We wtorek 5 maja oczy kibiców piłkarskich z całego świata zwrócone były na Emirates Stadium w Londynie. W rewanżowym starciu półfinałowym Ligi Mistrzów Arsenal podejmował Atletico Madryt. Przed tygodniem po bramkach Viktora Gyokeresa i Juliana Alvareza z rzutów karnych padł remis 1:1. Mecz ten jednak był głównie komentowany ze względu na kontrowersyjne decyzje podejmowane przez sędziego Danny'ego Makkelie.
Przed wtorkowym rewanżem jasne było, że Mikel Arteta i Diego Simeone nie zlekceważą siebie nawzajem. Hiszpański szkoleniowiec "Kanonierów" podkreślał, że jego klub czekał na okazję gry w finale LM od 20 lat i nie zamierza jej zmarnować. "Cholo" z kolei w swoim stylu postawił na prowokację i wyjawił, że chcąc uniknąć powtórki z fazy ligowej, gdy Arsenal wygrał aż 4:0, poprosił o... zmianę hotelu.
Obie ekipy miały swego rodzaju problemy kadrowe. W zespole z Londynu kontuzjowani są Jurrien Timber oraz Mikel Merino, a w drużynie "Rojiblancos" zabrakło Nicolasa Gonzaleza i Pablo Barriosa. Fani Atletico jednak z pewnością odetchnęli z ulgą, gdy zobaczyli w wyjściowej jedenastce Juliana Alvareza, który przed tygodniem opuścił murawę z powodu urazu. Kibice Arsenalu z kolei mogli cieszyć się z obecności w kadrze meczowej Martina Odegaarda oraz Kaia Havertza.
Jak można było się spodziewać - w pierwszych minutach obserwowaliśmy piłkarskie szachy i walkę w środkowej strefie boiska. Jako pierwsi do głosu doszli gracze Atletico, a konkretnie Julian Alvarez, który jednak spudłował z kilku metrów po dograniu od Giuliano Simeone. Niedługo później, po akcji Antoine'a Griezmanna prawą stroną i mocnym podaniu Francuza, interweniować musiał David Raya.
Odpowiedź Arsenalu przyszła dopiero po 19 minutach gry. Po zamieszaniu w polu karnym piłkę do Gabriela wystawił Miles Lewis-Skelly. Brazylijczyk huknął po ziemi, ale futbolówka nieznacznie minęła bramkę strzeżoną przez Jana Oblaka. Londyńczycy byli blisko otwarcia wyniku kilka minut później, ale po doskonałym podaniu Lewisa-Skelly'ego tuż przed bramkę, żaden z jego kolegów nie zdołał wpakować piłki do siatki.
Potem... wiało nudą. W 36. minucie Leandro Trossard domagał się odgwizdania rzutu karnego po starciu z Griezmannem, ale Daniel Siebert nie dopatrzył się przewinienia. Mocno walczył także Viktor Gyokeres i to on okazał się być jednym z kluczowych elementów układanki Mikela Artety w końcówce pierwszej połowy.
Była 44. minuta, gdy genialne otwierające podanie posłał rozgrywający świetny mecz William Saliba. Gyokeres wpadł w pole karne, ale kąt uderzenia skrócił mu Oblak. Szwed jednak zdołał dośrodkować do Trossarda, który posłał piłkę w kierunku bramki. Z próbą Belga poradził sobie słoweński golkiper Atletico, ale na dobitkę Bukayo Saki z najbliższej odległości nie mógł już nic poradzić. Arsenal schodził na przerwę z jednobramkowym prowadzeniem.
Na starcie drugiej połowy niezwykle blisko wyrównania był zespół z Madrytu. Fatalny błąd przy zgraniu piłki głową popełnił Saliba. Futbolówkę przejął rozpędzony Simeone, minął Rayę i kiedy już wydawało się, że trafi do siatki, zza jego pleców jak spod ziemi wyskoczył Gabriel i wybił piłkę na rzut rożny. Po chwili mocny strzał prawą nogą oddał Griezmann, jednak hiszpański bramkarz Arsenalu zdołał zanotować skuteczną interwencję.
Diego Simeone szalał przy linii bocznej, a w 67. minucie nie miał już do wykorzystania żadnej zmiany. Argentyński szkoleniowiec zdjął z boiska nawet Griezmanna i Alvareza. Gole mieli strzelać Alexander Sorloth, Alex Baena czy Thiago Almada. Ale Arsenal bronił się bardzo solidnie, dodatkowo samemu konstruując groźne sytuacje. Najlepszą z nich miał Gyokeres, lecz chybił z dobrej pozycji, uderzając z powietrza.
W 82. minucie wydawało się, że z boiska może wylecieć Marc Pubill, który szarpiąc Gyokeresa sprowadził go do parteru. Daniel Siebert jednak pokazał obrońcy Atletico tylko żółty kartonik. "Atleti" szukało swoich okazji, ale Marcos Llorente nie był w stanie zaskoczyć Davida Rayi. Jego koledzy zresztą także bili głowami w mur - między innymi Alexander Sorloth mógł pluć sobie w brodę, gdy w 86. minucie skiksował w polu karnym.
W końcówce meczu Arsenal walczył, by przetrwać napór Atletico. "Kanonierzy" świetnie prezentowali się w obronie i zdołali utrzymać korzystny wynik do samego końca. Po raz pierwszy od sezonu 2005/06 to klub z czerwonej części północnego Londynu zameldował się w finale najważniejszych klubowych rozgrywek na Starym Kontynencie.
Finał Ligi Mistrzów odbędzie się w sobotę 30 maja w Budapeszcie. Rywalem Arsenalu w stolicy Węgier będzie zwycięzca dwumeczu pomiędzy Bayernem Monachium a PSG. Przed tygodniem w Paryżu górą byli podopieczni Luisa Enrique, którzy po szalonym spotkaniu zwyciężyli 5:4.
Arsenal 1:0 Atletico Madryt (44' Saka)
Zobacz też: UEFA zabierze Włochom Euro? Boniek mówi wprost: "Pisała już kilka razy"