Aplikacja Fotball LIVE
  POBIERZ

Wstydliwy występ Lecha i niezrozumiała decyzja trenera. LE? A po co to komu?

Lech Poznań przegrał z Benfiką 0:4 w piątej kolejce fazy grupowej Ligi Europy. Spostrzeżeniami dzieli się Konrad Ferszter ze Sport.pl.

Liga Europy? A po co to komu?

Poważne dyskusje o meczu Benfiki z Lechem zaczęły się długo przed jego rozpoczęciem. Już po południu TVP poinformowała, że Dariusz Żuraw do walki w Lizbonie wyśle rezerwowy skład. I tak się rzeczywiście stało, bo w porównaniu do ostatniego ligowego meczu z Lechią Gdańsk, trener Lecha dokonał aż ośmiu zmian w wyjściowej jedenastce. Mecz z Benfiką od pierwszej minuty zaczęli między innymi grający ogony Tomasz Dejewski, Karlo Muhar, Muhammad Awad czy Nika Kaczarawa.

Zobacz wideo Co się dzieje z Lechem? "Może mentalnie nie jest gotowy na duży sukces"

Wiadomo, co wpłynęło na czwartkową decyzję Żurawia. Lech zajmuje obecnie 9. miejsce w lidze i chociaż rozegrał mecz mniej, to do lidera traci już 11 punktów. Nie zmienia to jednak faktu, że decyzję trenera poznaniaków naprawdę trudno zrozumieć i usprawiedliwiać. Polskie kluby w europejskich pucharach grają rzadko, Lechowi ostatni raz zdarzyło się to pięć lat temu, więc wystawianie rezerwowego składu na najbardziej prestiżowe spotkanie należy uznać za co najmniej dziwne.

I tu nie chodzi o to, czy Lech miał jeszcze szanse na wyjście z grupy, czy też nie. Poznaniacy mogli się pokazać, zagrać z Benfiką kolejny efektowny, emocjonujący mecz. Powalczyć o niemałe przecież pieniądze. Zamiast tego Żuraw wolał jednak oszczędzać swoich zawodników na niedzielny, ligowy mecz z Podbeskidziem Bielsko-Biała. Najlepsi piłkarze Lecha nie grali przeciwko gwiazdom portugalskiej drużyny, by nabrać sił na spotkanie z ostatnią drużyną ekstraklasy. Jak to w ogóle brzmi? Jeśli Żuraw tak bardzo martwi się tym, co dzieje się w naszej lidze, mógł o nią zadbać od razu po awansie do fazy grupowej Ligi Europy i w każdym jej meczu wystawiać taki skład jak w czwartek.

Żółwie tempo i momenty Benfiki

Na szczęście dla rezerwowych piłkarzy Lecha zawodnicy Benfiki w czwartek nie mieli najmniejszego zamiaru się przemęczać. Mecz w Lizbonie przeważnie prowadzony był w żółwim tempie, jakby obaj trenerzy się umówili: ja wystawię rezerwy, ale ty nie zrobisz mi szczególnie dużej krzywdy. Drużyna Jorga Jesusa rzadko podkręcała tempo, chcąc wygrać mecz możliwie najniższym nakładem sił. Dość powiedzieć, że przed przerwą oglądaliśmy raptem dwa celne strzały, oba w wykonaniu gospodarzy.

Na mecz w Lizbonie po prostu nie chciało się patrzeć. Lechici nie mieli wystarczających umiejętności, by zagrozić Benfice, a ta długo nie grzeszyła chęcią podkręcenia tempa. A gdy to już robiła, można było odnieść wrażenie, że gdyby chciała, to w czwartek strzeliłaby dwucyfrową liczbę goli. Tak jak pod koniec pierwszego kwadransa drugiej połowy, gdy najpierw na 2:0 podwyższył Darwin Nunez, a chwilę później Filipa Bednarka pokonał Pizzi. 

Na polską drużynę w europejskich pucharach czekaliśmy długo. Pierwsze mecze Lecha w fazie grupowej były jak święto, w których poznaniacy co najmniej walczyli z rywalami jak równy z równym. W czwartek w Lizbonie dobre wrażenie zostało splamione. Lech wyszedł na boisko rezerwami, bez planu, bez pomysłu. Po prostu, by potruchtać przez 90 minut. A szkoda, bo nie wiemy, kiedy nasza drużyna znów wystąpi na takim stadionie, przeciwko takiemu rywalowi.

