Aplikacja Fotball LIVE
  POBIERZ

Kolejny raz to samo. Lech zrobił to jak w przygłupawym filmie. To nie przypadek

Cały Lech Poznań - prowadził 1:0, miał jednego piłkarza więcej, ale już kwadrans później przewaga była tylko wspomnieniem. Standard Liege wyrównał, Djordje Crnomarković dostał czerwoną kartę. I znów - trzeci raz z rzędu - Kolejorz schodzi z boiska rozczarowany, z porażką 1:2. Na własne życzenie.

Lechowi Poznań cierpi przez brak wyrachowania, cierpi przez brak koncentracji. To nieprawdopodobne, ale znów stracił bramkę w dosłownie ostatniej akcji meczu. Identycznie jak z Legią Warszawa i z Rakowem Częstochowa. W Belgii podtrzymał tę serię w trzecim meczu z rzędu. Tradycja to nowa, ale zwyczaj zawodzenia w kluczowych momentach stary. Ile już ich było? Finały Pucharu Polski, ligowe finisze, ostatnio półfinał z Lechią Gdańsk, szlagierowe mecze z Legią... Nawet jeśli Kolejorzowi sprzyjają okoliczności i wydaje się mieć wszystko pod kontrolą, na końcu zawodzi. Nie ma sytuacji nie do zepsucia, nie ma przewagi nie do roztrwonienia. Jak w przygłupawym filmie, w którym na prostej ulicy bohater traci równowagę na skórce od banana.

Zobacz wideo Wyceniamy piłkarzy Lecha. "Takiej perełki nie można sprzedać za mniej niż 5 mln euro"

Pół godziny przed końcem meczu Lech prowadził 1:0 i grał w przewadze, a kończy pokonany 1:2. Znów. To nie przystoi. Czysto formalnie - jeśli ktoś jeszcze miał nadzieję na sensacyjne wyjście z grupy Ligi Europy, może o tym zapomnieć. Czas zakasać rękawy i ratować ligę - tam do lidera jest aż dwanaście punktów straty. Wiele oddanych w prezencie.

Lech Poznań zaczyna myśleć o ekstraklasie 

I już sam skład na mecz ze Standardem Liege świadczył o tym, że zwrotnica w Lechu Poznań rzeczywiście zostaje przestawiona na rozgrywki ligowe. Dotychczas priorytetem były wstępy w Lidze Europy - efektowne z Benficą Lizbona, bardziej rozsądne z Rangersami, wreszcie najbardziej kompletne przeciwko Standardowi. Na każdym z tych meczów Dariusz Żuraw wystawiał najsilniejszy skład, a piłkarze - ze względu na prestiż tych rozgrywek i renomę rywali - wychodzili na boisko skoncentrowani i zmotywowani. W ekstraklasie było o to trudniej, bo liga spowszedniała, przy świętach obchodzonych niemal co czwartek. Skupienie ulatywało, spadało tempo - co było nieuniknione przy liczbie meczów, które przyszło Lechowi rozegrać od początku sezonu, w lidze pojedynczy piłkarze odpoczywali. 

Piotr Lasyk nie podyktował rzutu karnego w meczu Cracovia - LegiaJasne stanowisko szefa sędziów PZPN po meczu Cracovii z Legią. Korekta przepisów może pomóc sędziom

Wbrew temu, co przed meczem w Belgii mówił na antenie TVP Sport dyrektor Tomasz Rząsa, zespół nie ma wystarczająco szerokiej i mocnej kadry, by pogodzić grę na trzech frontach. I skład na Standard Liege tylko to potwierdził. Na prawej obronie za Alana Czerwińskiego zagrał Bohdan Butko, na stoperze Lubomira Satkę zastąpił Thomas Rogne. Pokazuje to, że trener Kolejorza oszczędzał kluczowych obrońców na poniedziałkowy mecz z Lechią Gdańsk, a na więcej zmian po prostu pozwolić sobie nie mógł, bo przepaść między podstawowym a rezerwowym zawodnikiem jest zbyt duża. Zmiany w drugiej połowie powiedziały o szerokości kadry Lecha jeszcze więcej: za skrzydłowych - Michała Skórasia i Jana Sykorę - weszli boczni obrońcy - Alan Czerwiński i Wasyl Kraweć. Lechowi brakowało świeżości, dynamiki, dzięki której w ogóle awansował do Ligi Europy. A gole tracone w końcówkach meczów z Legią Warszawa, Rakowem Częstochowa, Benficą, Wisłą Płock, Zagłębiem Lubin i Standardem też nie biorą się z niczego. Koncentracja - to jedno. Siły - drugie.

Inny mecz niż w Poznaniu

Gdy trzy tygodnie temu Standard Liege przyjechał do Poznania, spotkał się z nabuzowanym, ofensywnie nastawionym Lechem. Po 22 minutach było już 2:0, chwilę później Belgowie powinni stracić lewego obrońcę i kolejnego gola. Na skrzydle szalał Tymoteusz Puchacz, w środku znakomicie grał Pedro Tiba, w ataku Mikael Ishak był zawsze tam, gdzie trzeba. Gra Lecha naprawdę mogła się podobać, bo do swobody w ataku doszła jeszcze całkiem solidna defensywa. I skończyło się zasłużonym 3:1 dla Lecha. 

