Zapomniany ulubieniec Beenhakkera robi furorę! Szturm na ekstraklasę. "Muszę coś dodawać?"

Dominik Wardzichowski
Jeden z ulubieńców Leo Beenhakkera, czterokrotny mistrz Polski, ale i piłkarz zapomniany, zepchnięty na margines. Dziś Wojciech Łobodziński robi furorę w roli trenera i zmierza w kierunku ekstraklasy.
Zobacz wideo "Piramidalna bzdura. Dywersja". Ostro o zachowaniu Sousy i Lewandowskiego

Grał na Euro 2008 - historycznym, choć nieudanym dla Polski. W ekstraklasie ma 217 meczów, 20 goli i 32 asysty. Do tego 23 spotkania i dwa gole w reprezentacji Polski. Grał też w europejskich pucharach, więc śmiało można powiedzieć, że był piłkarzem spełnionym. - Byłem w takim gazie, że Leo Beenhakker musiał na mnie stawiać - śmieje się po latach. - A tak serio, to myślę, że ze swojego potencjału wycisnąłem sporo.  Nie wyjechałem do zagranicznego klubu, ale byłem spełniony - zapewnia Wojciech Łobodziński.

Cel jest jasny - awans do ekstraklasy

Karierę piłkarską skończył w sierpniu 2020 r., ale natychmiast zaczął trenerską. I robi furorę, bo jego Miedź Legnica jest po rundzie jesiennej liderem pierwszej ligi, ma pięć punktów przewagi nad drugim Widzewem i najwięcej strzelonych i najmniej straconych goli w całej lidze. A przecież niewiele na to wskazywało.

- Wszyscy dookoła mówili, że podejmujemy ryzyko. Ale Wojtek doskonale zna ten klub: był jego piłkarzem, pracował w akademii, był asystentem w drugim zespole, później prowadził go samodzielnie, aż w końcu został asystentem pierwszego trenera. A najważniejsze, że jego praca na każdym etapie była jakościowa. Więc z jednej strony postawienie na niego w roli pierwszego trenera Miedzi Legnica było ryzykiem, a z drugiej miał do tego doskonałe przygotowanie - opowiada nam Tomasz Brusiło, prezes legnickiego klubu.

Legia w rok spadła na samo dno. 'Ależ zjazd'Media: Gwiazdor ekstraklasy może trafić do Lecha! "Główny cel transferowy"

"Czy ja muszę coś dodawać?"

Dziś Miedź jest zespołem zbilansowanym, bez wielkich gwiazd, ale z piłkarzami, którzy robią różnicę na poziomie pierwszej ligi: zaczynając od solidnego bramkarza Pawła Lenarcika, poprzez efektownego i efektywnego Maxime'a Domingueza w środku pola, a kończąc na najlepszym strzelcu Miedzi 22-letnim Patryku Makuchu. Wojciech Łobodziński na nich stawia, ale wcześniej ktoś postawił na niego.

- Miał pomysł, miał przygotowany profil zawodników, których potrzebuje, przemodelował ustawienie i styl gry, a teraz mogę powiedzieć, że jego wizja i pomysły się sprawdziły. Przed sezonem myśleliśmy o ekstraklasie, ale zakładaliśmy, że przezimujemy w strefie barażowej i na wiosnę spróbujemy zaatakować. Teraz jesteśmy liderem, mamy aż dziewięć punktów przewagi nad strefą barażową, więc czy ja muszę coś dodawać? - śmieje się prezes Miedzi. - Po prostu nie ma lepszego podsumowania dotychczasowej pracy Wojciecha Łobodzińskiego. I o ile przed sezonem byłem ostrożny, to teraz aż głupio byłoby powiedzieć inaczej: celem Miedzi Legnica w tym sezonie jest awans do ekstraklasy! Zresztą, jak rozmawiałem z trenerem jeszcze przed sezonem, to już wtedy nie ukrywał, że jego celem jest awans. Dlatego wierzę, że wiosną wykonamy decydujący krok - uzupełnia Tomasz Brusiło. Bo tak jak Legnica stała się domem dla Wojciecha Łobodzińskiego, tak Miedź chce, żeby jej domem była ekstraklasa, nie pierwsza liga.

"Miedź uratowała mi życie"

- W Legnicy odżyłem. Miedź uratowała mi życie. Dziś mogę już mówić o tym zupełnie szczerze - mówił kilka lat temu, kiedy był jeszcze piłkarzem. Piłkarzem skazanym za korupcję. W 2012 r. Łobodziński został skazany na półtora roku więzienia w zawieszeniu za udział w aferze korupcyjnej z czasów, gdy grał w Zagłębiu Lubin. - Z dnia na dzień wszystko się skończyło. Zostałem zupełnie sam. Całe środowisko totalnie się ode mnie odwróciło. Miałem kontakt tylko z tymi chłopakami, których sprawa również dotyczyła. Nie oczekiwałem od nikogo wsparcia - mówił w wywiadzie z "Przeglądem Sportowym". A to nie koniec, bo półroczną dyskwalifikacją ukarał go też Polski Związek Piłki Nożnej, a Wisła Kraków, za porozumieniem stron, rozwiązała z nim kontrakt. Łobodziński przez rok nie grał w piłkę, ale trenował. Najciężej w życiu. I wtedy pomógł mu Ryszard Tarasiewicz, który ściągnął go do ŁKS-u Łódź. Tam zagrał w 11 meczach, strzelił jednego gola, a później związał się Miedzią Legnica, która jest jego domem do dziś.

"Wchodząc do szatni jako trener, zapomnij, że kiedyś byłeś piłkarzem"

A jak Wojciech Łobodziński funkcjonuje w niej jako trener? Najpierw kurs UEFA A, teraz kurs UEFA PRO i niemal same komplementy: przygotowany, zaangażowany, ambitny, ale musi zapomnieć o tym, co zrobił jako piłkarz - słyszymy w szkole trenerów PZPN. - To prawda. Kiedyś jeden trener, bardzo doświadczony, powiedział mi: wchodząc do szatni jako trener, zapomnij, że kiedyś byłeś piłkarzem. I coś w tym jest. Bo moich zawodników nie interesuje, jaką miałem karierę, tylko jakim jestem szkoleniowcem. Oczywiście są elementy, z których czerpię. Wiem, co dzieje się w głowach piłkarzy po porażkach, a co po zwycięstwach i dopasowuję nasz plan do wyniku w ostatnim meczu. Ale najważniejsze jest przygotowanie merytoryczne do pracy trenera, bo piłkarze od razu wyczują trenera, który nie ma pojęcia o zawodzie i jedzie tylko na tym, że kiedyś grał dobrze w piłkę - mówi Sport.pl Łobodziński.

- Rozmawialiśmy o tym. I moim zdaniem doświadczenie piłkarskie ma wpływ na jego pracę trenerską, choć wiem, że on tak nie uważa. Wojtek chce patrzeć na piłkę szerzej, nie tylko z perspektywy byłego piłkarza. Choć to na pewno pozwala mu uniknąć wielu błędów, które widział u trenerów, z którymi współpracował jako zawodnik. I to widać, bo często w swojej pracy szuka nieszablonowych rozwiązań, nie naśladuje, a próbuje stworzyć coś swojego - mówi Brusiło. Gdy dopytujemy o przykład, odpowiada: - A choćby przedmeczowa rozgrzewka. Kiedyś wyglądała ona zupełnie inaczej. Przyszedł trener Łobodziński, wprowadził swoje pomysły i gdy spojrzymy na tabelę, to widać, że działają - cieszy się prezes.

Nowa rola prezesa Legii Warszawa. Dariusz Mioduski w strukturach PZPN-uPierwsze czystki w Legii. Trzech piłkarzy na wylocie z klubu

Problemy z 2019 roku, gdy Miedź spadała z hukiem z ekstraklasy, odeszły w zapomnienie. Bo choć wtedy zespół prowadzony przez Dominika Nowaka prezentował niezłą piłkę, grał ofensywnie, to popełniał kuriozalne błędy w obronie, a w kadrze złożonej głównie z zagranicznych piłkarzy już na pierwszy rzut oka brakowało porozumienia. To był eksperyment, który zakończył się katastrofą.

"Te opowieści można włożyć między bajki"

A przecież przed tym sezonem też nie brakowało głosów, że w Miedzi znów jest zbyt wielu obcokrajowców, że piłkarze nie biorą odpowiedzialności za wyniki, że zarabiają dobre pieniądze - jak na pierwszą ligę - i ekstraklasa wcale nie jest im na rękę. - Te opowieści można włożyć między bajki. Dla mnie nie ma różnicy, czy piłkarz jest Polakiem, czy obcokrajowcem. Musi po prostu dawać jakość, a do tego mieć odpowiednią mentalność - wyjaśnia Łobodziński. - I ja w tych chłopakach to widzę. Zresztą kiedy przed sezonem układaliśmy wszystko z dyrektorem sportowym i asystentami, to już wtedy widzieliśmy w tej drużynie ogromny potencjał. Chcieliśmy powalczyć o ekstraklasę, ale chyba nikt nie spodziewał się, że nasz plan wypali tak dobrze. Po rundzie jesiennej jesteśmy na pierwszym miejscu, ale to nie koniec procesu - dodaje.

To skąd tak dobre wyniki? - dopytujemy. - Nie ma konfliktów, wszyscy dobrze się dogadujemy, mamy plany, mamy pomysły i je realizujemy. Ważne też, że niemal wszyscy piłkarze są anglojęzyczni, to pomaga w codziennej pracy. Mieliśmy też kilka momentów przełomowych: zmiana ustawienia, zmiana pozycji niektórych piłkarzy, to wszystko dało efekty. Ale najważniejsze, że poza drobnymi spadkami formy, nie mieliśmy w tej rundzie zapaści w naszej grze. A jeżeli tak też będzie wiosną, to w kolejnym sezonie widzimy się w ekstraklasie - kończy z optymizmem Wojciech Łobodziński.

Więcej o: