Straceńcza misja Arsenalu

Zdarzało się, że obecna, porywająca Barcelona padała. Ale jeszcze nikt jej nie powalił jej własną bronią, a londyńczycy inaczej grać nie umieją. W środę największy hit 1/8 finału Ligi Mistrzów. Transmisje w Polsacie i nSporcie o 20.45

Wicelider ligi angielskiej uprawia futbol, który uchodzi za najbliższy wizji katalońskiej, hołubiącej wydłużane w nieskończoność utrzymywanie się przy piłce i zniechęcenie do walki pozbawionych jej rywali. Ci głównie patrzą, jak Barcelona się bawi. I niemal całą energię wkładają w wycieńczającą fizycznie i psychicznie modlitwę o przetrwanie.

Jeszcze nikt nie pokonał Barcy, grając jak on. Arsenal będzie pierwszy?

 

Arsenal dąży do zwycięstw trochę inaczej, bo nad barcelońską dreptaninę przedkłada szybszy atak, ale fundamentalną różnicę dostrzeżemy w gablotach z trofeami. Katalończycy dwukrotnie wygrywali niedawno LM i panują w lidze hiszpańskiej, londyńczycy nie zdobyli żadnego - krajowego ani międzynarodowego - trofeum od 2005 r. Dla klubu o ich aspiracjach to cała wieczność. Zwłaszcza że wśród najbogatszych pozostają jedynym obok Chelsea, który najcenniejszego trofeum nie wygrał nigdy.

Dlatego piłkarzom Arsene'a Wengera tak samo często składa się hołdy za atrakcyjny styl gry, jak wypomina skandaliczną

niedojrzałość wyrośniętych chłopców,

których zawsze uspokaja przeświadczenie, że jutro dostaną następną szansę. Pecha w losowaniu par 1/8 finału też sprowadzili na siebie sami - gdyby wcześniej niespodziewanie nie oddali pozycji lidera w grupie Szachtarowi Donieck, wpaść na Katalończyków by nie mogli.

Barcy pragnęli uniknąć wszyscy. Odkąd w 2008 r. objął ją trener Josep Guardiola, przegrywa tak rzadko, że wywołuje wrażenie, jakby nie przegrywała nigdy. A jeśli już wpadka się przytrafia, to albo podejrzewamy piłkarzy o chwilowe roztargnienie, albo przeciwnicy wyrzekają się jakichkolwiek zamiarów poza wspomnianym wymodleniem remisu - rezygnują z pressingu i prób przejęcia inicjatywy, czekają stłoczeni na własnej połowie, liczą nie tylko na własną pracę do upadłego, ale też łut szczęścia. Paradoks: nieliczni, którzy zdołali ostatnio Barcelonę powstrzymać, byli przy piłce jeszcze rzadziej niż ci, którzy ponosili porażki lub klęski.

Tyle że Arsenal oddawać pola nie umie. W każdym razie - nie zwykł oddawać pola.

Gdyby londyńczycy szukali w przeszłości dowodów, że może się udać, musieliby przywoływać triumf Interu z zeszłej wiosny - zanim mediolańczycy cudem przetrwali oblężenie na Camp Nou (przegrali tylko 0:1), pokonali Katalończyków 3:1.

Innych przesłanek pozwalających wierzyć w powodzenie podjęcia otwartej walki z Barceloną nie ma. Nawet ten sam trener José Mourinho, który obmyślił strategię dla Interu, jesienią poniósł najbardziej dotkliwą klęskę w karierze, (0:5) m.in. dlatego, że uwierzył, iż Real Madryt może zagrać w El Clasico tak jak w każdym innym meczu. Odsunął linię obrony daleko od swojej bramki i nawet pomimo kontuzji jedynego snajpera w formie - Gonzalo Higuaina - nie osłonił jej dodatkowym defensywnym pomocnikiem.

W tym sezonie Barcelona zdaje się

potężniejsza niż kiedykolwiek.

Pozbyła się Zlatana Ibrahimovicia, który mimo fantastycznego talentu raczej kolegom zawadzał, nie będąc w stanie podporządkować się ich osobnemu stylowi gry, a wzięła najbardziej zabójczego snajpera w Europie ostatnich lat Davida Villę - wyrzeźbionemu najwyraźniej właśnie po to, by wkomponować go w kataloński pejzaż. Mentalnej mocy jej hiszpańskim gwiazdom jeszcze dodało zdobyte w RPA złoto mundialu. Wreszcie Leo Messi zaczął wzlatywać wyżej i wyżej, aż najbardziej wstrzemięźliwi eksperci wyszeptali z podziwem, że ściga Maradonę.

Nawet jeśli na dzisiaj rzeczywiście nie wykuruje się obrońca Carles Puyol, to słynny przed laty angielski napastnik Gary Lineker raczej nie zmieni swojej diagnozy - a uderzył mocno, gdy ogłosił, że ledwie trzech londyńczyków zmieściłoby się w kadrze Barcy. Nie kadrze podstawowego składu, lecz meczowej - liczącej 18 osób. Tym bardziej że gospodarze usiłują uzdrowić równie ważną dla siebie postać, najbardziej wydajnego w ofensywie Samiego Nasriego. To m.in. Francuza mógł Lineker uznać za godnego gry z katalońskimi wirtuozami.

Faworyci niekoniecznie będą parli do wielobramkowej kanonady. Oni w rundach pucharowych LM nie zwyciężyli na wyjeździe od meczu w Gelsenkirchen z kwietnia 2008 r. (ostatnie wyniki: 1:3, 2:2, 1:1, 1:1, 1:1, 1:1, 0:1), mocne ciosy wyprowadzają dopiero u siebie (ostatnie wyniki: 1:0, 4:1, 4:0, 0:0, 4:0, 5:2, 0:0, 1:0, 1:0). O czym przekonał się w minionym sezonie Arsenal, który na Emirates Stadium wbił rywalom dwie bramki, a w rewanżu wybatożył go czterema golami Messi. Messi o niebo mniej skuteczny wówczas niż dziś. W sobotę Hiszpanie zbaranieli, bo przytrafiła mu się ligowa kolejka bez bramki. A całej drużynie - remis po 16 zwycięstwach z rzędu.

Dlatego ewentualny sukces Arsenalu byłby dalece bardziej szokujący niż ubiegłoroczny sukces Interu. Zwłaszcza sukces odniesiony bez wyrzekania się swego stylu gry. Czy zresztą trener Wenger ma alternatywę, skoro od lat widzimy, że uczy piłkarzy na najwyższym światowym poziomie atakować, ale nie umie nauczyć ich na najwyższym światowym poziomie bronić?

Liga Mistrzów w TV

1/8 finału: Arsenal - Barcelona (20.40, Polsat, Nsport), Roma - Szachtar (20.40, kanał 59 platformy N).

Skróty: Polsat (środa, 23.), Nsport (czwartek, 9.05)

Liga Europejska. Aris zremisował z Manchesterem City  ?

Więcej o: