Aplikacja Fotball LIVE
  POBIERZ

Piłkarze Widzewa mają pod górkę ze swoimi kibicami. Pawłowski: "Trzeba mieć twardy łeb, żeby grać w Widzewie"

- Widzew jest wielkim klubem, ale od lat nie ma sukcesów. Niektórzy kibice żyją jeszcze czasami Bońka i Smolarka. Ciężko jest im przestawić się na to, co jest teraz. Nikogo nie obchodzi, że graliśmy w drugiej lidze. Kibice wymagają poziomu, jakbyśmy przynajmniej grali w europejskich pucharach. - mówi Wojciech Pawłowski w rozmowie ze Sport.pl

Krzysztof Smajek: Trudno wyrzucić z głowy to, co działo się po awansie Widzewa: atak kibiców, odmawianie piłkarzom prawa do świętowania w szatni?    

Wojciech Pawłowski: Nikomu nie życzę, żeby coś takiego odczuł na własnej skórze. Dużo w życiu przeżyłem, ale czegoś takiego jeszcze nie. Każdy ma inny charakter i psychikę. Jeden upora się z tym szybko, za drugim będzie się to ciągnęło dłużej. Wierzę, że odzyskamy zaufanie kibiców. Zresztą, oni są z nami na dobre i na złe. Wystarczy spojrzeć, ile kupili karnetów na kolejny sezon.   

W meczu ze Zniczem pauzował pan za czerwoną kartkę. Jak ten mecz wyglądał z perspektywy trybun?     

- Mówię z ręką na sercu, trudno się to oglądało. Nie dziwię się frustracji kibiców. Dołek przytrafił się nam w najgorszym momencie. Na szczęście udało się zrealizować cel i awansowaliśmy do 1. ligi. Jednak inaczej to sobie wyobrażałem. Przez cały sezon ciężko pracowaliśmy, ale fety nie było. Szkoda. Mimo wszystko dla każdego z nas był to sukces.    

Wywalczyliście awans, a kibice Widzewa krzyczeli: wypier***ć, wypier***ć.     

- W Widzewie kibice oczekują sukcesów, ale nie chodzi im o to, żeby wygrać wszystkie mecze w sezonie. Oni chcą, żeby piłkarze pokazywali widzewski charakter, żeby jeździli na dupie od pierwszej do ostatniej minuty. Każdy może przegrać mecz. Problem pojawia się, gdy kibice nie widzą zaangażowania. Wtedy jeden nakręca drugiego i pojawiają się wyzwiska. Widzew jest wielkim klubem, ale od lat nie ma sukcesów. Niektórzy kibice żyją jeszcze czasami Bońka i Smolarka. Ciężko jest im przestawić się na to, co jest teraz. Nikogo nie obchodzi, że graliśmy w drugiej lidze. Kibice wymagają poziomu, jakbyśmy przynajmniej grali w europejskich pucharach. Z drugiej strony, wobec siebie stosują te same zasady. Prawie dwadzieścia tysięcy ludzi przychodziło na nasze mecze w drugiej lidze. Na boisku powinniśmy zostawiać serce i dawać z siebie sto procent. To na pewno zadowoli kibiców. Wciąż się uczymy, w jakim jesteśmy klubie. Dla nowych zawodników to może być szok. By grać w Widzewie, trzeba mieć twardy łeb i mimo niepowodzeń robić swoje.

Zobacz wideo Cecherz o pracy w Widzewie: Poczułem się skrzywdzony, to była moja porażka

Brakowało wam zaangażowania w poprzednim sezonie?    

- Każdy dawał z siebie sto procent na treningach i w trakcie meczów, ale byliśmy tylko drugoligowymi piłkarzami, nie wirtuozami. Dopiero teraz okaże się, którzy z nas nadają się do tego, by grać poziom, a może i dwa poziomy wyżej. Abstrahując od poziomu rozgrywek, każdy może mieć słabszy dzień. W trakcie sezonu zawsze pojawia się spadek formy, mniejsza pewność siebie, zwątpienie. Brakuje luzu. Nie wszyscy zdają sobie z tego sprawę. Pamiętaliśmy, co się stało rok temu. Widzew zremisował dużo meczów i na finiszu rozgrywek stracił szansę na awans. Świadomość, że to się może powtórzyć, chyba nie pozostała bez wpływu na naszą pewność siebie.   

Może piłkarze w Widzewie mają za luksusowo? Sławomir Chałaśkiewicz mówił w rozmowie ze Sport.pl, że "Widzew płaci horrendalne pieniądze, a to przyciąga ludzi, którzy chcą dorobić".   

- Nikomu nie zaglądam do portfela i nie jestem od podpisywania kontraktów z piłkarzami. Mój kontrakt był skonstruowany tak, że najpierw musiałem coś udowodnić. To jest trochę bezsensowna dyskusja. Jeżeli przychodzi piłkarz X i chce zarabiać tyle lub tyle, a klub nie chce mu tyle zapłacić, to nie płaci i temat jest zamknięty. Nie można mieć pretensji do zawodowego piłkarza, że stara się o jak najwyższy kontrakt. Przecież to tak działa w każdej lidze świata.  

