Aplikacja Fotball LIVE
  POBIERZ

Wisła Kraków zadziwiła Niemców tak, że nie mieli nic do powiedzenia. Byli w szoku

- Nie baliśmy się wtedy nikogo, ich też nie - mówi Henryk Kasperczak, trener Wisły Kraków, z którą równo 18 lat temu rozbił na wyjeździe Schalke Gelsenkirchen (4:1).

- Jeszcze zdobędziemy ten puchar - miał powiedzieć Bogusław Cupiał, właściciel myślenickiej Tele-Foniki, ale wówczas przede wszystkim krakowskiej Wisły, na bankiecie, który został wyprawiony po meczu w Gelsenkirchen. Choć niektórzy rozmówcy twierdzą, że te słowa padły już w samolocie, w drodze do Polski. W każdym razie mija właśnie od nich 18 lat, bo 10 grudnia 2002 r. Wisła rozbiła na wyjeździe Schalke i awansowała do 1/8 Pucharu UEFA, odpowiednika dzisiejszej Ligi Europy.

Zobacz wideo Zabójczy i bezlitosny! Lewandowski wystrzelił jak z armaty [ELEVEN SPORTS]

Kosowski do Żurawskiego, czyli firmowa akcja Wisły

Zanim jednak był bankiet, i choć początek meczu też wcale na to nie wskazywał, ucztę na boisku wyprawili piłkarze Wisły. Zaczęło się w 40. minucie, kiedy strzelił Maciej Żurawski, a jego gola poprzedziła ładna akcja wiślaków. - Marcin Kuźba fantastycznie zagrał wzdłuż linii bocznej, gdzie Kamil Kosowski uciekł Tomaszowi Hajcie. Kiedy już "Kosa" pędził skrzydłem w swoim stylu, wiedziałem, że muszę zacząć szukać sobie miejsca w polu karnym. To była taka nasza firmowa akcja. Zdobyliśmy sporo takich bramek, ale ta była szczególna. Bo takie gole pamięta się całe życie - wspomina Żurawski, dla którego był to siódmy gol w tamtej edycji Pucharu UEFA.

I nie ostatni tamtego wieczora. Zanim jednak Żurawski trafił po raz drugi, gola strzeliło Schalke. Niemcy odpowiedzieli niemal natychmiast, bo w 42. minucie był już remis. Po dośrodkowaniu Joerga Boehmego na przeciwległą stronę pola karnego Mariusz Jop zbyt lekko wybił piłkę głową i ta trafiła do Hajty. Prawy obrońca Schalke przyjął ją sobie kolanem i kopnął z ostrego kąta w krótki róg, a bramkarz Wisły - Angelo Hugues - właściwie sam ją sobie wbił do bramki. - Jemu zdarzało się wpuszczać takie proste gole, ale przy tym też ratować nas w sytuacjach beznadziejnych. Czyli bronić strzały, których bronić teoretycznie nie powinien. Takie, z którymi wielu bramkarzy zwyczajnie by sobie nie poradziło - mówi Żurawski o Huguesie, dla którego był to jedyny błąd w meczu z Schalke. Po przerwie bronił już znakomicie.

Chciał odebrać sobie życie, stracił ojca. Kim jest sędzia, który wywołał rasistowski skandal?Chciał odebrać sobie życie, stracił ojca. Kim jest sędzia, który wywołał rasistowski skandal?

Tomasz Hajto tylko machnął kartą

Hajto po tym golu od razu uniósł pięść w geście triumfu i podbiegł pod sektor niemieckich kibiców. Było po nim widać nie tyle radość, co wielką dumę. Że pokonał polski zespół. Zresztą tego wieczora robił wszystko, by to zrobić. Nie tylko bronił, ale też atakował. Strzelał i podawał. Jakby chciał wszystkim pokazać, że najlepsi polscy piłkarze są tu - za granicą, m.in. w Schalke, a on jest jednym z nich.

Hajto wyższość - jak wspominał Mateusz Miga w książce "Wisła Kraków. Sen o potędze" - próbował też demonstrować po meczu, kiedy co prawda przyszedł do szatni wiślaków, by im pogratulować, ale na odchodne pomachał im też kartą kredytową, po czym rzekł, że teraz to on idzie sprawdzić stan konta.

- Tomek robił różne numery, ale ja bardziej zapamiętałem ten mecz z boiska. Moje potyczki z silnym jak koń Geraldem Asamoahem. I w Krakowie, i w Gelsenkirchen, gdzie teraz - po latach i patrzeniu tylko na wynik - może się wydawać, że ten mecz wygraliśmy gładko. Ale wcale tak nie było. Po golu Kalu Uche na 2:1 [w 51. minucie] mecz się otworzył. Nie tylko Hajto, ale też całe Schalke robiło wszystko, by odrobić straty - wspomina Maciej Stolarczyk, lewy obrońca Wisły.

Ale nie odrobiło. Już po golu Uche Niemcom do awansu potrzebne były dwie bramki. Nie zdobyli żadnej, a sami stracili jeszcze dwie - w samej końcówce, kiedy w 85. minucie po raz drugi trafił Żurawski, a w 89. dobił ich Kosowski. - Kiedy Maciek strzelał gola na 3:1, przed oczami zrobiło mi się niebiesko. To taki obrazek, który najbardziej zapadł mi w pamięć. Jak sektor kibiców Schalke na wprost ławki rezerwowej momentalnie zrobił pusty. Zostały tylko niebieskie krzesełka, bo w ciągu minuty mnóstwo osób wyszło ze stadionu - wspomina Jarosław Krzoska, dziś kierownik Wisły, a wówczas jej rzecznik prasowy.

Tego nikt się nie spodziewał

- Nie baliśmy się wtedy nikogo. To była jedna z lepszych, o ile nie najlepsza drużyna, jaką kiedykolwiek prowadziłem. Zespół, który zawsze myślał o zwycięstwie. A nawet więcej: o efektownym zwycięstwie, bo Wisłę wyróżniało wtedy to, że była ofensywnie nastawiona i bardzo skuteczna. I to bez różnicy czy grała u siebie, czy na wyjeździe. Było w tej drużynie dużo optymizmu i wiary w sukces. Przed dwumeczem z Schalke również - mówi trener Henryk Kasperczak.

- Mój optymizm był trochę bardziej umiarkowany - śmieje się Krzoska. - Pamiętam, że po wyeliminowaniu Parmy w poprzedniej rundzie [1:2 na wyjeździe, 4:1 po dogrywce u siebie] rozmawiałem z redaktorem Andrzejem Janiszem, który po wylosowaniu Schalke przekonywał mnie, że poprzeczka zawieszona teraz będzie znacznie wyżej. Jeszcze wtedy człowiek o tym aż tak bardzo nie myślał, byliśmy przecież w euforii, ale po pierwszym meczu z Schalke w Krakowie, zremisowanym 1:1, przypomniałem sobie tę rozmowę. I pamiętam ją do dziś - dodaje Krzoska.

A Kasperczak po chwili dopowiada: - No, aż takiej wysokiej wygranej też nikt z nas się nie spodziewał. Bo nie mogę powiedzieć, że jechaliśmy na rewanż do Niemiec z przekonaniem, że strzelimy Schalke aż cztery gole.

Żurawski: - To był czas, kiedy polskim drużynom trudno grało się w europejskich pucharach. Nikt wtedy nie myślał, że takie zespoły jak Schalke, ale też wcześniej Parma czy później Lazio, które ostatecznie nas wyeliminowało [3:3 na wyjeździe i potem 1:2 u siebie], mogą być w naszym zasięgu. Dlatego Niemcy też na pewno byli w szoku. Nie spodziewali się, że mogą przegrać aż tak wysoko. Bo nie wierzę w to, że nas zlekceważyli. Zupełnie. Takie podejście nie leży w ich mentalności - mówi Żurawski.

Czy leci z nami pilot?

Szok był duży, ale wyczyn Wisły również, bo Schalke - czwarty zespół Bundesligi sezonu 2001/2002 - w poprzednich 13 meczach Pucharu UEFA stracił u siebie tylko jedną bramkę. Zresztą w ogóle w historii występów w europejskich pucharach na własnym stadionie nigdy nie stracił w jednym spotkaniu czterech goli. Najwięcej trzy - w 1977 r. w rewanżowym meczu drugiej rundy Pucharu UEFA przeciwko FC Magdeburg (1:3).

- Jeśli przegrywamy u siebie 1:4 z polską drużyną, to ja nie mam nic do powiedzenia - rzucił, schodząc z boiska, wściekły kapitan Schalke Edde Sand. Piłkarze Wisły byli jeszcze wtedy na murawie, gdzie cieszyli się z awansu. A potem zaczęła się ich radość w szatni. Kiedy pojawił się tam Hajto, impreza już się rozkręcała. - Mnie akurat w szatni nie było, a jak byłem, to tylko na chwilę. Jako rzecznik miałem wtedy trochę inne obowiązki. Ale to był ostatni mecz Wisły przed przerwą zimową, więc nic dziwnego, że wszyscy tam popuścili lejce. Zresztą w drodze na lotnisko tak samo. No i w samolocie, już w drodze do Polski - wspomina Krzoska. - Oj tak, to był wesoły samolot - śmieje się Żurawski. - Czasami zdarzało mi się jechać wesołym autokarem, ale tak wesołym samolotem jeszcze nigdy nie leciałem. I to wesołym w pełnym tego słowa znaczeniu, bo mam tu na myśli nie tylko piłkarzy i sztab, ale też wszystkich działaczy, na czele z właścicielem, panem Cupiałem. A nawet pilotem, który też przez interfon dołączał się do naszej wspólnej zabawy.

Kasperczak: - Pamiętam, że zanim wsiedliśmy do samolotu, to na stadionie moi zawodnicy po meczu wskoczyli z piwem do basenu. Tak, był tam wtedy basen - w szatni. Nie jakiś duży, ale można było się w nim zanurzyć i trochę pomoczyć nogi. Dziś takie rzeczy są standardem, ale wtedy robiło to na nas duże wrażenie, bo przecież Arena Auf Schalke to był wówczas najnowocześniejszy stadion na świecie.

Żurawski: - Pan Cupiał wtedy finansowo mocno poukładał Wisłę. Nie mogliśmy na nic narzekać, ale w Polsce były zupełnie inne realia niż w Niemczech. Człowiek też myślał innymi kategoriami. Cieszył się z tego, że dostaje pensje na czas i nie przywiązywał aż tak dużej wagi np. do infrastruktury, do zaplecza. Przecież my nie mieliśmy wtedy w Krakowie nawet podgrzewanej murawy. A bazy w Myślenicach nie było nawet w planach. A nawet jak była, to w bardzo odległych, bo powstała wiele lat później [w 2014 roku].

Krzoska: - Piłkarsko byliśmy bardzo mocni, ale to fakt: u nas wtedy były inne czasy. Ja np. w biurze prasowym pracowałem sam. Odpowiadałem za wszystko. Wypełniałem rolę i oficera łącznikowego, i rzecznika prasowego, i jeszcze pisałem teksty z meczów, a od zaprzyjaźnionych fotoreporterów kombinowałem też zdjęcia, które później sam wstawiałem na stronę.

Jerzy BrzęczekTo nie z Anglią i Węgrami Polska zagra o awans na mundial. Oto prawdziwi rywale

Dla Cupiała liczyło się tylko jedno - sukces

Ale dla Cupiała, który wraz z dwoma wspólnikami Stanisławem Ziętkiem i Zbigniewem Urbanem pojawił się w Wiśle pięć lat przed meczem z Schalke, zawsze najważniejszy był sukces sportowy. Nigdy nie był on zwolennikiem pracy organicznej. Kiedy w 2002 r. prezes Bogdan Basałaj próbował go namówić na wybudowanie akademii, bał się, że wychowa piłkarza i zaraz ktoś mu go podbierze. Dlatego nie wychowywał, tylko sprowadzał najlepszych piłkarzy z Polski i szukał też graczy za granicą. - Myślę, a wręcz jestem pewien, że prezes Basałaj nie był jedynym, który namawiał Cupiała na wybudowanie akademii - mówi Jacek Bednarz, który był prezesem Wisły od 8 kwietnia 2013 roku do 25 sierpnia 2014, a więc już u schyłku ery Cupiała.

