Niespełna siedem lat temu Liverpool wrócił z Camp Nou ze stratą trzech bramek po porażce 0:3. Odrobienie tego wydawało się niemożliwe, a mimo to "The Reds" zaliczyli legendarną remontadę i w rewanżu wygrali na Anfield 4:0, zapewniając sobie bilet do finału. Teraz w ćwierćfinale stanęli przed zadaniem podobnie trudnym przeciwko PSG. W Paryżu przegrali co prawda 0:2. Jednak Liverpool w tym sezonie jest o wiele słabszy niż ówczesna drużyna Juergena Kloppa, a na Parc des Princes mogli przegrać i 0:5, gdyby Paryżanie byli skuteczniejsi.
Arne Slot w pierwszym meczu zaskoczył i nie wpuścił w ogóle na boisko Mohameda Salaha. Tym razem także nie zdecydował się na wystawienie Egipcjanina w pierwszym składzie, ale los zdecydował, że Salah na boisku się pojawił i to jeszcze w pierwszej połowie. Wymusił to wielki pech Hugo Ekitike, który w 30. minucie opuścił boisko z ewidentnie poważną kontuzją, bo zasadniczo, to nie on je opuścił, a został zniesiony na noszach.
"The Reds" musieli liczyć, na błysk swojej legendy, bo te pierwsze pół godziny wyglądało bardzo słabo. PSG było bliżej gola nr 3 w tym dwumeczu, niż Liverpool pierwszego. Świetną szansę miał choćby w 17. minucie Ousmane Dembele, który wykorzystał nieporozumienie w obronie gospodarzy i niemal z jedenastego metra uderzał wolejem. Na swoje nieszczęście uderzył niecelnie. Dopiero właśnie po wejściu Salaha zagotowało się pod bramką PSG. Egipcjanin dośrodkował piłkę na głowę Milosa Kerkeza i tylko genialna interwencja Safonowa uratowała gości przed utratą gola. To uderzenie mógł jeszcze dobić Virgil van Dijk, lecz w ostatniej chwili zablokował go Marquinhos, co Brazylijczyk celebrował, jakby strzelił bramkę.
To była zdecydowanie najlepsza okazja gospodarzy do przerwy. Niełatwo zasadniczo wskazać jakąkolwiek inną, która wymusiłaby na bramkarzu i obrońcach PSG większy wysiłek. Gospodarze tak grając zdecydowanie nie mieli szans na odrobienie strat. Goście z kolei nie szturmowali bramki "The Reds", bo też nie musieli. Bez tego też mieli jak dotąd wszystko pod kontrolą.
Po przerwie już tak słodko dla gości nie było. Przynajmniej w pierwszym kwadransie, bo Liverpool rzucił się do ataku. Safonow musiał się wyciągnąć przy płaskim strzale Cody'ego Gakpo w dolny róg bramki, a w 57. minucie PSG miało szczęście, że Kerkez, który zupełnie niepilnowany wbiegł w pole karne, uderzył niecelnie, marnując wspaniałą okazję.
Gospodarze dalej nacierali, a w 64. minucie dostali nawet rzut karny za faul Pacho na MacAllisterze, ale długo się tym nie nacieszyli. Sędziowie VAR wezwali Maurizio Marianiego do monitora, a ten po obejrzeniu tego raz jeszcze anulował jedenastkę. Nie podcięło to jednak Liverpoolowi skrzydeł, bo już pięć minut później Safonow znów ratował PSG, tym razem po mocnym strzale zza szesnastki Rio Ngumohy. Gospodarze robili wiele, by gola strzelić, ale brakowało skuteczności. Słono za to zapłacili.
W 72. minucie błysnął zdobywca Złotej Piłki Ousmane Dembele. Francuz dostał piłkę przed polem karnym rywali, efektownie nawinął MacAllistera i przymierzył niemal tuż przy słupku, pokonując Mamardaszwilego! Uciszył tym samym Anfield i zadał niezwykle bolesny cios "The Reds", którzy grali do tej pory świetną drugą połowę.
Ten cios ewidentnie był zabójczy dla emocji w tym dwumeczu. Z gospodarzy uleciało powietrze i po utracie gola nie potrafili atakować już z taką pasją jak przedtem. Co więcej, na sam koniec Paryżanie strzelili jeszcze jedną bramkę. Znów Dembele, który w 91. minucie był zupełnie sam w polu karnym i gdy dostał podanie od Bradleya Barcoli, nie zmarnował okazji. PSG wygrało na Anfield 2:0, a w całym dwumeczu 4:0. Obrońcy tytułu wjechali do półfinału Ligi Mistrzów w wielkim stylu.