W Belgii piłkarze byli ci sami, ale zespół zupełnie inny. Tym razem to rywale mieli inicjatywę, dłużej utrzymywali się przy piłce, stworzyli więcej okazji bramkowych. Lech nie sprawiał już wrażenia, że za wszelką cenę chce wygrać, a przy okazji jeszcze pokazać wszystkim dookoła, że polski zespół może rzucić wyzwanie rywalom z silniejszych lig i zachować przeciwko nim swój styl. W pierwszej połowie Ishak właściwie nie dostawał piłki, co się niezwykle rzadko. Ale podań do Szweda nie było, bo skrzydłowi Kolejorza byli w tym meczu tylko teoretycznie. I Jan Sykora, i Michał Skóraś zagrali zdecydowanie poniżej swojego potencjału. Swoją drogą - Czech po przeprowadzce do Poznania nie błysnął ani razu. A Jakub Moder, którego gwiazda błyszczała dotychczas najjaśniej, też wyraźnie w ostatnich tygodniach przygasł i kilka razy w tym meczu podejmował decyzję o ułamek sekundy za późno. Brakowało mu dokładności, a rywal z tego korzystał i stwarzał groźne sytuacje. Ratował Bednarek, czasami rywale nie trafiali w bramkę. Do czasu.

Czerwona kartka dla Oulare odmieniła grę Lecha. Niestety tylko na kwadrans

Co się odwlecze, to nie uciecze. Już w Poznaniu Lech powinien grać w przewadze, ale sędzia z tylko sobie znanych powodów nie pokazał drugiej żółtej kartki Nicolasowi Gavory’emu. Tym razem arbiter skrupułów nie miał i za bezmyślny faul w środku pola wyrzucił napastnika Obbiego Oulare. Belg zszedł do szatni ledwie minutę przed resztą piłkarzy. Dariusz Żuraw natychmiast po uzyskaniu przewagi miał kwadrans, by powiedzieć piłkarzom, jak najlepiej ją spożytkować.

Akcja Prestiżowa nagroda od UEFA dla najbardziej różnorodnej ligi piłkarskiej w Polsce!

To się udało. Czerwona kartka zmieniła znacznie więcej niż stan liczebny: dla Kolejorza była impulsem do odważniejszej gry, zadziałała jak zdobyta bramka. Nagle przebudzili się środkowi pomocnicy, odważniej włączali się do gry boczni obrońcy, pojawiły się akcje na jeden kontakt, zespół Żurawia wreszcie przyspieszył. Efekty przyszły szybko - po godzinie było 1:0 dla Lecha. Po akcji, w której nie wiadomo, kto zachwycił bardziej - Puchacz, który wykonał "ruletę" w polu karnym Standardu i po chwili podał piętą do Ishaka, czy właśnie Szwed, który najpierw pressingiem wymusił niecelne podanie jednego z obrońców, a później bardzo przytomnie wyłączył się z akcji i nie dotykał piłki, wiedząc, że jest na spalonym. Ale poza grą był tylko pozornie - cały czas szukał idealnej pozycji. I gdy ją znalazł, huknął przy bliższym słupku. Było 1:0.

Never Ending Story 

Można się było spodziewać, że od tej pory Lechowi będzie się grało łatwiej - przewaga gola, przewaga jednego piłkarza i rywal, który za wszelką cenę powinien szukać brami, by nie odpaść z Ligi Europy bez choćby jednego punktu. Ale zamiast mądrej gry Kolejorza były głupie błędy. Znów. Kolejny raz. Jak zawsze w ważnym momencie. Tiba w prosty sposób stracił piłkę, pozostali piłkarze Lecha wracali za wolno, prawego obrońcy w ogóle nie było, reszta stała kilometr od siebie. Rywale łatwo to wykorzystali. Po dwóch minutach znów był remis. A jakby poznaniacy skomplikowali sobie zadanie za mało, to kwadrans przed końcem meczu drugą żółtą kartkę za taktyczny faul obejrzał Djordje Crnomarkowić. Lech nie miał już żadnej przewagi.   

Całkowicie wyłożył w ostatniej akcji meczu. Znów po straconym golu nawet nie miał okazji kopnąć piłki od środka. To wręcz nieprawdopodobne. Standard - jak Raków, czy Legia - też nie potrzebował wirtuozerii do strzelenia drugiego gola. Dośrodkowanie, główka, Bednarek wściekły, reszta piłkarzy załamana. Lech przegrany. Jak zwykle po błędach, które wydają się nie do powtórzenia w kolejnym meczu. Ale Kolejorzowi udaje się to już trzeci raz z rzędu. To problem, który wydaje się wykraczać daleko poza boisko.