- Jego zawsze interesowała pierwsza drużyna i jej wyniki. Bo on nawet nie tyle był właścicielem i inwestorem, ile przede wszystkim kibicem Wisły, którym pewnie został do dziś. Takim najprawdziwszym, jakim można być, czyli szczęśliwym po zwycięstwach i, delikatnie mówiąc, niepocieszonym po porażkach. Dla niego liczyły się wyniki i transfery do pierwszej drużyny. Akademia to nie był temat, który go specjalnie pociągał. A świadczy chyba o tym dość dobrze fakt, że na bazę w Myślenicach - a więc w mieście, z którym Cupiał jest mocno związany, bo ma tam swój dom i fabrykę - nie namówił go żaden prezes, ani inni ludzie sportu, którzy podawali logiczne argumenty za tym, że pierwszy i drugi zespół piłkarski powinien takie zaplecze posiadać. Zrobił to burmistrz Myślenic, który w rewanżu za to, co miasto zyskało dzięki Cupiałowi, zobowiązał się, że pomoże mu w wybudowaniu ośrodka - tłumaczy Bednarz.

Wisła, czyli bardzo kosztowna zabawka Cupiała

Myślenice dały tereny i pomogły w budowie akademii, ale Wisła dla Cupiała i tak była kosztowną zabawką. A nawet bardzo kosztowną, bo choć doprowadził ją do największych sukcesów w historii (w ciągu 19 lat drużyna zdobyła osiem mistrzostw Polski, cztery wicemistrzostwa i jeden brązowy medal), wpompował w klub duże pieniądze. Tylko przez trzy lata na drużynę wydał blisko 100 mln zł, których nigdy nie odzyskał. Jego największym marzeniem - nigdy niespełnionym - był też awans do prestiżowej Ligi Mistrzów. Po ostatniej nieudanej próbie - w 2011 roku - zapał Cupiała już mocno osłabł. I choć był formalnym właścicielem Wisły jeszcze przez ponad cztery lata, zaczął zakręcać kurek z pieniędzmi. Aż w końcu sprzedał klub.

29 lipca 2016 r. rozpoczęła się nowa era w historii Wisły. Już nie złota, a pełna problemów, bo tego dnia Tele-Fonika poinformowała, że sprzedała klub Jakubowi Meresińskiemu. Czyli hochsztaplerowi, którego wątpliwa reputacja szybko wyszła na jaw. Po dwóch miesiącach Towarzystwo Sportowe Wisła wspólnie ze stowarzyszeniem kibiców odbiło piłkarską spółkę z rąk oszusta. I zakończyło erę Cupiała, po którym w Wiśle dziś zostały już tylko ślady. A także 40 mln zł długu. Wirtualnego. Bo to jest dług, który jest niewymagalny. W każdej chwili może zostać umorzony na żądanie właścicieli, czego Wisła na razie nie robi, bo wiązałoby się to z zapłaceniem podatku - 19 proc. od kwoty.

Oprócz długu zostały także trzy loże i najlepsze miejsca na stadionie Wisły, które wciąż należą do Cupiała, bo ma prawo je użytkować do połowy 2026 roku (takie cztery lata temu były warunki rozstania). Ale choć są zajęte na każdym meczu, to Cupiał już tam nie bywa. Cały czas pozostaje jedną z najbardziej tajemniczych osób, które były w polskim futbolu. I które z niego odeszły z wielkim, niespełnionym marzeniem.

Pobierz aplikację Sport.pl LIVE na Androida i na iOS-a

Sport.pl LiveSport.pl Live .