Aplikacja Fotball LIVE
  POBIERZ

Lech Poznań w lidze kilka razy zapłacił za swój styl, ale w Sztokholmie odebrał nagrodę. Sprawdziły się słowa trenera Żurawia

Lech Poznań załatwił sprawę w drugiej połowie - wykorzystał błąd środkowego obrońcy, skorzystał z gry w przewadze, pod koniec podwyższył prowadzenie i wygrał 3:0. Ale co najważniejsze - nawet na moment nie stracił kontroli.

W wielu meczach Lech Poznań był lepszy od swoich przeciwników, ale później dominacji nie odzwierciedlał wynik. Raczej im przewaga była większa, tym później w Poznaniu mocniej pluli sobie w brodę. Tylko w tym sezonie Kolejorz wypuszczał z rąk prowadzenie w końcówkach meczów z Zagłębiem Lubin i Wisłą Płock. Wygrywał też we Wrocławiu, ale ostatnie słowo należało do Śląska i skończyło się remisem. Lech na opinię zespołu, który potrafi wyłożyć się na ostatniej prostej, pracował zresztą od lat: a to tracił pierwsze miejsce w siedmiokolejkowej dogrywce do sezonu, a to przegrywał w finałach Pucharu Polski, a to odpadał w półfinale tych rozgrywek z Lechią Gdańsk, bo gorzej wykonywał rzuty karne. Wieczne zawody, porażki często o włos, które tylko potęgowały rozczarowanie i zawód. Zespół wydawał się niedojrzały. Jako całość - słaby psychicznie, niegotowy na sukces. 

Zobacz wideo

Kolejorz rozstrzygnął mecz w drugiej połowie

Dlatego należy tym bardziej docenić drugą połowę tego spotkania, która temu wszystkiemu zaprzeczyła i dała nadzieję, że ten wciąż młody Lech dorasta. Nawet nie same gole chodzi, ale o ogólną postawę drużyny, która po wyrównanej pierwszej części meczu wyszła na boisko odważniej, narzuciła swój sposób gry, przez kilka minut nie wypuszczała Hammarby z ich połowy, konsekwentnie atakowała, wreszcie wykorzystała błąd środkowego obrońcy i objęła prowadzenie, a później - po czerwonej kartce dla kapitana Jeppe Andersena - przez pół godziny dobrze zarządzała grą w przewadze. Zmieniła obraz meczu: już nie była to walka cios za cios, jak w pierwszej połowie, gdy Filip Bednarek dwa razy odbił piłkę zostawiony w sytuacji sam na sam z napastnikami Hammarby. Djordje Crnomarković i Lubomir Satka już nie pozwalali sobie wrzucać piłki za plecy. Rywale, jeśli mieli szansę na wyrównanie, to tylko po rzutach różnych, z którymi jednak piłkarze Lecha wreszcie dobrze sobie radzili. Kolejorz częściej posiadał piłkę, grał dalej od własnej bramki, ograniczył liczbę strat, a pod koniec strzelił dwa gole i jasno pokazał, kto w tym meczu był lepszy. Wygrał dojrzale, zachowując swój styl. 

I chociaż lecąc do Szwecji nie mógł być pewny awansu, bo mecz w pierwszej rundzie eliminacji z Valmierą nie był żadnym sprawdzianem, w trzech spotkaniach Ekstraklasy zdobył tylko dwa punkty, w przeszłości ze Skandynawami odpadał, a teraz gospodarze mieli jeszcze dodatkowy atut - sztuczną murawę, do której piłkarze z Poznania nie byli nieprzyzwyczajeni, to w gościach rozdawał karty. Nie przestraszył się szwedzkiej drużyny z samego założenia, że ta gra w lepszej lidze, tylko dominował nad rywalami wyszkoleniem technicznym i przygotowaniem fizycznym, co było widać przede wszystkim w końcówce meczu. Ale nawet w pierwszej połowie, tej gorszej, Mikael Ishak miał dwie bardzo dobre okazje do zdobycia bramki, a groźnie uderzali jeszcze Tymoteusz Puchacz i Dani Ramirez.

Lech Poznań w lidze wypracował styl potrzebny do wygrywania takich meczów jak w Hammarby

Lech, któremu w Ekstraklasie zdarza się płacić za odwagę traconymi punktami, w Sztokholmie odebrał za to nagrodę. Ofensywny styl utrwalany co tydzień na ligowych boiskach udało się przenieść na eliminacje Ligi Europy. Odważne postawienie na młodych piłkarzy i otoczenie ich bardziej doświadczonymi zawodnikami z zagranicy, którzy na tle ekstraklasy wyróżniają się jakością, przyniosło efekty: pierwszego gola strzelił Pedro Tiba - bardziej wiarą w to, że Kalle Bjorklund wystraszy się jego zdecydowanego pressingu i popełni błąd, niż wielkimi umiejętnościami, bo samo wykończenie akcji było jak rozpakowanie prezentu otrzymanego w nagrodę za dobrze wykonaną pracę - Portugalczyk zrobił to spokojnie, z gracją, nie użył siły, nie szarpał, tylko delikatnie przerzucił piłkę nad rzucającym się pod jego nogi bramkarzem. A później prowadzenie podwyższyli piłkarze urodzeni w 2002 roku - Jakub Kamiński i Filip Marchwiński.  

Dariusz Żuraw już kilka razy powtarzał po meczach, w których Lech Poznań pięknie grał, ale ostatecznie tracił punkty, że wybierając między ofensywnym stylem a grą na wynik, on zawsze postawi na styl, bo tylko to pozwoli później udanie rywalizować w eliminacjach europejskich pucharów. Dostrzegał, że być może grając bardziej pragmatycznie i ostrożnie jego zespół osiągałby lepsze wyniki w lidze, ale twierdził, że nie wypracowywałby stylu, który jest konieczny, żeby wygrywać w Europie. Mecz w Szwecji pokazał, że to właściwa droga. Wreszcie zobaczyliśmy polski zespół grający odważnie przeciwko rywalowi o zbliżonym potencjale. 

Inna sprawa, że Hammarby ostatecznie okazało się słabsze niż je malowali. Widzieliśmy, że zespół zajmuje siódme miejsce w lidze szwedzkiej, ale słyszeliśmy, że zasługuje na wyższe, bo podobnie jak Lech gra ofensywną i ciekawą piłkę. W środę co prawda brakowało w Hammarby dwóch bardzo ważnych zawodników, ale nawet biorąc to pod uwagę, piłkarze, którzy byli do dyspozycji, pokazali w tym meczu niewiele. Jednym pomysłem na zaskoczenie obrońców Lecha były prostopadłe podania za ich plecy. I owszem - wyszło to dwukrotnie, ale obie sytuacje wybronił Bednarek, a kolejnych nie było. Rzuty rożne - bolączka Lecha - były wykonywane wręcz beznadziejnie i po żadnym piłka nie leciała nawet blisko głowy któregoś ze Szwedów.

I tak wracamy do dojrzałości - Lech w pierwszej połowie wybadał rywala, a później wykorzystał sytuacje i okoliczności, by na koniec powiedzieć, że pewnie ten mecz wygrał. On mu się ułożył - oczywiście - ale w przeszłości wiele układało się w podobny sposób, a zwycięstw nie było. Takiej konsekwencji i zimnej krwi jak w Sztokholmie Lechowi potrzeba. Teraz czas na radość, ale już w niedzielę pierwsze od ćwierćwiecza derby Poznania i okazja, by udowodnić, że to odniesione na swoich zasadach zwycięstwo z Hammarby nie było przypadkiem.