Niebywałe, co zrobił trener Bayernu. "Miał 0,00... proc. szans"

Dawid Szymczak
Vincent Kompany
PAP/EPA

Nie dokonali tego Jupp Heynckes ani Thomas Tuchel. Poległ nawet Pep Guardiola. Bayernowi Monachium zwycięstwo na stadionie Realu Madryt dał dopiero Vincent Kompany, który - jak sam mówi - miał "zero, zero, zero, coś tam procent" szans na to, że w ogóle zostanie jego trenerem.

To dopiero ćwierćfinał, do Budapesztu wciąż daleka droga, ale wtorkowemu występowi Bayernu Monachium na Santiago Bernabeu towarzyszyła myśl, że właśnie tak gra zwycięzca tegorocznej Ligi Mistrzów. To był ten sam Bayern, który co tydzień zachwyca w Bundeslidze i który strzelił w tym sezonie już sto goli. Ten sam, który pierwszy raz od sezonu 2019/20 może zdobyć potrójną koronę, ponieważ wreszcie udało mu się pogodzić dominację w lidze i znakomitą grę w Europie z dotarciem do finału Pucharu Niemiec. I ten sam, który w poprzedniej rundzie zdemolował w dwumeczu Atalantę 10:2 – odważny, agresywny, dominujący i ciągle nienasycony. Bayern nie pękł, nie zmienił się, nie zawiódł. Ten mecz z Realem Madryt nie powiedział o nim niczego nowego, ale uwiarygodnił go jako faworyta do triumfu. Zresztą, to spotkanie nie było od tego, by mówić o Bayernie coś jeszcze. Było właśnie po to, by nawet sceptycy przekonali się, że Bayern nie jest tylko królem swojego podwórka i może w tym sezonie przenieść dominację z Niemiec na starcia z najsilniejszymi rywalami w Europie.

Zobacz wideo Kosecki o Lewandowskim: Robert powinien zostać w reprezentacji i walczyć

Ten stadion to dla Bayernu sala tortur. Nie dał rady Guardiola, Tuchel ani Heynckes

- Chcę po prostu zobaczyć drużynę, która się nie boi - mówił dzień przed meczem Vincent Kompany, wiedząc, że mecz na Santiago Bernabeu będzie dla jego zespołu najbardziej wiarygodnym testem i jeśli nie wystraszy się tego stadionu i tego rywala, to prawdopodobnie nie pęknie już przed nikim. Santiago Bernabeu to bowiem dla Bayernu sala tortur. Mógł być w znakomitej formie, mieć kolosalną przewagę w lidze, zachwycać wszystkich dookoła i marzyć o Lidze Mistrzów, ale gdy przyjeżdżał do Madrytu, w końcu i tak pękał. Nieważne, kto akurat był jego trenerem i jakie gwiazdy miał w składzie - od 25 lat wyjeżdżał z Madrytu bez zwycięstwa.

Były trener Bayernu Pep Guardiola właśnie po dwumeczu z Realem przyznał, że jeszcze nigdy w karierze nie popełnił tylu taktycznych błędów, tak bardzo się nie zagubił i nie zwątpił we wszystkie swoje pomysły. Odchorowywał tę porażkę miesiącami. Później Jupp Heynckes zachwycał się, że jego drużyna wprawdzie zagrała znakomicie i "od lat nie widział tak grającego Bayernu", ale wystarczyło to jedynie do remisu 2:2, który dał awans Realowi. Ostatnio - dwa lata temu - do Madrytu przyjechał z Bayernem Thomas Tuchel, chcąc Ligą Mistrzów uratować sezon, w którym oddał mistrzostwo Bayerowi Leverkusen, a z krajowego pucharu pożegnał się porażką z trzecioligowym Saarbrücken. Dzień przed meczem na Bernabeu wygłosił swoje najbardziej emocjonalne przemówienie. Mówił o micie Realu Madryt i zachęcał piłkarzy, by "połączyli się ze swoim wewnętrznym dzieckiem". Chciał, by przypomnieli sobie, jak przed laty marzyli o rozegraniu takiego meczu - właśnie na tym stadionie, właśnie przeciwko Realowi, właśnie w Lidze Mistrzów. I nawet jeśli miał rację, bo chociażby Joshua Kimmich przyznał, że zachwycał się tym stadionem podczas szkolnej wycieczki, to na koniec Bayern został przygnieciony właśnie tym mitem niezwyciężonego Realu. Bo jak inaczej wytłumaczyć to, że do 88. minuty Real przegrywał 0:1, ale został cudownie uratowany przez swojego rezerwowego napastnika – Joselu, który przez całą karierę strzelił w Lidze Mistrzów raptem trzy gole, ale akurat tego jednego wieczoru, wbrew wszelkiej logice, w dziewięć minut zdobył dwie bramki?

Z Madrytu smutny wyjeżdżał więc i genialny Guardiola, i przebiegły taktycznie Tuchel, i złoty dla Bayernu Heynckes. Z Realem na jego stadionie wygrał dopiero Vincent Kompany, którego – tym bardziej w porównaniu do wymienionych poprzedników – wciąż można traktować jako trenera na dorobku. I było to zwycięstwo, w którym nie da się pominąć jego zasług. O ile Real wyglądał jak zlepek niesamowitych indywidualności, o tyle Bayern nie dość, że miał w swoim składzie znakomitych zawodników, to jeszcze oni wszyscy świetnie ze sobą współgrali. Ale czy to zwycięstwo powinno dziwić? Skoro Kompany zdołał odmienić cały Bayern, to dlaczego miał nie przetrwać w sali tortur?

Piąte nazwisko na liście

Trafiał przecież do Bayernu, który płonął - pierwszy raz od jedenastu lat nie zdobył mistrzostwa Niemiec, był wewnętrznie pokłócony i odstraszał kolejnych trenerów. Karl-Heinz Rummenigge niedawno zaczął nawet wyliczać w wywiadzie, którym nazwiskiem na liście był wtedy Kompany i wyszło mu, że dopiero piątym - za Xabim Alonso, Julianem Nagelsmannem, Ralfem Rangnickiem i Oliverem Glasnerem. Ale dziwić mogło to, że Bayern w ogóle o Kompanym pomyślał, skoro ten miał wtedy raptem pięć lat trenerskiego doświadczenia – i to licząc z okresem, gdy był grającym trenerem Anderlechtu, a świeżo przed pracą w Bayernie z hukiem spadł z Premier League z Burnley. Na ten oryginalny pomysł wpadł Max Eberl, który rozpychał się wtedy łokciami w klubowej hierarchii jako dyrektor sportowy. Zanim jednak Uli Hoeneß i Karl-Heinz Rummenigge, dostojni panowie z rady nadzorczej, mu zaufali, Rummenigge zadzwonił do Guardioli, który świetnie znał Kompany'ego, bo najpierw prowadził go w Manchestrze City, a później rywalizował z jego Burnley, by zapytać go o zdanie. Rozmowa trwała dwie godziny i była jedną wielką laurką dla Kompany'ego. Guardiola był szczery – przecież odkąd tylko Kompany skończył grać w piłkę, wróżył mu trenerską karierę, wychwalał, a nawet namaszczał na swojego następcę w City.

- Dopiero po tej rozmowie byłem spokojny. Skoro Pep powiedział, że jest w stu procentach przekonany, że Kompany będzie odpowiednim trenerem dla Bayernu, to stwierdziłem, że musi być dobrze – mówił Rummenigge.

Ale nie każdy w poszukiwaniu spokoju może zadzwonić do Guardioli. Kibice Bayernu i wyjątkowo rozgadani eksperci, którzy niemal codziennie recenzują wszystko co dzieje się w klubie, mieli mnóstwo wątpliwości. We wrześniu 2024 r., ponad dwa miesiące po tym, jak został trenerem Bayernu, jeden z dziennikarzy wykorzystał konferencję po wygranym meczu nad Dinamem Zagrzeb, by zapytać Kompany'ego wprost: czy nie uważa, że Bayern jest dla niego za duży.

Kompany po zastosowaniu taktycznej pauzy powiedział pewnym siebie tonem: "Urodziłem się w Brukseli, w dzielnicy Quartier Nord, jako syn uchodźcy z Konga. Jakie miałem szanse na zaistnienie w Premier League? Na zdobycie trofeów? Na grę w reprezentacji Belgii? Na bycie trenerem Bayernu?". I sam odpowiedział na te wszystkie pytania: "Prawdopodobieństwo wynosiło zero procent. To, że tutaj jestem, oznacza, że wykonuję naprawdę dobrą robotę".

To historia, którą Kompany już opowiadał. Lata temu, w wywiadzie dla "Guardiana", przedstawił ją nawet znacznie bardziej szczegółowo niż wtedy - na konferencji prasowej, gdzie pytanie goni pytanie. A później, pytany przez "Der Spiegel", z czego wzięła się jego niesamowita ambicja, wracał do niej kolejny raz. To historia, która niewątpliwie dla samego Kompany'ego jest niezwykle ważna.

Vincent miał wtedy 11 lat, mieszkał z rodzicami i dwójką rodzeństwa w kompleksie mieszkań socjalnych na północy Brukseli, w imigranckiej dzielnicy o złej opinii. Matka, Joseline, pracowała w urzędzie pracy, a ojciec, Pierre, był uchodźcą politycznym z Konga, który pracował jako taksówkarz. Vincent odbył wtedy z matką rozmowę, której – jak samo mówi – nie zapomni do końca życia. Joseline powiedziała mu wtedy, że ze statystyk wynika, że chłopiec taki jak on – ciemnoskóry syn imigranta – będzie miał dwukrotnie mniejsze szanse na znalezienie pracy. Vincent ani się nie zezłościł, ani nie poczuł potraktowany niesprawiedliwie. Po prostu przyjął to do wiadomości i podjął decyzję, która wydawała mu się najbardziej logiczna: zacznie pracować dwa razy ciężej, żeby być dwa razy lepszym i w ten sposób wyrówna szanse.

Joseline dziesięć lat później zmarła na raka, ale tę jedną rozmową wpłynęła na całe życie swojego syna. Vincent od tamtej pory trenował ciężej niż koledzy z akademii Anderlechtu i uczył się dwa razy więcej od kolegów z klasy. Chciał przygotować się do dorosłości i wyrównać szanse. Gdy szedł na trening, nie zbaczał z drogi. A to bardzo ważne w miejscu, z którego pochodzi. – Gdybym chciał handlować narkotykami albo wplątać się w coś podejrzanego, dołączyć do gangu, wystarczyło, żebym zszedł na dziedziniec – mówił w wywiadzie dla "Guardiana". W Quartier Nord wszystko było trudne: sytuacja mieszkaniowa, rynek pracy, codzienność w kulturowym tyglu. Ale jednocześnie Kompany czuł się uprzywilejowany: jego rodzice byli wykształceni i dbali o jego wykształcenie, więc skrupulatnie wybierali dla niego kolejne szkoły, a szczególnie zachęcali go do nauki języków obcych. Dziś Kompany biegle mówi po francusku, niemiecku, holendersku, angielsku, włosku i hiszpańsku. – Wszystko zawdzięczam rodzicom. W małym mieszkaniu wciąż poszerzali moje horyzonty. Miałem na to wszystko jakieś "zero, przecinek, zero, zero, coś tam procent szans". Ale moje pochodzenie nie jest wadą. Jest zaletą – twierdzi.

Przemówienie jak z Parlamentu Europejskiego

Jego ojciec studiował inżynierię na terenie dzisiejszej Demokratycznej Republiki Konga i uciekł do Brukseli w latach 70. jako uchodźca polityczny, ponieważ brał udział w studenckich protestach przeciwko dyktatorowi - Mobutu Sese Seko. Wcześniej za karę trafił do obozu pracy. Ale na przeprowadzce do Europy jego problemy się nie skończyły – przez pierwszych siedem lat pobytu w Belgii nie miał odpowiednich dokumentów, by dokończyć studia. Gdy poznał Joseline, dziewczynę z konserwatywnej rodziny, nie od razu został zaakceptowany. Po latach jeżdżenia taksówką dokończył rozpoczęte w Kinszasie studia i został inżynierem lotnictwa. W następnych latach skonstruował nawet nowy model turbiny wiatrowej i wykładał na uniwersytecie, a w 2018 r. został wybrany pierwszym czarnoskórym burmistrzem w historii Belgii. Od roku jest posłem w belgijskim parlamencie z ramienia rządzącej partii Les Engages.

Pierre twierdzi, że jego i syna wiele łączy. – Typowe dla całej naszej rodziny jest to, że nie dostrzegamy przeszkód, które widzą inni – mówi. To on zaszczepił w Vincencie odwagę i chęć sięgania po więcej. To on nauczył go ciężkiej pracy, bo sam nie wchodził z taksówki od szóstej rano do późnego wieczora. I to on obudził w nim polityczne zainteresowanie. Gdy kilka lat temu "The Times" poprosił Pierre’a, by napisał artykuł o Vincencie, prognozował w nim, że po karierze może zostać prezesem FIFA. – Byłby w tym dobry, bo lubi pomagać ludziom. Rozumie ich i jest empatyczny. Grając w City, współpracował z organizacją charytatywną, która pomagała bezdomnym w Manchesterze, bo rozumie, że bezdomność to poważny problem tych czasów. Ma wielkie serce. Jestem z niego niezwykle dumny – pisał.

Ojciec przewidywał, że Vincent po zakończeniu kariery piłkarskiej będzie miał wiele możliwości. Dziennikarz "Guardiana", który przed laty przeprowadzał z nim wywiad w jego domowym gabinecie, również przewidywał, że Kompany połączy politykę ze sportem. Dokładnie opisał jego regał, na którym w jednym rzędzie stały piłkarskie trofea, a tuż pod nimi biografie Mandeli, Gandhiego i Obamy. Jeszcze niżej – książki opowiadające historię Demokratycznej Republiki Konga. A jeszcze niżej – biografie największych trenerów, w tym sir Alexa Fergusona.

Wiedząc to wszystko, łatwiej zrozumieć, dlaczego Kompany pod koniec lutego wykorzystał swoją konferencję prasową, by wziąć w obronę Viniciusa Jr, piłkarza Realu, który podczas meczu z Benfiką był rasistowsko atakowany przez jednego z rywali i kibiców. Kompany dał dwunastominutowy wykład na temat rasizmu. Dojrzały, stonowany, konkretny. Mówił, jak polityk. Kibice pisali, że ta wypowiedź bardziej pasowała do kogoś w garniturze w Parlamencie Europejskim niż do trenera ubranego w klubowy dres, który spotkał się z dziennikarzami, by porozmawiać o meczu.

Spójny obraz całego klubu. Kompany zachowuje się, jakby było mu szkoda każdej sekundy,

Półtora roku temu Bayern długo szukał trenera, ale znalazł lidera całego projektu. Kompany zmienił grę zespołu, ale też stał się twarzą całego klubu. Mówi o wartościach, walczy o sprawy, które uznaje za ważne. On i zespół tworzą spójny obraz – cechuje ich ambicja i nieustanna chęć pójścia po więcej. Stąd te rekordy strzelanych goli, polot i szybkość w grze. Alan Pace, właściciel i prezes Burnley, który przyjmował Kompany'ego do pracy przed Bayernem, mówi, że ma on cechę, której nie widział u nikogo innego: cały czas się spieszy. – On zachowuje się tak, jakby szkoda mu było każdej sekundy. Wydaje się bez przerwy myśleć, że czas mu ucieka. Wciąż chce iść naprzód, nienawidzi stać w miejscu – mówi The Athletic.

Czy tego samego nie da się powiedzieć o jego Bayernie na Bernabeu? Czym było wyjście z szatni po przerwie, jeśli nie pójściem po więcej? Jego zespół prowadził 1:0, ale od początku drugiej połowy ruszył po kolejnego gola i zaledwie kilkadziesiąt sekund później już prowadził 2:0. Czym była końcówka meczu, gdy Real zaczął jego zespół dociskać i w końcu strzelił kontaktowego gola? Bayern jeszcze w doliczonym czasie gry szukał gola na 3:1, choć przecież każde zwycięstwo na Bernabeu, również jednobramkowe, powinno być dla niego satysfakcjonujące.

Po więcej Bayern spróbuje sięgnąć w rewanżu. Na razie prowadzi 2:1. I ma więcej szans niż "zero, zero, coś tam".

Artykuły Powiązane

Wczytywanie kolejnego artykułu...