Mieliście pretensje do Patryka Wolańskiego za to, że wrzucił do internetu filmy z szatni po meczu ze Zniczem, na których widać, jak świętujecie awans?     

- Ja na pewno nie miałem. Dla Patryka awans to coś więcej niż ostatni sezon. Gdy odchodził do Danii, Widzew był w ekstraklasie. Gdy wrócił do klubu, Widzew grał w trzeciej lidze. Jestem w stanie sobie wyobrazić, że dla takich piłkarzy jak on, nic oprócz awansu nie miało znaczenia. Jest jednym z tych, którzy włożyli sporo zdrowia w odbudowanie Widzewa i przywrócenie klubu tam, gdzie jest jego miejsce. Nie mam do niego pretensji, że mimo takiej, a nie innej sytuacji odczuwał radość. Miał powód do świętowania. Wtedy w szatni przez dłuższy czas było smutno. Zdawaliśmy sobie sprawę, że mieliśmy trochę farta. Później była chwila radości. Awans wywalczyliśmy raczej w kiepskim stylu. Nie smakował, tak jak powinien. Ale patrząc z perspektywy całego sezonu, to zasłużyliśmy na chwilę radości. Nikt nam nie podarował awansu. Ciężko na to pracowaliśmy. Wypiliśmy po piwie i chwilę cieszyliśmy się z awansu.     

Nie było imprezy w mieście?    

- Nie, nic się nie działo poza klubem. Wiedzieliśmy, jaka była atmosfera i nie chcieliśmy nikogo prowokować. Posiedzieliśmy z rodzinami w szatni i rozeszliśmy się do domów. Wydaje mi się, że będziemy zapamiętani z pięciu ostatnich kolejek, a nie z całego sezonu. Niestety, bo na sukces pracuje się cały sezon. Gdybyśmy zagrali genialne pięć ostatnich kolejek, ale wcześniej słabo, to ludzie by mówili, że zamiast grać pięknie w końcówce, trzeba było punktować wcześniej. Tak to już jest.   

Po meczu ze Zniczem uderzony przez kibola został Adam Radwański, który chce odejść z Widzewa. Dziwi mu się pan?    

- Nie rozumiem, co komu Adam zawinił. Chłopak ma 22 lata, zdobył bodaj sześć goli i miał dwie czy trzy asysty. Ten, kto go uderzył, powinien się zastanowić, gdzie byłby Widzew, gdyby nie gole i asysty Adama. On ma swoich doradców i menedżerów. Wspólnie muszą podjąć decyzję, co dalej. Jeśli Adam odejdzie, to osoba, która go uderzyła, świadomie doprowadzi do spadku wartości sportowej klubu. O kwestiach moralnych czy kryminalnych wypowiadać się nie będę.   

Po wydarzeniach po meczu ze Zniczem nie boicie się o bezpieczeństwo na stadionie Widzewa?     

- Nie. Czujemy się bezpiecznie. Takie sytuacje zdarzają się raz na kilkaset meczów. Klub wyciągnie wnioski, kibice – mam nadzieję – również i to już się nie powtórzy. No i liczę, że pod koniec najbliższego sezonu sytuacja w klubie będzie inna. Bo przecież 1.liga to tylko przystanek w drodze na szczyt.   

Po sezonie nie miał pan ochoty opuścić Widzewa?    

- Nigdzie się nie wybieram, dobrze czuję się w Łodzi. Zacząłem regularnie grać, mam zapewnione warunki do rozwoju. Po awansie mój kontrakt przedłużył się automatycznie o rok. Jeśli wywalczymy kolejny awans, będzie kolejne przedłużenie kontraktu. Przede wszystkim odzyskałem radość z gry i nadzieję na to, że mogę jeszcze coś osiągnąć.   

Byliście zaskoczeni zwolnieniem trenera Marcina Kaczmarka?    

- Nie, wiedzieliśmy, że tak może się stać. Już po meczu z Pogonią Siedlce pojawiły się informacje, że Marcin Kaczmarek może zostać zwolniony. Trener mówił nam, że wszystko może się wydarzyć, ale dopóki jest trenerem Widzewa, to pracuje na sto procent. Wtedy trener został, ale przegraliśmy z Resovią i Zniczem i stracił pracę.  Po meczu ze Zniczem rozjechaliśmy się na krótkie urlopy. O zwolnieniu trenera Kaczmarka dowiedziałem się z internetu.    

Jaki styl gry preferuje nowy trener Widzewa – Enkeleid Dobi?    

- Trener chce grać szybko i do przodu. Nie chce zamulać atakiem pozycyjnym w stylu: ja do ciebie, ty do mnie. Mamy grać ofensywnie i na tym skupiamy się na treningach. Widzew zrobił dobre transfery. Tworzy się nowy szkielet drużyny. Zawodnicy, którzy zostali w Widzewie, powinni zapomnieć o poprzednim sezonie. Przed nami nowe otwarcie, klata do przodu i gramy o najwyższe cele.    

Jaki cel został postawiony przed wami?    

- Jeszcze nie rozmawialiśmy z zarządem o celach, ale to jest Widzew i prawdopodobnie będziemy walczyć o awans do ekstraklasy.

Przeczytaj też:

Pobierz aplikację Sport.pl LIVE na Androida i na iOS-a

Sport.pl LiveSport.pl Live .