowy poprowadzili Polonię do III ligi

Ale nie da się przystąpić do gry, nie posiadając drużyny. Tę także trzeba było zbudować od absolutnego zera. Pierwszym trenerem nowej Polonii został Piotr Dziewicki, mistrz Polski z Polonią z 2000 roku. Na asystenta wziął wspomnianego już Emila Kota. 23-letni wówczas trener młodzieży Marcovii Marki, a prywatnie zapalony sympatyk Polonii, szybko musiał się przenieść z kibicowskiego gniazda na ławkę trenerską.

- Wcześniej Piotrka Dziewickiego znałem tylko z boiska, gdy grał w mistrzowskiej Polonii. Dla mnie to była jedna z ikon, a sposób, w jaki mnie wziął do sztabu szkoleniowego był filmowy. Do tego czasu byłem aktywnym kibicem, w dodatku gniazdowym, który jeszcze w ostatnim meczu w ekstraklasie z Piastem Gliwice prowadziłem doping na stadionie Polonii – opowiada Kot.  - Ludzie znali mnie tylko i wyłącznie z trybun. Wiedzieli, że jestem kandydatem na trenera i robię coś w tym kierunku, ale niewiele poza tym. Bardzo często jednak pojawiałem się w barze „Czarna Koszula", który mieścił się na stadionie przy Konwiktorskiej. Na kawę, na herbatę, posłuchać, co ludzie mówią o tym, jaka będzie przyszłość Polonii – czy zaczniemy od okręgówki, czy od IV ligi… Byłem bardzo zainteresowany tym wszystkim, podobnie jak „Dziewik", który przychodził tam też np. obejrzeć sobie mecz. Jego nazwisko przewijało się w kuluarach w kontekście przejęcia nowej Polonii i tak rzeczywiście się stało.

- Jeśli chodzi o mój angaż, to ogromną rolę miał tu ówczesny szef „Czarnej Koszuli" Paweł Puchalski, który namawiał „Dziewika", by mnie sprawdził. Mówił: „Spróbuj z tym Emilem, on jest trenerem, kibicem, a w dodatku zaangażowany i inteligentny". Ja o tym wtedy nie wiedziałem, ale któregoś dnia Piotrek przysiadł się do mnie do stolika, by obejrzeć wspólnie ligę angielską. Zaczął mnie w trakcie meczu wypytywać pod kątem analizy poszczególnych sytuacji – np. dlaczego dany zespół akurat stracił bramkę. Takie typowe, merytoryczne pytania od strony trenerskiej. Okazało się, że myślimy o piłce podobnie, choć się dziwiłem, dlaczego pyta mnie w ten sposób. Oczywiście, zacząłem się troszeczkę domyślać, ale wydawało mi się to abstrakcyjne, żeby z gniazda przeskoczyć na ławkę trenerską, tym bardziej, że byłem tylko trenerem dzieci w Marcovii Marki.

- W końcu pewnego dnia się umówiliśmy w „Czarnej Koszuli" i Piotrek wziął mnie na spacer. Pytał się, jak chciałbym, żeby Polonia była zbudowana, jaka jest moja wizja, jak widziałbym to jako kibic… W końcu zabrał mnie na murawę przy Konwiktorskiej, stanęliśmy przy linii bocznej i zapytał się mnie: „Fajny widok?" Odpowiedziałem, że najlepszy, jaki może być, bo patrzyłem na trybunę Kamienną (dla najzagorzalszych kibiców Polonii – red.), gdzie spędziłem kawał życia. „Dziewik" powiedział wtedy: „Już w tym koszu po drugiej stronie siedział nie będziesz, bo chciałbym, żebyś poprowadził ze mną Polonię do ekstraklasy". Oczywiście obaj wiedzieliśmy, że trzeba iść krok po kroku, ale i tak ciarki mnie przeszły, bo totalnie się tego nie spodziewałem. Usłyszałem, że mam być jego asystentem w nowym projekcie Polonii, a moja odpowiedź mogła być tylko jedna – nie ukrywa Emil Kot.

W ten sposób Polonia miała już sztab szkoleniowy, przyszedł czas na kolejny krok – zawodników.

Otwarte nabory, "lis pola karnego" i wyprawy po zawodników. "Jak on się okaże słaby, to cię zabiję!"

- Trenerem drużyny został Piotrek Dziewicki, ale ani on, ani inne osoby działające przy zespole, nie pobierały za to żadnych pieniędzy. Partnerem technicznym MKS była z kolei firma Zina, która za darmo też ubrała nasz nowy zespół, bo choć jeśli chodzi o sprzęt, to były jeszcze jakieś pozostałości po grze w ekstraklasie, to te stroje w większości były zdekompletowane. Zresztą, po tej karnej degradacji, w klubie brakowało wielu podstawowych rzeczy – przyznaje Paweł Olczak.

Jedna z tych podstawowych rzeczy to z pewnością piłkarze, którzy poradziliby sobie na poziomie IV Ligi. Kompletowanie drużyny trzeba było przeprowadzić w błyskawicznym tempie.

- Głównym problemem wówczas było to, że nie mieliśmy żadnych piłkarzy. Bardzo mocny rocznik 1995 MKS Polonii trenera Libicha miał walczyć o mistrzostwo Polski w swojej kategorii wiekowej, z kolei my mieliśmy zawodników ściągnąć z zewnątrz. Jednym z pomysłów było zrobienie naborów, bo nie mieliśmy prawie nikogo. Było tylko kilku byłych juniorów, którzy grali w niższych ligach i zgłosili chęć powrotu na Konwiktorską – mówi Kot.

- Zaczęliśmy od piłkarzy, którzy dotąd występowali w Młodej Ekstraklasie. Udało się namówić m.in. Maćka Joczysa, Olka Foglera, do bramki ściągnęliśmy Michała Dudka, który też wywodził się z naszej akademii. Szukaliśmy dalej, wzięliśmy Michała Strzałkowskiego, który zastanawiał się, czy w ogóle grać jeszcze w piłkę. Jego transfer okazał się strzałem w „10". Namówiliśmy też chociażby Jacka Kosmalskiego, który koniec końców był kluczową postacią zespołu, scalającą całą szatnię – kontynuuje Olczak. - Tak jak było pospolite ruszenie wśród kibiców, tak robiliśmy też nabory do zespołu, na które zgłosiło się wielu zawodników.

- Nabory? To były jaja – wspomina Emil Kot. - Zrobiliśmy trzy nabory na boisku bocznym, którego trybuny się zapełniały, by zobaczyć potencjalnych zawodników. Ale zanim do tego doszło, musieliśmy przewertować maile zgłoszeniowe. Było kilka „okazów". Jeden z kandydatów określał się jako „lis pola karnego, który lubi grać w pomocy i na obronie". Chciałem usunąć maila, ale „Dziewik" wtedy mówi: „Nieee, dawaj tego lisa! Zobaczymy, co to za chłopak". W końcu doszło do samego naboru, czytamy listę obecności i gdy przyszło nazwisko tego chłopaka, to „Dziewik" głośno go zapytał: „To ty jesteś ten lis pola karnego?". Niestety, chłopak przepadł już po pierwszym etapie selekcji.

Na naborze do czwartoligowej Polonii nie brakowało nawet… obecnych dziennikarzy. - Byli też ludzie z nadwagą, był nawet Pawłoś, czyli Marcin Pawłowski, obecnie komentator Eleven Sports. I był bardzo bliski szczęścia, bo się dostał do ostatniego etapu. Troszkę brakowało mu tylko wytrzymałości, bo piłkarsko się bronił – zaznacza Kot. - Było mnóstwo śmiesznych historii, choćby z poszukiwaniem młodzieżowców. Po znajomości wzięliśmy dwóch utalentowanych chłopaków z Marcovii – Patryka Strusa i Kacpra Lachowicza. „Strusik" najpierw z Polonią wszedł do III ligi, a niedługo potem zrobił to samo z Widzewem.

Jedną historię ze sprowadzeniem ważnego zawodnika do Polonii Emil Kot pamięta jednak szczególnie. - Ściągnęliśmy też młodzieżowca z Warmii i Mazur – Marcina Kruczyka, który koniec końców strzelił nam 12 czy 13 bramek w IV lidze. Wtedy jednak Kruczyk grał w lidze okręgowej, w Błękitnych Pasym, trenował dwa razy w tygodniu i kąpał się w jeziorze po meczach. Kojarzyłem go jednak jeszcze z obozu z Marcovią Marki, gdy miał 12 lat i w sparingu strzelił nam wtedy 7 czy 8 goli. Wtedy nawet zastanawialiśmy się, czy go nie sprowadzić do Marek, ale koniec końców z przyczyn rodzinnych to nie wypaliło. Przypomniałem sobie o nim i sprawdziłem, co on wówczas robił, bo napastnik-młodzieżowiec w IV lidze by nam się przydał. Nie musiałem Piotrka długo namawiać, pojechaliśmy na jeden z jego meczów, choć wyglądało to tak:

- Z kim oni teraz grają?
- „Szlagier" wyjazdowy z Fortuną Gągławki.
- K***a, gdzie to jest?

- No ale pojechaliśmy samochodem. Co ciekawe, w Fortunie grał wówczas jeszcze Rafał Szwed, który zaliczył ponad 100 meczów w ekstraklasie, w tym w Polonii. Oczywiście trochę zgubiliśmy się, jakiś rolnik powiedział nam, że musimy skręcić za dużą brzozą w prawo, zaparkowaliśmy w lesie, a „Dziewik" w końcu powiedział: „Jak się okaże słaby, to cię zabiję!" – śmieje się Kot.

- No nie była to zwykła wyprawa na mecz, ale najważniejsze, że sam Kruczyk Piotrkowi się bardzo spodobał i go wzięliśmy najpierw na tygodniowe testy, a później do drużyny. Jak się potem okazało – słusznie, bo strzelił dla nas wiele bramek i miał nawet testy w pierwszoligowej Bytovii Bytów u Pawła Janasa.

- Kilku zawodników zgłosiło się też do dyrektora Olczaka – Jacek Kosmalski, Bartek Gołaszewski - syn Igora Gołaszewskiego, ś.p. Tomek Dudek, Maciek Biernacki, Olek Fogler, Nazar Litun... Do tego Michał Strzałkowski, który był pomysłem dyrektora, który orientował się w niższych ligach. Mieliśmy też dwóch Nigeryjczyków, Hiszpana Alvareza. Trafił do nas Mariusz Ujek, który był wicemistrzem Polski z GKS Bełchatów. Kilku chłopaków pozostało też z tych naborów, jak chociażby stoper Daniel Grala. To był prawdziwy miks zawodników z różnych źródeł – podsumowuje Kot.

Polonia Warszawa znów była gotowa do walki na piłkarskim boisku.

Polonia nie mogła zerwać z łatką. "Firmy domagały się zapłaty z góry"

Jak wyglądała rzeczywistość grającej w IV Lidze MKS Polonii Warszawa? - Problemy finansowe wciąż były spore – przyznaje Paweł Olczak. - Wraz z kibicami szukaliśmy kolejnych sponsorów, bo te pierwsze pieniądze były tylko na start. Udało się pozyskać zimą kilku drobnych sponsorów, którzy nawet do dzisiaj nie chcą się ujawniać.

- To przywiązanie do barw klubowych, również w przypadku zawodników, pozwoliło nam przetrwać te trudne momenty. Klubowi pomagali także Kamil Majewski i Mariusz Skorupski oraz firmy zewnętrzne, czy też burmistrzowie dzielnic Warszawy, którzy pozwalali nam trenować za promocyjne stawki na Marymoncie czy na Blokowej – dodaje dyrektor MKS, który nie ukrywa, że zła opinia z czasów Ireneusza Króla jeszcze długo ciągnęła się za nową Polonią.

- Po spadku z ekstraklasy, nawet gdy się chodziło po różnych sponsorach, musieliśmy walczyć z opinią, że Polonia jest niewypłacalna. Za czasów Ireneusza Króla taka jednak była i to się długo za nią ciągnęło. To był naprawdę duży problem, bo każde spotkanie trzeba było zaczynać od wyjaśnień, że to, co robimy obecnie, to jest już co innego. Dotyczyło to nawet np. firm autokarowych, które na początku chciały brać pieniądze jeszcze przed wyjazdem, bo obawiały się tego, że ich nie zobaczą. Pan Król, który doprowadził do tej karnej degradacji, był niewypłacalny nie tylko w stosunku do zawodników czy pracowników, ale także do wielu firm, z którym klub współpracował. Ale radziliśmy sobie, także za sprawą wielu osób, które pomagały nam z tylnego siedzenia i do dzisiaj nie chcą się tym obnosić – zaznacza Paweł Olczak.

Dzięki staraniom wielu ludzi związanych z Polonią, czwartoligowa drużyna Piotra Dziewickiego nie mogła narzekać.

- Ważne było to, że warunki do pracy mieliśmy naprawdę dobre. Głównie wiązało się to z posiadaniem dobrych ludzi wokół. Trener bramkarzy Marek Chański, który jest jednym z lepszych specjalistów w kraju, a do tego swoją szyderką wprowadza w szatni dobrą atmosferę. A za wszystko odpowiadał oczywiście Piotrek Dziewicki, który jest taką osobą, która nie boi się nawet ubrudzić rąk, gdy była potrzeba posprzątać czy skosić trawę. Wszyscy pod tym względem byliśmy podobni, dlatego też złapaliśmy dobry kontakt – wspomina Emil Kot. - Był też magazynier, Krzysiu Węgier, który o Polonii wie wszystko, ciągle pracuje w klubie, jeszcze od czasów Józefa Wojciechowskiego, a jako piłkarz był mistrzem Polski juniorów z Polonią w 1977 roku. To jest człowiek, który rzeczy niemożliwe załatwia od ręki.

- Trenowaliśmy praktycznie codziennie, co nie jest normą w IV lidze. Część chłopaków była na zawodowych kontraktach, część na półzawodowych, łącząc pracę z piłką. Gdy trzeba było, to część chłopaków trenowała rano, a część po południu. I mieliśmy do tego warunki, z dobrym boiskiem na Blokowej na czele, pod tym względem nie mogliśmy narzekać. Siła Polonii tkwiła w ludziach – gdy trzeba było coś zrobić, nikt nie narzekał, tylko to robił. Nie można też zapominać o kibicach, grupie socios, którzy wspierali klub także finansowo.

W garniturach i w jeżynach. Polonia miała wielkie wsparcie. "To było jak w filmie. Po awansie szatnia była pełna kibiców"

Walka o awans do wyższej klasy rozgrywkowej od początku była celem nowej Polonii. Ale łatwo sobie wyobrazić, że budowanym od zera zespołem wcale nie było to proste. Dwukrotnie Wisła II Płock, a także Błękitni Raciąż i Błękitni Gąbin - to zespoły, które pokonały jesienią drużynę Dziewickiego i Kota. O objęciu prowadzenia w grupie północnej IV Ligi Mazowieckiej przez wiele tygodni nie było mowy.

- Zaczęliśmy rozgrywki drużyną stworzoną w dużym pośpiechu. Jesienią, co zrozumiałe, wyniki były różne – zakończyliśmy rundę na trzecim miejscu ze stratą pięciu punktów do lidera – Bugu Wyszków. Wiosną zaczęliśmy jednak pogoń za czołówką, która okazała się bardzo skuteczna – mówi Paweł Olczak.