Co z tymi stałymi fragmentami gry?

Jedno Lechowi trzeba oddać: w Lizbonie trzymał się dość długo, nie pozwalając rywalom na strzelenie gola bez odrobiny zaangażowania. Aż przyszła wreszcie 36. minuta i rzut rożny dla Benfiki. To wtedy w pole karne poznaniaków dośrodkował Pizzi, a bramkę głową zdobył Jan Vertonghen. Gospodarze nie musieli przyspieszać, by pokonać Bednarka. Wystarczyło im wykorzystać jeden z największych problemów zespołu Żurawia, czyli stałe fragmenty gry.

W ekstraklasie Lech stracił po nich 9 z 16 goli. Tak wysoki procent (56,25% - za EkstraStats) ma jedynie Lechia Gdańsk. Więcej bramek po stałych fragmentach gry w naszej lidze straciły tylko Podbeskidzie Bielsko-Biała i Stal Mielec. W Lidze Europy Lech pod tym względem prezentował się znacznie lepiej, bo stracił tylko jedną bramkę po SFG. Było to w pierwszej kolejce w Poznaniu, gdy Benfica wykorzystała rzut karny.

W czwartek ta statystyka uległa pogorszeniu, ale jak mogło być inaczej, gdy przy rzucie rożnym mierzącego 189 centymetrów Vertonghena krył 17 centymetrów niższy Michał Skóraś?

Przykra kontuzja Kaczarawy

Mecz w Lizbonie przyniósł same negatywy. Jednym z największych jest kontuzja, której jeszcze w pierwszej połowie meczu doznał Kaczarawa. Gruzin boisko opuścił na noszach i chociaż nie wiemy jeszcze, co dokładnie stało się napastnikowi Lecha, wygląda na to, że zawodnik może nie zagrać do końca roku.

A to byłaby dla Żurawia informacja zła. Chociaż za tydzień jego drużyna zakończy udział w Lidze Europy, to do końca tego roku i tak rozegra jeszcze pięć meczów. W każdym z nich od pierwszej minuty i tak pewnie zagrałby Mikael Ishak, ale problemem Kolejorza jest to, że Żuraw nie będzie miał dla swojego snajpera solidnego zmiennika. Takim bowiem na pewno nie jest Awwad, który w dotychczasowej karierze ani razu nie przekroczył liczby 10 bramek w sezonie, a w obecnych rozgrywkach strzelił dwa gole, grywając tylko w końcówkach poważnych meczów.

Czy czwartkowa kontuzja Kaczarawy jest dla Lecha tragedią? Na pewno nie. Z pewnością jest jednak powodem do niepokoju i jeszcze mocniejszego trzymania kciuków za zdrowie mocno eksploatowanego Ishaka.

Problemy Puchacza

Tymoteusz Puchacz z pewnością jest jednym z największych odkryć ostatnich miesięcy w ekstraklasie. Wychowanek Lecha, podobnie jak kilku innych młodych zawodników, pewnie wszedł do podstawowej jedenastki zespołu Żurawia i niemal z marszu stał się wyróżniającą postacią w naszej lidze. Co więcej, wielu ekspertów i dziennikarzy już nawoływało Jerzego Brzęczka do powołania Puchacza do reprezentacji Polski

Mecz z Benfiką jako kolejny pokazał jednak, że Puchacz obrońcą na poziomie międzynarodowym jeszcze nie jest. Kolejny, bo 21-latek większe i mniejsze błędy popełniał we wszystkich ostatnich poważniejszych meczach Lecha. Nie tylko tych Lidze Europy, ale też w ekstraklasie, bo Puchacz nie miał najlepszych występów przeciwko Legii Warszawa (1:2) czy Rakowowi (3:3).

W czwartek lewy obrońca Lecha należał do najsłabszych zawodników na boisku. Oczywiście nie robimy z niego kozła ofiarnego wstydliwej porażki, ale mecz w Lizbonie uwypuklił braki zawodnika, który był bardzo zagubiony przy drugiej i trzeciej bramce gospodarzy. Liczby? Jeszcze gorsze: Puchacz między innymi wygrał tylko 3 z 14 pojedynków, tracąc piłkę aż 13-krotnie.

Mecz w Lizbonie to zimny prysznic. Nie tylko dla Puchacza, ale i całego Lecha, który stracił szanse na grę w 1/16 finału Ligi Europy.