Aplikacja Fotball LIVE
  POBIERZ

Legia przegrała na własne życzenie. Wielkie transfery okazały się nieporozumieniem

Letnie transfery Legii Warszawa, którymi większość kibiców i dziennikarzy była zachwycona, okazały się kompletnie nieprzydatne w walce o europejskie puchary. Legia przegrała z Karabachem nie na boisku, a kilka tygodni wcześniej w gabinetach, decydując się na takie, a nie inne "wzmocnienia".

20 września po porażce z Górnikiem Zabrze 1:3 w Warszawie napisałem: "W czwartek Legia musi pokonać u siebie Dritę z Kosowa, by 1 października w meczu 4. rundy eliminacji zagrać o awans do fazy grupowej LE z Karabachem. To na ten dzień wypada termin przydatności letnich transferów. Na dziś jest duże ryzyko, że nowe nabytki nie pomogą w walce z Azerami".

Zobacz wideo Różnica między Vukoviciem a Michniewiczem? Michniewicz kocha ten zawód

Tylko Boruc nie zawiódł

Wykrakałem, za co przepraszam, ale niestety było to do przewidzenia. Na pierwszy rzut oka Legia miała fantastyczne letnie okno transferowe. Większość transferów przeprowadzona szybko, na niezbędne pozycje, głośne nazwiska. Wielu dziennikarzy i kibiców było zachwyconych. Tymczasem okazało się, że z dużej chmury spadł bardzo mały deszcz. Z sześciu nowych zawodników z Karabachem nie zawiódł tylko Artur Boruc. Byłego reprezentanta Polski żal, bo w wieku 40 lat chciał pograć na koniec kariery w europejskich pucharach z ukochaną Legią przy komplecie publiczności. Nie będzie ani europejskich pucharów, ani kibiców z powodu pandemii.

Piłkarz z koronawirusem

Na papierze letnie transfery mistrza z Łazienkowskiej były wyjątkowe jak na polskie warunki. Problem w tym, że rzeczywistość okazała się dużo bardziej skomplikowana. Zachwytów nie brakowało, gdy Legia sprowadziła z Hajduka Josipa Juranovicia. 25-latek ma za sobą dwa występy w reprezentacji Chorwacji. Juranović miał zastąpić na prawej obronie Marko Vesovicia, który w czerwcu doznał kontuzji i wypadł na osiem miesięcy. Gdy tylko przyszedł do Warszawy, zamiast na boisko trafił do izolacji. Okazało się, że ma koronawirusa. Czy to efekt jego wyjścia do modnej warszawskiej restauracji, czym pochwalił się na Instagramie tuż po transferze?

Juranović najpierw pauzował na własne życzenie, a potem zdążył zagrać w trzech spotkaniach przez 121 minut. Z Karabachem niespodziewanie wyszedł od pierwszej minuty. Widać było, że brakuje mu zgrania z pozostałymi obrońcami. Przy golu na 0:2 został ośmieszony przez Abdellaha Zoubira. Wcześniej to po jego stronie poszło dośrodkowanie, które dało gościom prowadzenie.

Obrońca, który słabo broni

Na lewej stronie z Azarami wystąpił Filip Mladenović. W Legii na razie gra w kratkę. Z przodu potrafi zaproponować wiele, ma już trzy asysty. Jeśli jednak wystawiany jest na obronie, to przede wszystkim musi umieć bronić, a z tym są problemy. Wciąż pamiętam, jak niepotrzebnie kiwał się przed własnym polem karnym w meczu z Omonią, co skończyło się stratą, faulem Artura Jędrzejczyka, karnym i bramką dla gości z Cypru. Z Karabachem nie upilnował Patricka Andrade, który trafił na 1:0. Do tego ostatnia bramka dla gości także padła po akcji jego stroną.

Piłkarz po kontuzji

1 sierpnia piłkarzem Legii został Rafa Lopes. Wydawało się, że z marszu będzie wzmocnieniem, zna Polskę, przechodził z Cracovii. Problemy zdrowotne Portugalczyka sprawiły, że w drużynie mistrza Polski zadebiutował dopiero 11 września w meczu trzeciej kolejki ekstraklasy z Wisłą Płock. Zagrał przez siedem minut. Potem było jeszcze 45 minut z Górnikiem Zabrze. Z Karabachem niespodziewanie Portugalczyk wyszedł od pierwszej minuty. Był kompletnie bezproduktywny i trener Czesław Michniewicz zmienił go tuż po zmianie stron.

Na Łazienkowskiej wciąż muszą czekać na Lopesa przydatnego drużynie. Czy to zaskoczenie? Były napastnik Cracovii przyznał dzień po finałowym meczu Pucharu Polski, rozegranym tydzień przed transferem do Legii, że w finale z Lechią Gdańsk (3:2) grał z kontuzją. - Mam problem z plecami. W ciągu ostatnich czterdziestu dni rozegraliśmy wiele meczów, za nami liczne podróże. Z Lechią zagrałem z blokadą, ale potem ból przeniósł się na mięśnie nóg. Nie byłem w stanie dać swojego maksa, ale bardzo chciałem pomóc zespołowi. Około 80. minuty stwierdziłem, że to koniec, że już więcej nie dam rady - mówił w rozmowie z TVP Sport. Czy na zawodniku nie w pełni wyleczonym Legia chciała oprzeć atak w walce o Europę?

Piłkarze do odbudowy

Wiele obiecywano sobie w Warszawie po transferze Bartosza Kapustki. Z Omonią wszedł z ławki, z Karabachem grał od początku. Zaliczył jedną asystę w przegranym spotkaniu u siebie z Jagiellonią. Na razie nie zbawił drużyny mistrza Polski. Nie zbawił, bo nie miał prawa. To piłkarz po przejściach. Od poprzednich mistrzostw Europy jego kariera się załamała. Nieudany transfer do Leicester sprawił, że dziś Kapustka musi zaczynać prawie od początku. Potrzebuje więcej czasu. Na razie jest zagubiony, ale to żadne zaskoczenie. Jak można było wierzyć, że Kapustka pomoże drużynie tak szybko, skoro najpierw trzeba go odbudować?

Transfer z ostatnich dni to Joel Valencia, najlepszy piłkarz ekstraklasy w sezonie 2018/2019. W poprzednim sezonie był zawodnikiem Brentford występującego w Championship. Anglii nie podbił. Wraca do Polski, by odzyskać formę. A że tej brakuje, najlepiej świadczy o tym jego występ z Karabachem. Masa niecelnych podań, wożenie piłki i fatalne błędy w obronie. W drugiej połowie najpierw dał się wyprzedzić i odebrać piłkę, co skończyło się strzałem obronionym przez Boruca. Kilkanaście minut później okiwany jak dziecko w polu karnym i 3:0 dla gości. Znów żadne zaskoczenie. Valencia w poprzednim sezonie zagrał co prawda w 24 spotkaniach Brentford, ale jednocześnie tylko przez 590 minut. Średnia? 25 minut na mecz. W Anglii strzelił jednego gola. To tyle.

Dlaczego Legia dokonała takich transferów?

Legia, jak wszyscy nasi pucharowicze, potrzebowała piłkarzy gotowych do gry od początku sezonu. Niestety sprowadziła zawodników, którzy w walce o europejskie puchary nie byli dla niej wzmocnieniem. Valencia i Kapustka to piłkarze dopiero do odbudowania, Lopes przyszedł po problemach zdrowotnych, Juranović sam się wyeliminował, a Mladenović nie radzi sobie w obronie. Kibice za porażki oskarżali Aleksandra Vukovicia, teraz pewnie oberwie Czesław Michniewicz. Pytanie, co z tymi, którzy na Łazienkowskiej odpowiadali za letnie transfery?

Czy Legia nie mogła sprowadzić zawodników gotowych na start sezonu? Jak na przykład Mikael Ishak, który dla Lecha zdążył już strzelić siedem goli. Albo jak Bartosz Nowak, który ośmieszał niedawno obronę mistrza Polski. Górnik pozyskał go ze Stali Mielec, w której barwach 27-letni Nowak błyszczał w zeszłym sezonie na zapleczu ekstraklasy: 13 bramek, 13 asyst. Jak widać, piłkarz z niższej ligi także może być wzmocnieniem. Legia w ogóle obserwuje takich zawodników, czy też jest to poniżej jej godności, by brać piłkarza z I ligi? Tańszego niż zagraniczne gwiazdy, a niekoniecznie słabszego.

Mistrz Polski sprowadził latem kilku nowych zawodników nie po to, by zdobyć mistrzostwo Polski, po które pewnie i tak na końcu sięgnie. Sprowadził po to, by pierwszy raz od sezonu 2016/2017 awansować do fazy grupowej europejskich pucharów. Nie udało się. Liga Mistrzów odjechała, Liga Europy odjechała. Czesław Michniewicz pewnie w końcu odbuduje Valencię, Kapustkę czy Lopesa, ale ci mogą się przydać w walce o Europę najwcześniej za rok. A co będzie za rok, tego nie wie nikt. Równie dobrze Michniewicz może zostawić Legię, gdy po nieudanym Euro zwolniony zostanie Jerzy Brzęczek. Wtedy na Łazienkowskiej wszystko trzeba będzie budować od nowa. Kolejny raz.

Zaskoczyło mnie to, że od pierwszego gwizdka z Karabachem Michniewicz wystawił wszystkich nowych zawodników. Sześć nowych twarzy na 11 piłkarzy. Sześć nowych twarzy, które razem jeszcze nie grało ze sobą. To nie mogło się udać. W drugiej połowie trener gospodarzy zaczął wycofywać się z tego, gdy zeszli Lopes i Kapustka. Szkoleniowiec Legii przeszarżował ze składem. A może chciał pokazać właścicielowi i dyrektorowi sportowemu: "patrzcie, panowie, tak wyglądają w praktyce nowe nabytki, które przed chwilą sprowadziliście do klubu".

Legia przegrała z Karabachem na własne życzenie. Bez realnych wzmocnień, a nie tych na papierze, nie da się zwojować Europy. Część transferów, których latem dokonał klub, była z góry skazana na niepowodzenie pod kątem nadchodzących europejskich pucharów. Szkoda, że tego błędu na Łazienkowskiej nikt nie zauważył.

Masz ciekawy temat związany ze sportem? Wiesz o czymś, co warto nagłośnić? Chcesz zwrócić uwagę na jakiś problem? Napisz do nas: sport.kontakt@agora.pl

Przeczytaj też: