Aplikacja Fotball LIVE
  POBIERZ

Lech przegrał, ale zasłużył na więcej. Na dobre pożegnał się z minimalizmem

Nie ma punktów, ale jest satysfakcja z gry: Lech Poznań nie wystraszył się Benfiki, grał z nią odważnie, jak równy z równym. Skończyło się porażką 2:4, ale i przeświadczeniem, że zasłużył na więcej. Oddał aż dziewiętnaście strzałów na bramkę, dwa więcej niż Portugalczycy.

Za nami półtorej godziny przyjemnej obserwacji jak polski zespół żegna się z minimalizmem, zachowawczością i niezdrowo pojmowanym pragmatyzmem, który choć bywał skuteczny w ekstraklasie, skazywał nas na upokorzenia w europejskich pucharach. Dariusz Żuraw przekonał swój zespół, że nie musi się bać, że kompleksy może zostawić w szatni i z Benficą, która przez ostatnie jedenaście lat grała w Lidze Mistrzów, może zagrać jak z każdym innym rywalem. Zmianę w myśleniu widać gołym okiem. W poniedziałek Tymoteusz Puchacz stwierdził w "Kanale Sportowym", że gdyby Mainz, zespół z Bundesligi, przyjechał do Poznania, mógłby "dostać w trąbę". Jedni przyklasnęli, że odważny. Inni zakpili, że jednak oderwany od rzeczywistości i nazbyt pewny siebie. Po trzech dniach oceniania tych słów, na Bułgarskiej pojawił się zespół jeszcze lepszy niż Mainz, a Puchacz z kolegami grali ewidentnie wierząc, że nawet Benfice mogą w tę trąbę dać.  

Zobacz wideo Prezes Lecha: Jesteśmy w stanie robić transfery za milion euro

Lech Poznań, jakiego znamy

I właśnie to, że zobaczyliśmy Lecha, którego dobrze znamy, cieszy po tym meczu najbardziej. Nie pękł przed wielką Benficą. Był sobą, zachował charakter i ofensywne nastawienie, a to wszystko obudował rozsądną taktyką - bez bohatersko-głupiego rzucania się z pięściami na czołgi. Pedro Tiba pogrywał z Danim Ramirezem jak co tydzień. Jakub Kamiński nagle nie szukał alibi - jak zwykle szukał okazji do przedryblowania obrońcy, Tymoteusz Puchacz nie włączał się do ataków rzadziej niż chociażby przeciwko Apollonowi czy Wiśle Płock, Filip Bednarek nie wybijał zbyt często piłki byle dalej przed siebie, a Jakub Moder uderzał na bramkę jeszcze częściej niż w meczach ekstraklasy: celnie, niecelnie, w poprzeczkę, w bramkarza… Bywało różnie, ale same decyzje o strzałach były trafione. Gol na 1:1 padł po akcji, którą w tym sezonie widzieliśmy kilka razy: rozegranie od bramkarza, przez środkowego obrońcę do Jakuba Modera i gwałtowne przyspieszenie akcji prostopadłym podaniem do wybiegającego Alana Czerwińskiego. Dogranie do Mikaela Ishaka, dołożenie nogi i gol. Ósmy w jedenastym meczu. Podręcznik, wizytówka Kolejorza.

Lech grał po europejsku, nowocześnie, nie było akcji kopnij-biegnij. Było kilka wymuskanych podań Tiby, odważne wejścia Kamińskiego. Był Ishak zawsze ustawiony tam, gdzie akurat spadała piłka. Z tej kombinacji - zaraz po przerwie - wzięła się wyrównująca bramka dla Lecha. Takiej akcji nie powstydziłaby się sama Benfica, utożsamiana przecież z krótkimi podaniami i koronkową grą. Kolejorz nie miał kompleksów, nie zniechęcił się niewykorzystanymi okazjami i brutalną skutecznością rywala. Niezależnie od wyniku - cały czas grał tak samo. Nie zadowalał się remisem, po zdobyciu drugiej bramki szukał trzeciej. To imponujące.

Nawet problemy, które doskwierały Lechowi w tym meczu, nie były nowe. Co najwyżej Benfica swoją jakością niektóre z nich wykorzystała lepiej niż zrobiłby to zespoły, z którymi dotychczas mierzył się poznański zespół. Brakowało solidności w defensywie, w bocznych strefach boiska Portugalczycy mieli zdecydowanie za dużo miejsca. I z tego wziął się ich drugi gol. Gilberto miał bardzo dużo czasu, by idealnie przymierzyć i dośrodkować wprost na głowę Darwina Nuneza. Tomasz Dejewski był w tej sytuacji spóźniony, Urugwajczyk miał sporo swobody, ale - tak po prawdzie - Polak nawet stojąc tuż przy nim nie wyskoczyłby tak wysoko. Nunez wybił się bowiem tak, jakby w podeszwie zamiast korków miał sprężyny.

Szczęście dopisało za to Daniemu Ramirezowi, bo żadna z jego strat w środku pola nie skończyła się stratą gola. Większość tych błędów wynikała jednak z charakteru Lecha, tej odwagi w grze. Pewnie mógł zagrać bardziej zachowawczo, uważniej chronić pole karne przy wyniku 1:1 czy 2:2. Ale czy wtedy byśmy go tak chwalili? Czy rozwijałby się w podobnym tempie? Tak grającym polskim zespołom zawsze będziemy wybaczyć więcej.

Mimo porażki będzie co wspominać 

Dla Lecha Poznań faza grupowa Ligi Europy to przede wszystkim przygoda, fantastyczna nagroda za dobrą grę w eliminacjach. I tak też traktują te mecze sami piłkarze. Najlepiej było to widać na nagraniach z samolotu, gdy wracali z Belgii po spotkaniu z Charleroi i dzień przed losowaniem podawali, z kim chcieliby zagrać: z Tottenhamem, bo Jose Mourinho, z Arsenalem, bo to klasa sama w sobie, z Milanem, bo Zlatan Ibrahimović - padały propozycje. Na przedmeczowej konferencji prasowej Filip Bednarek stwierdził z kolei, że być może przed nim i drużyną mecz, który za kilkanaście lat będzie wspominać przy filiżance herbaty.

Patrząc na to w ten sposób trzeba stwierdzić, że większość zawodników, mimo porażki, zachowa z tego spotkania miłe wspomnienia: Marchwiński pewnie znajdzie na YouTube swoje "elastico", którym przepuścił piłkę między nogami Gabriela, Ishak pochwali się dwoma golami, Czerwiński dobrą asystą, Ramirez pokaże dzieciom kilka podań i "ruletę" w środku pola, Kamiński wróci do kilku znakomitych dryblingów, a Moder odwinie dwa-trzy dobre strzały, które przy słabszym bramkarzu mogłyby wpaść do bramki. Radość nie będzie pełna, ale po meczu z tak uznanym rywalem powodów do zadowolenia i tak jest więcej niż ktokolwiek się spodziewał.

Przeczytaj też: