Jerzy Brzęczek nie zapozuje już na ofiarę i nie przekona, że spotkała go niesprawiedliwość

Dawid Szymczak
Jerzy Brzęczek odchodzi z Wisły Kraków pokiereszowany bardziej niż po reprezentacji Polski. Wtedy opuszczał salony, teraz zaścianek. Nie zapozuje już na ofiarę i nie przekona, że spotkała go niesprawiedliwość. Nie wywoła nawet ulubionej dyskusji, czy osiąganie celów usprawiedlwia słaby styl. Nie ma ani wyników, ani stylu. Jest już tylko twierdza - pisze Dawid Szymczak ze Sport.pl.

Ktokolwiek nie skrytykuje Jerzego Brzęczka, prędzej czy później doczeka się kontry ze strony samego trenera lub jego żołnierzy: że jest niesprawiedliwy, niewystarczająco fachowy, niezbyt wgryziony w temat, a najczęściej - po prostu nieobiektywny. Może nie lubi trenera lub klubu, może sympatyzuje z kimś innym, może jest wmieszany w jakieś układy, a może tylko szuka klików i wyświetleń. Poczucie bycia atakowanym to właściwie fundament brzęczkowej twierdzy wybudowanej jeszcze podczas pracy z reprezentacją Polski, w której trwał także pracując w Krakowie. 

Zobacz wideo Wisła nad przepaścią. Brzęczek: Jakbym nie był optymistą, to musiałbym zrezygnować z pracy

Obiektywnie zatem - Brzęczek spadł z Wisłą z ekstraklasy, a w I lidze po dwunastu kolejkach zajmował ósme miejsce i w poniedziałek podał się do dymisji. Dalej obiektywnie: pracując w Wiśle osiągnął najgorsze wyniki w karierze, zdobywając średnio 1,11 pkt na mecz. Jeszcze w ekstraklasie wygrał jedno z trzynastu spotkań i punktował gorzej niż jego poprzednik - Adrian Gula oraz wcześniejsi trenerzy - Peter Hyballa, Artur Skowronek i Maciej Stolarczyk. W I lidze skończył z bilansem: pięć zwycięstw, dwa remisy, pięć porażek.

Selekcjonerzy reprezentacji Polski: Józef Kałuża, Kazimierz Górski, Adam Nawałka, Paulo Sousa i Czesław MichniewiczReprezentacja Polski wewnętrznie podzielona. Zderzenie dwóch wizji: Lewandowskiego i Szczęsnego

Subiektywnie: Jerzy Brzęczek chciał w Wiśle Kraków udowodnić jak źle był oceniany 

Jerzy Brzęczek miał wiele powodów, by w połowie lutego przejąć trapioną problemami Wisłę. I pewnie po części była to także przysługa wyświadczona zarządzającym nią siostrzeńcom. Ale jestem przekonany, że wracającym do ekstraklasy byłym selekcjonerem kierowała też - a może przede wszystkim - żądza udowodnienia światu, jak bardzo mylił się w jego ocenie. Brzęczek nigdy przesadnie nie kombinował i nie wydziwiał, cenił prostotę i szczerość, więc tak też napiszę: chciał po prostu paru osobom zamknąć gęby. 

Z szeregu niezrozumiałych decyzji podjętych przez władze Wisły Kraków w ostatnich latach, akurat ta o zatrudnieniu Brzęczka miała sporo sensu. Była połowa lutego - końcówka okna transferowego, zbliżała się przerwa reprezentacyjna, do końca sezonu pozostawały trzy miesiące, a do rozegrania pozostawało trzynaście ligowych meczów. Wisła zajmowała 13. miejsce w tabeli - o pozostanie w ekstraklasie jeszcze nie drżała, ale margines błędu miała niewielki. Te wszystkie okoliczności sprawiały, że Brzęczek miał czas, by realnie wpłynąć na zespół. Reszta też wydawała mu się sprzyjać. Działacze deklarowali, że wybaczą brzydki styl, jeśli ma być ceną za pozostanie w ekstraklasie. Brzęczek z miejsca miał taką pozycję, że mógł rozstawiać po kątach piłkarzy i wszystkich wokół: schodził przecież z wyższych sfer, miał wsparcie przełożonych i wydawało się, że to bardziej Wisła potrzebuje jego, niż on Wisły. 

