Jeśli gra w Europie miała być nagrodą, przyjemnością i okazją na zaprezentowanie się w międzynarodowym towarzystwie, to Raków Częstochowa w Lidze Europy do tej pory się męczył. Męczył się też w starciu z wymagającym Sportingiem, który jednak przez niemal całe spotkanie grał w osłabieniu. Mistrzowie Polski grą też osłabiali, a spektakl i emocje zafundowali swoim kibicom tylko przez kilkanaście minut. Czy ten pierwszy punkt i remis (1:1) może cieszyć?
Jasne jest, że to był Sporting. Drużyna, która od ponad 4 dekad nieprzerwanie gra w europejskich pucharach. Której jeden zawodnik Viktor Gyokeres wart jest tyle, co cała jedenastka mistrza Polski. Ekipa, która kulturą gry i klasą zawodników bije debiutującą w europejskich pucharach polską ekipę na głowę. To wszystko wiemy, ale właśnie po to czekamy na europejskie puchary, by cieszyć się z bajki o kopciuszku, który błyszczy i wzbudza ciekawość na międzynarodowym balu. Tym bardziej, kiedy los sprzyja mu bardziej, niż można było się spodziewać.
W Częstochowie rezerwa, a wszędzie awarie dystrybutorów
Ten los uśmiechnął się do Rakowa już w 5. minucie meczu ze Sportingiem. A podarował mu go ten, który wart jest więcej niż cały Raków, Viktor Gyokeres. Szwedzki napastnik portugalskiego klubu zaatakował Zorana Arsenicia tak, że sędzia po analizie VAR zdecydował się dać mu czerwoną kartkę. Pechem tej sytuacji było to, że kulejący Arsenić nie mógł kontynuować gry. Mistrz Polski miał jednak perspektywę. Perspektywę ambitnie rozpoczętego meczu w przewadze jednego gracza. Zamęczenia rywala i poszukania przewagi tam, gdzie nie zdąży odbudować ustawienia, a potem zadania ciosu.
Zamiast czekania na realizację planu kibice zastanawiali się, dlaczego ciosy Raków zadaje sobie sam. Najpierw przy golu z rzutu rożnego dla Portugalczyków, gdzie zawiodło dokładne krycie akurat tego piłkarza, którego prosiło się o upilnowanie. Niemal dwumetrowy Sebastian Coates zdobył łatwą bramkę. Potem gdy Raków zabrał się do odrabiania strat, raził nieporadnością, błędami przy podaniach, wolną grą, upartym pchaniu się przez środek. Wyglądało to tak jakby gospodarze nie mieli wiary, pomysłu, a może nawet chęci na gryzienie śliskiej tego dnia murawy i choćby sprowokowanie rywali do błędu. Co więcej, wszystkie ich rzadkie strzały przez 70 minut były strzałami niecelnymi. Sporting przy trzech strzałach w tym momencie gry wszystkie skierował w światło bramki. Wróciły zmory starcia ze Sturmem, gdy Raków w paru dobrych sytuacjach też oddał śmieszne uderzenia.
To nie był łatwy i zrozumiały moment meczu dla kibiców. Oczywiście wszyscy zdają sobie sprawę z osłabień drużyny, brak Iviego Lopeza, Stratosa Svarnasa, czy Łukasza Zwolińskiego, ale pamiętają też rozpędzony Raków, który o ta Europę w wakacje walczył w pełnych pasji meczach z Karabachem czy Arisem, który na wyjeździe naciskał FC Kopenhagę w starciu o Ligę Mistrzów i był jej blisko.
Po wjechaniu do Ligi Europy, co też było przecież sukcesem, Raków nieco wyhamował. Wtedy, gdy trzeba było przyspieszyć, jechał na rezerwach paliwa i nie bardzo wiedział, jak dotankować, tłumacząc się tym, że na stacjach są awarie dystrybutorów. Polskie kluby na jesieni grając na kilku frontach, zwykle mają swoje problemy, ale mimo to te puchary w ostatnich dekadach jeśli już były, to wiązały się z więcej niż kilkoma miłymi momentami i dostarczały sporo radości.
Europejskie puchary to święto. Raków na razie je omija
Bo po pierwsze od czasów stworzenia w dawnym Pucharze UEFA fazy grupowej, polskie zespoły od 2004 roku i słabego sezonu Amiki Wronki zawsze zdobywały w grupie ważne czy też niespodziewane punkty z mocniejszymi rywalami. Lech ogrywał Feyenoord, potem Manchester City czy Bragę i zabierał punkty Juventusowi. Wisła Kraków triumfowała nad Fulham. Legia w Lidze Mistrzów nie tylko zdobywała punkty w starciu z Realem Madryt czy triumfowała właśnie ze Sportingiem, ale też strzelała potentatom gole i to dużo goli. Właściwie każda gra polskiej ekipy na jesieni łączyła się z jakimiś wspomnieniami dla kibiców na kolejne lata. Ostatnie sezony też były udane, bo każdy z trzech z nich oznaczał piękne zwycięstwa czy to z Leicester, czy Villarrealem, które zresztą doprowadziło Lecha aż do ćwierćfinału Ligi Konferencji. Te mecze nie tylko dawały kibicom radość z goli, ale też dawały cenne punkty do rankingu klubowego.
Dobrze, by piłkarze Rakowa o tym wszystkim sobie przypomnieli, że biją się o lepszą klubową przyszłość i spełnianie swych marzeń. Bo choć połowa futbolowych świąt już za nimi, to na razie tego świętowania za wiele nie było. Czy Raków płaci frycowe, nieco przestraszony europejską rywalizacją? Czy doskwiera mu brak atutu własnego boiska, bo każdy mecz w domu, gra przecież w Sosnowcu, czy jeszcze uczy się współpracy z nowym mniej doświadczonym szkoleniowcem, który wielką Europę dostał na dzień dobry? Czy tak odczuwalny jest brak choćby Lopeza? Na te awarie dystrybutorów na okolicznych stacjach benzynowych można ponarzekać, ale w końcu gdzieś trzeba paliwo znaleźć i jechać dalej. Te ostatnie kilkanaście minut dobrego meczu ze Sportingiem to zdecydowanie za mało. Dlaczego Raków ożywa dopiero wtedy gdy sam strzeli gola? Dlaczego w Europie ostatnio sam często szybko traci bramki i to w raczej prosty lub głupi sposób (mecze z Kopenhagą, Graz i Lizboną). Czwartkowy remis z Portugalczykami jest oczywiście dużo lepszy niż porażka. Daje nadzieje na to, by w niezłej grupie próbować zająć, choć trzecie miejsce, dające przepustkę do Ligi Konferencji Europy. Ale ten remis w meczu, w którym mocnego rywala można było położyć na łopatki, łączy się z niedosytem. A przed drużyną niełatwe wyzwania, dwa wyjazdowe mecze ze Sportingiem i Sturmem i starcie u siebie z najlepszą w grupie Atalantą. Oby Raków po swej pierwszej przygodzie w europejskich pucharach jednak miał co wspominać.