Średnia frekwencja na Polonii wynosiła wówczas około 3000 osób, gdy obecnie w II lidze są to 2000. A wyniki, szczególnie wiosną, to tylko napędzały. Nie brakowało też przygód. Kibice Polonii Warszawa mieli wielki problem z dojazdem na mecze wyjazdowe swojej drużyny. Było to pokłosiem meczu otwierającego rozgrywki w Łomiankach, który został przerwany przez starcia pseudokibiców Legii i Polonii.

- Pamiętam mecz z zespołem Naprzód Skórzec. Graliśmy u nich autentycznie na boisku szkolnym, przebieraliśmy się w szatniach przy szkole. Nasi kibice z kolei mieli ogromny problem z tym, żeby brać udział w meczach wyjazdowych, gdyż policja zawsze ich zatrzymywała po drodze i nikt ich na te małe obiekty nie wpuszczała ze względów bezpieczeństwa, gdyż zabezpieczenie takiego meczu było niemożliwe – opowiada Emil Kot.

- Pamiętam jednak, że gdy nasi kibice jechali do Skórca, udawali, że jadą na wesele. Przebrali się specjalnie w garnitury, pod krawat i policja ich przepuszczała. Przebili się przez łąki na ten stadion i kibicowali nam wszyscy w garniturach, koszulach, kapeluszach. W 30-40 osób nas dopingowali – mówi z uśmiechem asystent Piotra Dziewickiego.

- Na stadionie Leśnym w Gąbinie z kolei, gdzie na murawie rósł mech, a my dostaliśmy w trąbę 0:1, kibice też jakoś się przebili i dopingowali nam z jakichś jeżyn zza płotu. Później my też się przebijaliśmy przez te jeżyny, żeby im podziękować za doping po meczu – wspomina Kot.

Sezon zakończył się pewnym awansem „Czarnych Koszul" do III ligi, bo na koniec rozgrywek miały one cztery punkty przewagi nad drugim Bugiem. - Awans z Polonią w roli asystenta trenera był dla mnie jak spełnienie marzeń. Byłem w akademii, ale przed kontuzją też nie miałem potencjału na coś więcej niż III liga, później byłem też skautem, kibicem-ultrasem jeżdżącym na wyjazdy i prowadzącym doping, a na koniec na ławce trenerskiej wywalczyłem awans do III ligi. To było jak w filmie, smakowało wyjątkowo – opowiada obecny trener angielskiego klubu z Londynu Kingstonian FC.

- To był naprawdę świetny czas. Niejeden kibic przyzna, że chyba nigdy w historii klubu zespół nie był tak blisko kibiców, jak wtedy. Wszyscy znali się osobiście, piłkarze byli bardzo często dostępni dla kibiców, nie było tej granicy na linii piłkarz – kibic, niektórzy do dziś utrzymują ze sobą kontakty. Spędzaliśmy wspólnie bardzo dużo czasu, a choćby później po awansie nasza szatnia była pełna kibiców, nawet tych niedzielnych, co obecnie jest nie do pomyślenia. I wszyscy świętowali razem. Dlatego wielu wspomina bardzo dobrze ten okres IV ligi, bo takie rzeczy się nie wydarzały i się już raczej nie powtórzą – podsumowuje Emil Kot.

"Satysfakcja jest ogromna". "Londyn też będzie świętował awans Polonii"

Sielanka w klubie nie trwała długo, bo w nowym sezonie już w III lidze, przez niepotrzebny konflikt, drużynę prowadził już inny sztab szkoleniowy.

- Koniec końców, z Piotrkiem Dziewickim pracowaliśmy w Polonii tylko rok, a odeszliśmy po konflikcie z dyrektorem Olczakiem. Zostało to mocno nagłośnione przez kibiców, a ja sam też do tego po jednym z meczów przyłożyłem rękę rozmową z kibicami, czego do dzisiaj żałuję. Nie zgadzaliśmy się w kwestiach funkcjonowania drużyny, doboru zawodników, a ponadto Piotrek chciał mieć w swoim kontrakcie zapis, który nieco gwarantował mu spokojną pracę nawet w przypadku kryzysu. Jak łatwo się domyślić, był to swego rodzaju test zaufania, a ten zapis ostatecznie nie wszedł w życie. Piotrek podał się do dymisji po pierwszym meczu III ligi w Sieradzu, a ja po meczu niepotrzebnie zaogniłem ten konflikt powiedziałem zbyt wiele kibicom, co nie powinno mieć miejsca. Odszedłem razem z Piotrkiem i podjąłem decyzję o wyjeździe do Anglii – przyznaje uczciwie Emil Kot.

- Osobiście wspominam to jednak bardzo dobrze, to był najlepszy czas w moim trenerskim życiu. Piotrek dzielił się wiedzą ze mną, a ja byłem 23-letnim gołowąsem, będąc asystentem poważnego trenera w dużym klubie, gdzie wielu zawodników było starszych ode mnie, na czele z Jackiem Kosmalskim i Mariuszem Ujkiem. Był to dla mnie trenerski uniwersytet, z którego zdobyłem najwięcej doświadczenia – zaznacza.

- Nie da się ukryć, że to wszystko kosztowało nas wiele pracy, ale jestem stąd i czułem się w obowiązku, by tej Polonii pomóc. Jestem z tych osób, które uważają, że albo coś się robi na 100 proc., albo nie robi się tego wcale. Gdybym miał podsumować te dwa lata, to raz jeszcze muszę wspomnieć o ogromnym zaangażowaniu kibiców Polonii, także w codziennej pracy przy tym zespole. Żeby powalczyć o awans, trzeba było zapewnić pewien profesjonalizm – wodę, transport, posiłki przed meczami. Nic nadzwyczajnego, ale cieszę się, że to po prostu się udało, bo bez tego pierwszego kroku trudno byłoby dojść tam, gdzie Polonia jest obecnie – podsumowuje Paweł Olczak, który był na czele projektu nowej Polonii jeszcze przez rok.

- Umówiliśmy się, że stowarzyszenia będą tworzyły spółkę, która docelowo przejmie zespół seniorów od MKS-u. Po pierwszym roku to się nie udało, więc i w III lidze, gdzie wymagania organizacyjne i finansowe są znacznie większe, wciąż musieliśmy tę drużynę prowadzić. Ale sprostaliśmy zadaniu i działaliśmy dalej. Nie mogło obyć się też bez wzmocnień – ściągnęliśmy Grześka Wojdygę, który jeszcze niedawno robił awans z Polonii, grał w niej przez wiele lat, będąc nawet kapitanem. Był też Krystian Pieczara, który nawet teraz jest w zespole, czy też Rafał Kosiec. Mowa o osobach, które miały polonijną przeszłość, ale też byli zawodnikami na wyższym poziomie, z większym doświadczeniem. Tak też udało się utrzymać w III lidze, po czym w końcu powstała spółka akcyjna, która po zgodzie PZPN zajęła się tylko pierwszym zespołem Polonii. Rola MKS-u przy pierwszej drużynie w ten sposób się zakończyła – tłumaczy dyrektor MKS, który jako osoba związana z Polonią cieszy się z sukcesu obecnych „Czarnych Koszul".

- Awans do I ligi? Satysfakcja jest ogromna. Cieszę się, że na Konwiktorskiej powstał stabilny klub z solidnym zapleczem finansowym za sprawą prezesa Gregoire’a Nitota – mówi.

W podobnym tonie wypowiada się Emil Kot. - Mam kontakt z wieloma osobami z Polonii, m.in. dyrektorem sportowym Piotrkiem Kosiorowskim. Byłem niedawno na jednym z meczów, gdy byłem w Warszawie, oglądam też regularnie spotkania Polonii w telewizji. Gdy jestem w Warszawie, to wizyta w „Czarnej Koszuli" jest obowiązkowa. Kibicem z kolei się jest całe życie. Możesz zmienić dziewczynę, żonę czy pracę, ale klubu się nie zmienia i jest się z nim na dobre i na złe. Londyn też będzie świętował awans Polonii do I ligi.

Więcej o:
Copyright © Gazeta.pl sp. z o.o.