Oto zwycięzca Ligi Konferencji! Dogrywka w wielkim finale

- Żenujący występ jak na poziom drużyny, która grała rok temu w finale - tak o grze Fiorentiny w podstawowym czasie gry w finale Ligi Konferencji Europy mówił Marek Wasiluk w studiu Viaplay. Podopieczni Vincenzo Italiano nie potrafili sforsować defensywy Olympiakosu, przez co po bezbramkowym remisie doszło do dogrywki. W niej odważniejsi byli gracze z Pireusu. Zostali za to nagrodzeni w samej końcówce.

Równo dwanaście miesięcy temu Florencja płakała, gdy ich drużyna przegrywała finał Ligi Konferencji Europy 1:2 z West Hamem po golu w 90. minucie, ale w tym sezonie ponownie stanęli przed wielką szansą na to trofeum. W Atenach na OPAP Arena Fiorentina była wielkim faworytem starcia z Olympiakosem Pireus, dla którego był to pierwszy finał europejskich rozgrywek. 

Zobacz wideo Probierz zaskoczył wszystkich! "Chcieliśmy zrobić niespodziankę"

Obiecujące pierwsze minuty. Potem było tylko gorzej

Widowisko na początku było bardzo dynamiczne. Grę prowadziła Fiorentina, ale Olympiakos szukał swoich szans w kontrach. Taka objawiła się już w 4. minucie. Celnie z dystansu uderzał Podence - autor dwóch asyst z wyjazdowego meczu przeciwko Aston Villi w półfinale. Aktywny był także w tym finałowym spotkaniu. Agresywna gra Olympiakosu mogła się podobać, ale jako pierwsza piłkę do siatki skierowała Fiorentina. W 9. minucie po rozegraniu stałego fragmentu gry dokonał tego Nikola Milenković, lecz był na spalonym, co potwierdziły także powtórki VAR. Te minuty mogły zwiastować bardzo emocjonujące starcie, ale rzeczywistość okazała się inna. 

Najwięcej działo się w środku pola, gdzie obie drużyny często traciły piłkę, przez co mecz był mało płynny. Najlepszą szansę w 20. minucie miał Giacomo Bonaventura. Piłka spadła pod nogi Włocha, stojącego na przed bramką Olympiakosu. Uderzył jednak wprost w bramkarza. Napór Violi rósł, ale w ostatnim kwadransie pierwszej połowy widowisko nam się popsuło. Do przerwy gole nie padły.

Gorzkie słowa eksperta. "Żenujący występ"

Spadek atrakcyjności gry był widoczny również po zmianie stron. Dopiero w 69. minucie podopieczni Vincenzo Italiano doszli do ciekawej sytuacji do zdobycia pierwszego gola. Na wolne pole urwał się Nzola i poprzez Nico piłka trafiła do niepilnowanego Kouame. Ten jednak fatalnie skiksował, mimo czystej pozycji sytuacji podbramkowej. W 80. minucie próbował ogryźć się Olympiakos. Gracze Mendilibara oddali dopiero swój trzeci strzał w meczu. Minimalnie głową pomylił się Iborra.

Aż siedem minut zostało doliczonych do drugiej połowy, ale nie przyniosło to decydującego trafienia. Doszło do dogrywki. - Żenujący występ jak na poziom drużyny, która grała rok temu w finale - mówił Marek Wasiluk o grze Fiorentiny w studiu Viaplay.

W dogrywce coraz odważniejszy był Olympiakos. W statystyce celnych uderzeń wyrównał wynik rywali (3), co fatalnie świadczy o poczynaniach ofensywnych faworyzowanej Fiorentiny. To opłaciło się w 116. minucie. El Kaabi walczył w polu karnym z Milenkoviciem i był w korzystniejszej pozycji w kontekście dośrodkowania z lewej strony. Głową zaskoczył Terracciano, wprawiając w ekstazę sektory kibiców Olympiakosu. Długo trwała jeszcze analiza VAR, ale ostatecznie gol został uznany. To 11. bramka El Kaabiego w dziewiątym meczu tej edycji LKE. Zasłużył na to trafienie, albowiem przez całe dwie godziny walczył z defensorami Fiorentiny.

Chwilę później Marokańczyk opuścił boisko. Na ławce rezerwowych wyściskali go wszyscy koledzy, którzy po kilku minutach wbiegli na murawę, radując się z historycznego sukcesu dla Olympiakosu. Stali się pierwszym greckim klubem z europejskim trofeum. Podopieczni Jose Luisa Mendilibara sensacyjnie wygrali 1:0 po dogrywce z Fiorentiną, która ponownie przegrywa bezpośrednie starcie o Ligę Konferencji Europy w samej końcówce. 

Czy jesteś zaskoczony rozstrzygnięciem finału LKE?
Więcej o:
Copyright © Gazeta.pl sp. z o.o.