No i miał coś, co po nieeleganckim zwolnieniu z reprezentacji Polski pół roku przed Euro 2020, mogło mu pomóc: okazję do napisania historii, w której będzie superbohaterem. Oto wielki polski klub, z wielkimi problemami, chyli się ku upadkowi, przegrywa, wreszcie zwalnia zagranicznego trenera i bierze jego. Nawet biały koń był mu w tej legendzie niepotrzebny, by wkroczyć, zapobiec katastrofie i przez lata być wspominany jako ten, który wyciągnął Wisłę z opresji. Żyliby długo i szczęśliwie.

Jerzy Brzęczek, trener Wisły KrakówMedia: Wisła Kraków ma już nowego trenera za Brzęczka. Kompletuje sztab

Oblężona twierdza przetrwała

Ale już pierwsza konferencja prasowa Brzęczka w Krakowie mogła zapalić ostrzegawczą lampkę, że nie wszystko ułoży się jak w bajce. Z sali padło pytanie, które paść musiało - o udział Jakuba Błaszczykowskiego, jednego z właścicieli klubu, a jednocześnie kontuzjowanego piłkarza, w zatrudnieniu Brzęczka. Ich rodzinne powiązania są znane, odkąd Błaszczykowski zaczął grać w piłkę, a więcej niż ciekawostką stały się, gdy Brzęczek został selekcjonerem. Dyskusja wynikała jednak głównie z tego, że Błaszczykowski miał już wtedy problemy zdrowotne, a jego forma była na tyle chwieja i nieprzekonująca, że powołania dziwiły. Pewnie, gdyby Brzęczek został selekcjonerem w 2013 r., gdy jego siostrzeniec był u szczytu formy, żadnych wątpliwości i sugerowania nepotyzmu by nie było. Na te pytania Brzęczek często reagował nerwowo. W Wiśle nic się nie zmieniło. 

Już na pierwszej konferencji prasowej, a takie zwykle ociekają lukrem, można było odnieść wrażenie, że były selekcjoner wciąż czuje się atakowany. Bronił więc siebie i Błaszczykowskiego, choć trudno było dostrzec w tych pytaniach próbę zdeprecjonowania ich zasług dla reprezentacji. Sugerowaliśmy wtedy, że doszukiwanie się nieprzychylności dziennikarzy i dostrzeganie ataków tam, gdzie ich nie ma, nie przysłuży się samemu Brzęczkowi, który będzie zdecydowanie lepszym trenerem, jeśli wyciągnie wnioski z tego, co nie wyszło mu w kadrze. Już wtedy wydawało się bowiem, że Brzęczek walczy z całym światem i chroni się przed nim, budując twierdzę. Mówi piłkarzom, że są niekochani i na tym opiera się film dokumentujący jego pracę z kadrą. 

Kolejne miesiące pracy Brzęczka pokazały, że niewiele się zmienił. Łatka trenera od brzydkiego stylu wydawała się go uwierać, więc przy wielu okazjach przekonywał, że jego drużyny potrafiły grać ładnie, a on jedynie kroił je pod możliwości piłkarzy. W głowie miał listę argumentów, by potwierdzić, że zna się na robocie. A żeby nie pozostać gołosłownym, chciał utrzymać Wisłę grając efektownie - jak kozak, który nie przejedzie slalomu normalnie, ale na jednym kole albo puszczając kierownicę. Byle był to przejazd wystarczająco efektowny, by wszyscy przyznali, że Brzęczek potrafi. Właściwie przez cały czas szukał w Wiśle uznania, którego brakowało mu w trakcie i po pracy z kadrą. W I lidze było podobnie. Skład, co zauważył dziennikarz serwisu newonce.sport Michał Trela, miał być wystarczająco młody, by obserwatorzy w razie awansu uznali, że Brzęczek nie tylko spełnił cel i przywrócił Wisłę na właściwy poziom, ale zrobił przy tym coś ekstra. 

Tak wygląda miejsce reprezentacji Polski w rankingu EloTak wygląda miejsce reprezentacji Polski w rankingu Elo

Rany po reprezentacji jeszcze się nie zagoiły. Brzęczek chciał jechać na jednym kole

Niewątpliwie Brzęczka zabolało zwolnienie przed Euro. Miało prawo, bo choć Zbigniew Boniek podjął decyzję słuszną - patrząc na grę kadry, atmosferę wokół niej i postawę jej liderów - to trudno było uznać ją za elegancką. W dodatku słaby wynik Polski na Euro i błędy popełnione przez Paulo Sousę dały Brzęczkowi paliwo, by w następnych miesiącach suflować narrację, że z nim na ławce Słowacja zostałaby pokonana, a Polska zagrałaby w fazie pucharowej. To oczywiście nieweryfikowalne, ale Brzęczek miał prawo do takiej opinii, a patrząc na wyniki jego wcześniejszych meczów znalazło się grono ludzi, którzy przyznaliby mu rację.  

Doprawdy trudno rozpatrywać jego pracę w Wiśle, nie zważając na okres, gdy był selekcjonerem. Odchodził z kadry powszechnie wyśmiewany i upokorzony. Chciał na siłę coś udowodnić. Może przesadnie? Może za mało pragmatycznie? Może należało postawić na efektywność? Może zrobiłby to wszystko, gdyby nie czuł potrzeby udowodnienia, jak dobrym jest trenerem. Przy okazji Brzęczek pozostał w oblężonej twierdzy, którą wydawało się, że opuścił, gdy we wrześniu 2021 r. udzielił wywiadu Małgorzacie Domagalik w "Kanale Sportowym". Po tym programie wielu widzów pisało, że poszłoby z Brzęczkiem na piwo, bo wydaje się równym gościem, znacznie przyjaźniejszym niż w czasie pracy z kadrą. Wraz z powrotem na ławkę, wrócił też do starych zwyczajów. Piłkarze też podchwycili narrację o tym, że przeciwko nim są dziennikarze, ale też rozmaici działacze, którzy chcą spadku Wisły.

Jeszcze w ekstraklasie toczyła się długa dyskusja o sędziach, a już w I lidze Brzęczek po trzech zwycięstwach na początku sezonu pouczał dziennikarzy, że nie doceniają jego pracy i nie zauważają, jak młody ma skład i jak wielu w nim Polaków. Abstrahując od tego, że przecież nikt nie zmuszał Wisły do akurat takiego skonstruowania kadry, w oczy raz jeszcze rzucało się poczucie niedocenienia. Brakowało wielkich triumfów, więc trzeba było eksponować małe. A gdy przyszły porażki, Polacy z pierwszego składu ustąpili miejsca obcokrajowcom, a niska średnia wieku drużyny z powodu do dumy stała się wymówką, Brzęczek wrócił do twierdzy.

Odchodzi z Wisły poraniony znacznie bardziej niż z reprezentacji Polski. Nie ma argumentu o spełnianiu celów, bo ani nie utrzymał klubu w ekstraklasie, ani nie zbudował przekonania, że szybko do niej wróci. Jechał na jednym kole, nie trzymał kierownicy, ale boleśnie upadł i zamiast owacji usłyszał gwizdy. Odeszło przekonanie, że był niewystarczająco dobrym selekcjonerem, bo to zawodowe himalaje, ale wciąż jest przyzwoitym trener, który poradzi sobie na pagórkach. Tymczasem Brzęczek nie sprostał zadaniu, z którym prawdopodobnie poradziłoby sobie wielu trenerów z mniejszym nazwiskiem. Znów - nieweryfikowalna teza, jednak w historii ekstraklasy byli już trenerzy, którzy wyciągali zespoły ze znacznie większych tarapatów. Byli też tacy, którzy spadali ze słabszymi zespołami do I ligi i osiągali w niej lepsze wyniki.

Żadnemu selekcjonerowi reprezentacji Polski niełatwo było wrócić na ekstraklasową scenę, ale nikt nie zaliczył tak spektakularnego upadku jak Brzęczek, który jeszcze dwa lata temu przygotowywał odprawę dla Roberta Lewandowskiego, a dziś żegna się z pracą na zapleczu 27. ligi rankingu UEFA i ostatecznie traci to, co najbardziej chciał w Wiśle odzyskać - reputację.

Problemy Wisły Kraków nie kończą się jednak na Jerzym Brzęczku. On niewątpliwie zawiódł, choć przy pierwszej lepszej okazji przypomni pewnie w swoim stylu, że przecież "była udana pierwsza połowa" albo "moment dobrej gry" i ostatecznie znajdzie niezależny od niego powód, przez który mu nie wyszło. Ale co zrobili przełożeni Brzęczka, którzy po spadku rozszerzyli jego kompetencje o zadania typowe dla dyrektora sportowego i dyrektora skautingu? Teraz, przyjmując jego dymisję, zburzyli właściwie cały tzw. pion sportowy. Pycha kroczy przed upadkiem - krótka i nieudana przygoda z Jerzym Brzęczkiem to lekcja również dla nich.

Awantura z udziałem Rafała GikiewiczaSkandal z udziałem Rafała Gikiewicza. Niemcy nie wytrzymali

Więcej o: