Liga Mistrzów bez Premier League

Pierwszy raz od siedmiu lat w półfinałach Ligi Mistrzów zabraknie zespołu z Anglii. W ostatnich trzech o finał biło się po trzech reprezentantów Premier League. Czy to koniec angielskiej dominacji, czy tylko wypadek przy pracy?

Wszystkie bramki Ligi Mistrzów! Zobacz tutaj?

Liverpool nie przedarł się przez fazę grupową, Chelsea odpadła na początku pucharowej, Arsenal i Manchester United skończyły w ćwierćfinale Champions League.

Tak spektakularnego upadku nikt się nie spodziewał, choć źle zaczęło dziać się w Premier League już latem, gdy MU i Liverpool nie potrafiły zatrzymać Cristiana Ronaldo i Xabiego Alonso. Obaj przeprowadzili się do Realu Madryt. Mocarzom Premier League zabrali też piłkarzy nuworysze z Manchesteru City. Marzący o zajęciu miejsca w czwórce skaleczyli Arsenal (Toure, Adebayor), MU (Tevez) i przelicytowali Liverpool w walce o Garetha Barry'ego.

Żaden z klubów wielkiej czwórki nie szalał na rynku transferowym, gdy Real za wszelką cenę próbował sprzedać Arjena Robbena i Wesleya Sneijdera, zainteresowania z Premier League nie było. Cicho siedziała nawet Chelsea, która z klubu lekką ręką wydającego dziesiątki milionów funtów dorobiła się w ostatnich latach opinii oszczędnego. Dopiero po odpadnięciu z LM właściciel Roman Abramowicz zauważył, że zespół się zestarzał.

Zaciskanie pasa odczuła Premier League. Niezależnie, kto wywalczy mistrzostwo, nie wytrzyma porównania z niepokonanym Arsenalem z 2004 r., Chelsea Jose Mourinho (2005) czy rozjeżdżającym rywali Manchesterem United (2008). Ci ostatni wciąż biją się o tytuł, choć w tym sezonie przegrali aż siedem razy. Liga wcześniej oferująca kibicom niezapomniane hity kilka razy w tygodniu, w tym sezonie wybitne mecze produkuje rzadko.

- Angielskie kluby na to zasłużyły. Nie możesz budować sukcesu na długach - uważa prezydent Bayernu Uli Hoeness. Jeszcze kilka lat temu za takie słowa zostałby zrugany przez angielskie futbolowe autorytety. Dziś eksperci i kibice zauważają, że coś poszło nie tak.

Za długi MU i Liverpoolu odpowiadają amerykańscy właściciele, Arsenal wciąż spłaca nowy stadion, Chelsea powoli uniezależnia się od Abramowicza. Ale nie chodzi tylko o zespoły wielkiej czwórki. Rozrzutnością popisywały się także kluby, których ambicje nie wystawały poza środek tabeli. Fredrik Ljungberg zarabiał w West Ham 85 tys. funtów tygodniowo. Przez rok zagrał 28 meczów, strzelił dwa gole. Później Szweda zwolniono, płacąc mu 4,5 mln funtów odszkodowania. Bankrutujące i zdegradowane w sobotę Portsmouth dorobiło się 60 mln funtów długów, zastopowało dopiero, gdy wierzyciele zażądali zapłaty za piłkarzy. Angielscy dziennikarze wciąż nie mogą uwierzyć, że klub z mogącym pomieścić 20 tys. widzów stadionem Fratton Park (najmniej w lidze) płaci Johnowi Utace 80 tys. funtów tygodniowo. W zapewnienia nigeryjskiego napastnika, który twierdzi, że dostaje jedną trzecią tej sumy, nikt nie wierzy. W 60 meczach w Portsmouth zdobył sześć bramek.

Hoeness twierdzi, że Anglicy nie odzyskają już pozycji w Europie, jakiej dorobili się w ostatnich latach. - Funt traci na wartości, a podatki w Anglii są większe niż w Hiszpanii, Niemczech czy we Włoszech. Właściciele angielskich klubów Premier League nie będą już mieli takich pieniędzy - tłumaczy prezes Bayernu.

- To był wypadek przy pracy. Nic więcej. Niezależnie od tego, co się stało, Premier League wciąż jest najlepszą ligą w Europie - uważa jednak trener Chelsea Carlo Ancelotti.

Latem włoski trener ma dostać na transfery 100 mln funtów. Angielską reprezentację w LM najprawdopodobniej wzmocni też Manchester City, dysponujący nieograniczonym, zasilanym przez marzenia szejków budżetem.

Chelsea i Manchester City mogą spać spokojnie, ale inni nie. W 2012 r. prezes UEFA Michel Platini chce wprowadzić zasady finansowego Fair Play. Według nich w europejskich pucharach będą mogły grać wyłącznie zespoły bez długów, które nie wydają więcej, niż zarabiają.

Manchester United ? pogrążony przez "elastycznego Holendra"

Więcej o: