Aplikacja Fotball LIVE
  POBIERZ

Lech Poznań wyleczył nas z kompleksów w najbardziej depresyjnym mieście Europy

Lech Poznań wygrał 2:1 z RSC Charleroi i awansował do Ligi Europy, a po drodze leczył nas z kompleksów. Wreszcie bowiem mamy w europejskich pucharach polski zespół, który gra ofensywnie, skutecznie i nie pęka przed liderem ligi belgijskiej, z samego założenia, że pękać powinien. Innym wytycza drogę. Uczy cierpliwości, której sam musiał się nauczyć.

Duma z polskiego klubu? Uczucie zapomniane. Od blisko czterech lat i Legii Warszawa remisującej w Lidze Mistrzów z Realem Madryt czy wygrywającej ze Sportingiem, nie pojawiło się nawet na chwilę. Za nami sezony wstydu i kolejnych upokorzeń. Dopiero Lech Poznań awansował do Ligi Europy i swoją grą obdarł nas z ciągłego poczucia wstydu. Pokazał, że nie musimy być pariasem Europy i nie każdy zespół z Luksemburga czy Słowacji będzie nam dawał lekcje stylu. Wreszcie w Ekstraklasie jest zespół-wizytówka, który bez wstydu można pokazać w Europie. Nie wyśmieją nas za dryblingi Jakuba Kamińskiego, dośrodkowania Wasyla Krawecia, strzały Jakuba Modera, technikę Daniego Ramireza i Pedro Tiby. To dużo po latach, w których nasze zespoły nie pokazywały zupełnie nic.

Zobacz wideo Mila pyta Peszkę: Dlaczego tak mało osób wie, że masz złote serce?

Lech Poznań awansował na swoich zasadach 

Pewnie, że były błędy w defensywie, spóźnione interwencje, odpuszczone krycie, gorsza orientacja, chwile dekoncentracji. Jeśli wierzyć, że ostatecznie suma szczęścia i pecha się równoważy, to w drugiej połowie Lech wreszcie swój rachunek wyrównał: po przegranych pechowo finałach Pucharu Polski, po odpadnięciu w karnych z Lechią Gdańsk, po wypuszczonym na ostatniej prostej mistrzostwie polski, wreszcie to jemu dopisało szczęście i rywal zmarnował rzut karny, zaprzepaścił kilka świetnych okazji strzałami w trybuny, obił słupek i poprzeczkę. Ale nawet wtedy było widać styl Kolejorza, mozolnie wypracowywany w meczach Ekstraklasy i okupiony wieloma straconymi punktami. Nawet w tym sezonie Lech już parę razy wyszedł na naiwniaka, który napiera cały mecz, gra do przodu, nie ogląda się za siebie, a później traci gola czy dwa i zza ściany szatni słyszy śpiewy przeciwników.

Te kolejne awanse - z Hammarby, później Apollonem Limassol i Charleroi - to pochwała cierpliwości i wierności swojemu pomysłowi na grę. Nawet przeciwko Belgom, gdy Lech stracił gola, nie od razu okopał się w swoim polu karnym, nie zaczął wybijać piłki byle dalej i nie chciał po prostu dotrwać do ostatniego gwizdka. To wszystko przyszło dopiero później, po czerwonej kartce dla Lubomira Satki, najlepszego obrońcy. Ale zanim sędzia ją pokazał, Kolejorz był pod polem karnym Charleroi i próbował strzelić trzeciego gola. Ostatni kwadrans musiał taki być: gospodarze gonili, atakowali wszystkimi piłkarzami, mieli przewagę, a osłabiony Lech chwilami słaniał się na nogach. Wytrwał jednak i oszukał przeznaczenie, bo przecież w ostatnich latach był klubem pechowym, czasami naiwnym, niezdolnym do czynu, mentalnie niegotowym. Paraliżował go stres, za wysoka stawka, za duża publiczność. 

Ten styl wykuwał się przy ciągłym powątpiewaniu. Ileż to razy Dariusz Żuraw wychodził na konferencje prasowe z nietęgą miną i tłumaczył, że zespół wprawdzie płaci za ryzyko, które podejmuje, ale tylko tak grając może wypracować swój styl, którym wejdzie do europejskich pucharów? Ale w nas wszystkich zdążyła się już zakorzenić nieufność. Były więc obawy, że przeciwko lepszym zespołom Lech tak odważny nie będzie, że pozostanie atrakcyjny w Ekstraklasie, ale w Europie pokaże brzydszą twarz, byle awansować. Tak się nie stało. Żuraw miał rację.

Pochwała cierpliwości i wierności swojemu stylowi. Triumf w najbardziej depresyjnym mieście Europy

Lech Poznań największy sukces od pięciu lat świętuje akurat w Charleroi, które ma opinię najbardziej depresyjnego i smutnego miasta w Europie. Nieczynne kopalnie, opuszczone magazyny pomazane wątpliwej jakości graffiti, niedokończone metro i "najbrzydsza ulica świata". Największa atrakcja? Dom seryjnego pedofila i gwałciciela - Marca Dutrouxa, którego przestępstwa doprowadziły do reformy belgijskiego systemu sprawiedliwości. Jedynym szczęśliwym miejscem wydaje się być szatnia gości na stadionie RSC. Awans do Ligi Europy po pięciu latach to jedno, a gra Lecha - odważna, otwarta, techniczna - drugie.

Po latach upokorzeń, pękania przed anonimowymi drużynami, lekcjach wyszkolenia technicznego, które ze zgrzytającymi zębami musieliśmy odbierać od Słowaków, Łotyszy, Luksemburczyków, Azerów, Rumunów czy Cypryjczyków, wreszcie w pucharach mamy zespół, za który nie trzeba się wstydzić. A przecież do tych zarumienionych policzków i łzy w oku zdążyliśmy się już przyzwyczaić: polska drużyna z ligowej czołówki grała z europejskim zespołem o teoretycznie podobnym potencjale, a jednak odstawała taktycznie i technicznie. Kopała piłkę, a rywal w nią grał i spychał naszą ligę coraz niżej - na 30. miejsce rankingu UEFA, między Słowenię i Węgrów - daleko za Cypr, Grecję, Izrael, Bułgarię, Norwegię, Azerbejdżan, Kazachstan. Wstyd i upokorzenie, a przy tym to niewytłumaczalne przekonanie nas wszystkich, że zasługujemy na więcej, że ranking trochę nasz potencjał zakłamuje, że aż tak słabi nie jesteśmy. A jednak to bezstylowe granie w lidze przekładało się na kwalifikacje europejskich pucharów. Odpadaliśmy rok w rok.

Teraz na drodze Lecha stanął lider ligi belgijskiej - może tylko tymczasowy, ale na pewno niewygodny - potrafiący zamęczyć rywala i zniechęcić go do grania. Wyjątkowo szczelny w defensywie, bo w tym sezonie stracił tylko trzy gole w siedmiu meczach. Tymczasem Lech wyszedł na niego z podniesioną głową i już w pierwszej połowie zdobył dwie bramki. Nagrodą będzie przygoda w Lidze Europy, solidne zasilenie budżetu, którym władze Kolejorza zaczęły coraz mądrzej dysponować. O ile w szkolenie poszły już dawno i owoce tego też zbierają od kilku lat, o tyle dopiero niedawno lepiej wymierzyły celownik przy transferowych strzałach. To awans wywalczony właśnie młodymi z akademii - gol Puchacza, świetny Kamiński (oj, jak szkoda tego zgubienia kroków w doliczonym czasie gry!) - i dobrymi transferami - gol Ramireza, gra Tiby i Krawecia, obroniony rzut karny przez Filipa Bednarka.

Mam nadzieję, że prezesi pozostałych klubów patrzą na to wszystko i wyciągają wnioski - że w trenera trzeba uwierzyć, dać czas i nie żądać wszystkiego na już, że warto szkolić, że tylko grając odważnie, mamy w Europie szanse. Lech sam musiał się tego nauczyć. Wiceprezes Piotr Rutkowski szczerze przyznaje, że kiedyś prowadził klub na skróty. Że zatrudnienie Adama Nawałki miało być takim skrótem. Lech musiał się sparzyć, żeby zrozumieć, że musi działać po kolei. Teraz odbiera nagrodę. A kibice? Miło, że wreszcie nie muszą się wstydzić.

Przeczytaj także: