Miał nie grać, a dał Legii prowadzenie. A później ta pożegnalna bramka. Marzenie!

Legia Warszawa dwukrotnie prowadziła w Pradze, ale za każdym razem to prowadzenie traciła. Do przerwy było 2:2, a po przerwie wynik się nie zmienił. O tym, kto jesienią zagra w fazie grupowej Ligi Europy, zadecyduje rewanż przy Łazienkowskiej - czwartek, godz. 21.

- Nie ma co tutaj za dużo opowiadać, kto jest faworytem i jaki będzie wynik. W piłce słowa tak naprawdę nie mają znaczenia. Liczą się fakty, które poznamy w czwartek około 21 - mówił Czesław Michniewicz przed pierwszym meczem ze Slavią. Te fakty wcale nie okazały się takie bolesne, bo Legia - która dodajmy, że nie była faworytem tego spotkania - w czwartek zremisowała na wyjeździe z mistrzem Czech 2:2.

Zobacz wideo Łukasz Fabiański żegna się z reprezentacją Polski. "Ten mecz może oprawić w ramkę"

Zbigniew BoniekNagły zwrot! Odkrycie Bońka odchodzi. "Ja bym tak szybko z niego nie rezygnował"

Legia zaczęła źle, ale wystarczyła pierwsza akcja

Początek meczu zapowiadał jednak zupełnie coś innego. Była 9. minuta, kiedy trener Jindrich Trpisovsky bił brawo przy bocznej linii. Zaraz po tym, jak strzał nad poprzeczką oddał Ivan Schranz. A po chwili już tylko złapał się za głowę, bo jeśli Schranz powinien strzelić gola, to Abdallah Sima tym bardziej. Senegalczyk z kilku metrów nie trafił w bramkę. To była nawet nie stuprocentowa, a dwustuprocentowa sytuacja.

Mistrz Polski do tego momentu tylko się bronił. "Dobra ta Slavia" - napisał po 10 minutach meczu na Twitterze były prezes Legii Bogusław Leśnodorski. I trudno było się z nim nie zgodzić. Ale wtedy przyszła 20. minuta. Kilkudziesięciometrowe prostopadłe podanie Maika Nawrockiego w kierunku Mahira Emrelego, który ładnym lobem pokonał bramkarza. I od razu po tej bramce podbiegł w kierunku trybun. By wyciskać Tomasa Pekharta, bo to on, a nie Emreli był przewidziany do gry, ale na przedmeczowej rozgrzewce doznał kontuzji. Piękny gest.

screen TVPCudowny gol Emreliego ze Slavią! A potem jeszcze piękniejsza scena [WIDEO]

Piękny gol Juranovicia i nieporadność Legii w obronie

Slavia na tę bramkę odpowiedziała w 33. minucie, choć wcale odpowiedzieć nie musiała. Napisać, że Alexander Bah po podaniu z rzutu rożnego miał dużo miejsca to nic nie napisać. Duńczyk miał czas, by przymierzyć. No i przymierzył - z pierwszej piłki w dalszy róg, pod poprzeczkę. Gol był piękny, ale jeszcze piękniejszego strzelił cztery minuty później Josip Juranović. Chorwacki obrońca, który właśnie żegna się z Legią (odchodzi do Celticu), uderzył sprzed pola karnego w samo okienko.

Mistrz Polski znowu niespodziewanie prowadził ze Slavią, ale niestety znowu to prowadzenie stracił. I to jeszcze przed przerwą. Tuż przed przerwą. Dosłownie, bo w trzeciej i ostatniej doliczonej minucie do pierwszej połowy, kiedy Artura Boruca po składnej akcji i nieporadności legionistów w obronie pokonał Lukas Masopust. - Przyznam szczerze, że wyglądało to trochę jak w lidze szóstek - poklepane. Slavia nie mogła mieć łatwiejszej sytuacji, by zdobyć bramkę - mówił współkomentujący to spotkanie w TVP Robert Podoliński.

Na początku drugiej połowy Michniewicz zrobił trzy zmiany. Zdjął z boiska bardzo słabo grającego Rose (wszedł Mateusz Hołownia) i słabo grającego Lopesa (Josue) oraz poturbowanego Skibickiego (Maciej Rosołek). Zmiany w ataku wniosły niewiele, ale w środku pola i w obronie Legia grała spokojniej. Potrafiła przytrzymać piłkę, wymienić kilka dokładnych podań i dzięki temu - ale też dzięki zmarnowanym po przerwie okazjom przez Slavię - przywozi do Warszawy niezły wynik (2:2). Rewanż przy Łazienkowskiej w czwartek o 21.

Więcej o: