Xabi Alonso przegrał, bo chciał trenować zespół, którym należy zarządzać. Alvaro Arbeloa przegrywa, bo zarządza zespołem, który należałoby trenować. W futbolu, w którym nawet wirtuozi noszą fortepian, Królewscy są trudnym do utrzymania wyjątkiem.
Piłkarze Realu Madryt mają prawo czuć złość. Mało kto byłby w stanie w Monachium zmusić Bayern do aż takiego wysiłku. Po miesiącach narzekań kibiców Królewskich na rozwój wydarzeń w klubie drużyna dostarczyła dowodu tkwiącej w niej klasy. Została jednak z niczym. Decyzja Slavko Vincicia o pokazaniu Eduardo Camavindze żółtej kartki za opóźnianie wznowienia gry była zgodna z przepisami, lecz pozbawiona wyczucia. Słoweniec sprawiał zresztą wrażenie, jakby zapomniał, że to oznacza wykluczenie. W takim momencie dwumeczu były sposoby, by sprawę rozmasować, zamiast wejść na pierwszy plan. Chwilę potem Bayern strzelił gola właśnie ze strefy, za którą odpowiadał Camavinga. W tak wyrównanej rywalizacji zwycięzców od przegranych odróżniają detale.
To jednak węższa opowieść. Spłycająca problem. Istnieje bowiem także szerszy obrazek, w którym Real drugi raz z rzędu odpadł z Ligi Mistrzów w ćwierćfinale i zanotuje drugi kolejny sezon bez trofeum. Po raz pierwszy od ośmiu lat jest w trakcie serii czterech meczów bez wygranej, a na poziom zaprezentowany w Monachium wznosi się jedynie od święta. Codzienność to apele o zaangażowanie, pracę, myślenie o zespole, które i tak często pozostają głuche. Wstydliwych wpadek, których można by uniknąć, gdyby tylko podkręcić tempo, Real zaliczył ostatnio mnóstwo.
Problemy ery Galacticos
To musi rodzić większe pytania, dotyczące konstrukcji kadry, pozycji trenera, czy w ogóle struktury działu sportowego. Hiszpańskie media donosiły, że w Madrycie rozważają przywrócenie funkcji dyrektora sportowego, co było potem dementowane. Ktoś musi jednak znaleźć sprytne rozwiązanie niełatwego problemu. Real ma w ataku rzadko spotykane nagromadzenie talentu. Jednocześnie ma jednak notoryczne problemy z równowagą w zespole, na tym poziomie bezlitośnie wykorzystywane. Coraz mocniej wracają kłopoty znane z czasów pierwszych Galacticos Florentino Pereza na początku XXI wieku, gdy w jednej szatni spotkało się całe who-is-who światowego futbolu. A potem notorycznie był problem, by stworzyć z niego silny zespół.
Złota era Królewskich z poprzedniej dekady była oparta o środek pola tworzony przez Casemiro, Toniego Kroosa i Lukę Modricia. Ostatni jego element, niezniszczalny Chorwat, odszedł w zeszłym roku, kończąc epokę i pozostawiając wciąż niezałataną wyrwę. W miarę odchodzenia kolejnych wierzchołków tego trójkąta próbowano zbudować ich następców. Ta misja nie do końca się jednak powiodła. A bez tego Real jest skazany na dwa zespoły, które trudno skleić. Ofensywnych magików z rzadka interesujących się grą defensywną. I całą resztę, która stara się jakoś zrównoważyć poczynania Kyliana Mbappe i Viniciusa.
Indywidualnie bez zarzutu
Patrząc na indywidualne osiągnięcia, trudno im cokolwiek zarzucić. Francuz zakończył tę edycję Ligi Mistrzów z 15 bramkami, co było jednym z najlepszych strzeleckich wyników w historii rozgrywek. Strzelał gole w obu ćwierćfinałach, utrzymując zespół przy życiu. Vinicius w Monachium zanotował piątą asystę w Lidze Mistrzów, wcześniej strzelił też Manchesterowi City. Każdy zrobił, co do niego należy. Ale jednocześnie nic nie może sobie za to kupić. Zwłaszcza Mbappe, mając już 28 lat, wciąż pozostaje w piłce klubowej niespełniony. I staje się synonimem wybitnego indywidualisty, wokół którego trudno zbudować wybitny zespół.
