Finalista Ligi Mistrzów kupował piłkarzy dla trenera, a nie szefa marketingu. Jego gwiazdą nie jest ani jednostka, ani jedenastka. Moc Arsenalu widać dopiero w całej kadrze.
Arsenal, choć niewątpliwie jest wielkim klubem, w ostatnich latach, jeśli nie dekadach, dostarczał zwykle powodów do żartów. Najpierw powstawały proste strony internetowe z licznikami dni i godzin, odkąd ostatni raz zdobył jakieś trofeum. Potem ironizowano, że w każdej tabeli zajmował czwarte miejsce. Ostatnio, że był wiecznie drugi. Poczucie, że znowu wystawi się na podobne szpilki, dominowało zresztą do początku tego tygodnia, gdy Manchester City potknął się, co sprawiło, że w walce o mistrzostwo Anglii Londyńczycy mają wszystko w swoich rękach. Wyeliminowanie Atletico Madryt wynikiem 2:1 w dwumeczu i awans do finału Ligi Mistrzów po dwóch dekadach przerwy to już najwyższy czas, by potraktować Kanonierów bez przymrużenia oka. Z pełnym, należnym im szacunkiem.