Być może to zbieg okoliczności, ale trudno nie zauważyć, że wraz z jego odejściem Paris Saint-Germain nie tylko się nie zawaliło, lecz zaczęło przeżywać najlepszy moment w historii. Zdobył Ligę Mistrzów, grając perfekcyjny, drużynowy futbol. Teraz znów jest w półfinale i wygląda na poważnego kandydata do powtórzenia sukcesu. Jednocześnie Real z przyjściem Mbappe przestał wygrywać i zaczął mieć problemy znane wcześniej z PSG. Trudno przy tym nie zauważyć różnicy między jednym francuskim atakującym a drugim, który stolicy Hiszpanii przetrwał całą epokę. Karim Benzema być może skalą talentu ustępował Mbappe. Jednocześnie był jednak fantastycznym piłkarzem zespołowym. Robiącym wszystko, co potrzebne drużynie, a niekoniecznie eksponującym własne umiejętności.
Igranie z ogniem
Bill Shankly, były złotousty trener Liverpoolu, twierdził, że do zbudowania drużyny potrzebnych jest ośmiu gości od noszenia fortepianu i trzech, którzy potrafią na nim grać. Real jest więc zbudowany zgodnie z klasycznymi wzorcami, coraz mniej przystającymi jednak do współczesnego futbolu, który wyewoluował w stronę, gdzie nawet wirtuoz musi taszczyć fortepian na plecach. Najwybitniejszym tego przykładem jest zresztą Harry Kane, napastnik, który potrafi wszystko i również mógłby się skupiać na indywidualnych rekordach. Osiąga je jednak niejako przy okazji. Podstawą jego gry jest bowiem odpowiedzialność taktyczna, ruchy nieefektowne, lecz mądre, praca także w defensywie. Bayern w całym dwumeczu miał nie tylko wybitnych indywidualistów, ale też piłkarzy, którzy doskakiwali, kąsali, walczyli bez piłki. Vincentowi Kompany’emu, byłemu świetnemu zawodnikowi, udało się w drużynie gwiazd zaszczepić etos pracy.
W Madrycie teoretycznie wszystko to wiedzieli, o czym świadczy zeszłoroczna rezygnacja z Carlo Ancelottiego na rzecz Xabiego Alonso. Hiszpan wydawał się idealnym kandydatem, by dostosować Królewskich do wymagań współczesności. Z jednej strony, nie był trenerem laptopowym, na którego zblazowane gwiazdy mogłyby patrzeć z góry. Sam grał przecież całkiem niedawno na najwyższym poziomie, zdobywając wszystko, co możliwe. Z drugiej, nie był trenerem bazującym na zapachu szatni. Starannie przygotował się do zawodu i nauczył prowadzić zespoły od strony taktycznej. Przegrał jednak z niezadowoleniem piłkarzy. Wyrzucając go po ledwie pół roku i stawiając na Alvaro Arbeloę, który zaczął od ugłaskania rozczarowanych poprzednikiem, Perez igrał z ogniem. Wygląda na to, że się poparzył.
Problemy środka pola
Trener Realu zderzył się ze wszystkimi problemami, które uniemożliwiały odnoszenie sukcesów schyłkowemu Ancelottiemu i Alonso. Drużyna nadal za często jest rozbita na dwie części, wciąż nie funkcjonuje środek pola, a gwiazdy zdają się wybierać mecze, na których im zależy. Dwumecz z Bayernem jeszcze raz unaocznił skalę problemów w drugiej linii. Thiago Pitarch, którego Arbeloa odważnie wpuścił do pierwszej drużyny, nie dźwignął na razie starcia na tym poziomie. Wypadnięcie Aureliena Tchouameniego, któremu najbliżej do zapewnienia równowagi zespołowi, otworzyło więc szereg problemów. Abstrahując od tego, że został potraktowany surowo, Camavinga dał w czwartek fatalną zmianę, podsumowującą problemy, jakie ma w Realu. Cofanie na tę pozycję Fede Valverde i Jude’a Bellinghama krótkofalowo może się sprawdzić, ale długofalowo pozbawia zespół atutów w ofensywie i skazuje na przeprowadzanie każdej akcji podaniem za linie obrony do Mbappe bądź Viniciusa. Real potrzebuje mądrych, niekoniecznie głośnych, transferów albo bardzo dobrego trenera. A najlepiej jednego i drugiego.
Gdy zwalniano w styczniu Alonso, Thierry Henry błyskotliwie stwierdził, że Hiszpan poległ, bo chciał trenować zespół, którym należy zarządzać. Nawet jeśli diagnoza była trafna, Real nie ma już zespołu, którym należy tylko zarządzać. Potrzebuje trenera, który przywróci odpowiednie proporcje. Przede wszystkim na boisku, ale po części też w szatni. Wszędzie na świecie rośnie władza piłkarzy nad klubami, a władza absolutna deprawuje absolutnie. W Madrycie jednak widać to w tej chwili chyba najpełniej. Trudność sytuacji polega na tym, że nawet teoretycznie trudno dziś wskazać dobre wyjście.
Zobacz też: Zbigniew Boniek: Cały czas brak słów na to, co się wydarzyło
Wyzwanie dla trenera
Pozostawienie na stanowisku Arbeloi, który na razie wszystkie winy bierze na siebie i pilnuje, by najważniejsi zawodnicy byli w dobrym humorze, oznaczałoby niezmienianie niczego, co raczej nie wchodzi w grę. Ściągnięcie dobrego trenera odnoszącego sukcesy na niższym poziomie rodzi ryzyko, że nie zostanie poważnie potraktowany przez gwiazdy. Jeśli odpowiedniego respektu nie wywalczył Alonso, trudno sobie wyobrazić kogoś, kto wywalczy. Postawienie na innego trenera, który będzie przede wszystkim zarządzał ego zawodników, też byłoby jednak zamiataniem problemu pod dywan. Tak można było działać, gdy inteligencja taktyczna Kroosa, Modricia i Casemiro umiejętnie dowodziła zespołem na boisku. Dziś potrzeba stricte trenerskiej pracy. Rozdzielenia zawodnikom zadań w różnych fazach gry i egzekwowania ich realizacji. To musi być jednak zrobione subtelnie, najlepiej tak, by zawodnicy w ogóle nie zorientowali się, że trener zajmuje ich głowy taktyką. W idealnym świecie nie powinno to tak funkcjonować. Ale Real Madryt funkcjonuje tak od dawna, a wyniki w skali długofalowej jednak bronią strategię oddania władzy piłkarzom. Tylko nie tym i w nie aż takim stopniu.
Jednocześnie jednak mecz w Monachium przypomniał, że nawet mimo wszystkich bardzo złożonych i niełatwych do rozwiązania problemów, Real nigdy nie jest daleko od najwyższego światowego poziomu. Gdy zawodnicy kolektywnie wzniosą się na wyżyny, są w stanie znienacka zdemolować Manchester City, czy przyprzeć do muru na ogół zjawiskowo funkcjonujący Bayern. Niemal każdy w tym zespole nosi w plecaku buławę marszałkowską. Gdy trzeba, wyciąga ją Fede Valverde, uchodzący raczej za niezawodnego żołnierza. Albo Arda Gueler, który pierwsze gole w Lidze Mistrzów strzelił akurat Manuelowi Neuerowi w najważniejszym meczu sezonu. Przy wszystkich frustracjach, jakie przynosi kibicom takiego klubu drugi sezon z rzędu bez trofeum, Real wciąż nie traci wiele do najlepszych. Od zespołów, które awansowały do tegorocznych półfinałów, najbardziej różni go status trenera. W Bayernie, Arsenalu, czy Atletico nikt nie ma wątpliwości, że głowa sportowego projektu stoi przy linii bocznej. W Realu wiadomo, że szef może być wszędzie, ale na pewno nie tam.