Jak DNA Realu Madryt wynosi na wyżyny piłkarzy przeciętnych

Dariusz Wołowski
SOCCER-CHAMPIONS-RMA-MCI/
Fot. REUTERS/Violeta Santos Moura

Zdziesiątkowany kontuzjami, pogrążony w kryzysie, ale zawsze najgroźniejszy w chwili prawdy. To jest Real Madryt. Królewskie DNA sprawia, że tacy piłkarze jak Fede Valverde przechodzą samych siebie.

- Nie wiem, co włożyli mu do koszulki, ale gdybym założył ją ja, pewnie odrosłyby mi wszystkie włosy na głowie – mówił Thierry Henry. Mistrz świata z Francją, legenda Arsenalu i Barcelony, a dzisiaj komentator próbował wytłumaczyć sobie i innym, dlaczego piłkarz taki jak Fede Valverde mógł zostać bohaterem pierwszego meczu 1/8 finału Ligi Mistrzów Real Madryt – Manchester City (3:0).

Zobacz wideo Kosecki o decyzji Królewskiego: Dziwię się jego decyzji, Wiśle może zabraknąć punktów w walce o Ekstraklasę Wybierz serwis

Wielkie strzelanie Valverde

Urugwajczyk to typ wojownika, który podrywa kolegów do walki. Jest w Realu ósmy sezon, nosi opaskę kapitana, ale w 363 meczach strzelił 38 goli. Czyli średnio strzela co 10 spotkań. A w tym sezonie czyni to jeszcze rzadziej, bo w 38 meczach pokonał bramkarzy rywali zaledwie trzykrotnie. I nagle, ni stąd ni zowąd w najważniejszym meczu sezonu zdobył hat-tricka.

Trzy wspaniałe gole Valverde dały zdziesiątkowanemu kontuzjami Realowi wielką przewagę nad wiceliderem Premier League przed rewanżem na Etihad Stadium. Przy trzeciej bramce Urugwajczyk otarł się wręcz o wirtuozerię. A mogło być jeszcze lepiej. Vinicius Junior zaoferował Valverde, by wykonał rzut karny w drugiej połowie. Real wygrałby wtedy 4:0, ale kapitan odmówił, a Brazylijczyk nie wykorzystał szansy na podwyższenie wyniku. Zespół Pepa Guardioli żegnałby się z Ligą Mistrzów.

Naprawdę nic nie wskazywało na to, że Królewscy urządzą sobie w środę taką strzelaninę na Santiago Bernabeu. W tym sezonie, w fazie ligowej przegrali oba mecze z rywalami z Anglii. Liverpool pokonał ich 1:0 na Anfield Road, ten sam Manchester City wygrał w Madrycie 2:1. Real jest w kryzysie ze względu na kontuzje, ale nie tylko. W środę nie mógł grać najlepszy strzelec Kylian Mbappe, ale też Jude Bellingham, Eder Militao, Rodrygo, Carreras, Alaba i Ceballos.

Poza plagą urazów Królewscy mają ogromne kłopoty w pomocy, w której występuje właśnie Valverde. Po odejściu Toniego Kroosa i Luki Modricia uważa się, że jest ona za mało kreatywna. Prezes Florentino Perez już szuka graczy, których sprowadzi latem, by pokierowali grą drużyny. Ważą się losy Viniciusa Juniora, który drugi sezon przeżywa kryzys formy. Tymczasem w środę przeciw Manchesterowi City Brazylijczyk zagrał znakomicie, choć zmarnował karnego, którego zresztą sam wywalczył.

Królewskie DNA

Czy wszystko w hicie na Santiago Bernabeu stało się wbrew logice? Właśnie nie. To tradycja w Realu, że problemy go wzmacniają, zamiast łamać. W królewskie DNA wdrukowane jest zwycięstwo bez względu na trudności. Ta drużyna jest jak Feniks powstający z popiołów, często w momentach przełomowych. Wystarczy przypomnieć, że kiedy Real dociera do finału Ligi Mistrzów, niemal zawsze wygrywa. Zdarzyły się trzy porażki, ale ostatnia w 1981 r. Od tamtej pory "Królewscy" grali w finale najważniejszych klubowych rozgrywek dziewięć razy i zawsze zwyciężali.

Juventus przegrywał finał Ligi Mistrzów aż siedem razy, Bayern i Benfica pięciokrotnie, Milan, Inter i Liverpool po cztery razy. A przecież wszyscy występowali w nim rzadziej od madrytczyków. Inny zespół z Madrytu – Atletico w trzech finałach Champions League poniósł trzy porażki, w tym dwie z Realem.

W 2022 roku "Królewscy" w fazie pucharowej LM odwracali losy rywalizacji z PSG, Chelsea i Manchesterem City, by w finale ograć Liverpool. Dwa lata później w meczu o główne trofeum z Borussią Dortmund byli słabsi niemal przez 74 minuty. Wszyscy kibice śledzący tamto spotkanie musieli mieć jednak wrażenie, że człapiący Real w końcu strzeli jakimś cudem gola i wygra. Rzeczywiście jeden z najniższych na boisku boczny obrońca Dani Carvajal zdobył bramkę głową po rzucie rożnym! W 83. min Vinicius wykorzystał błąd Borussii, która walczyła o remis i "Królewscy" po raz 15. w historii wznieśli najbardziej prestiżowe klubowe trofeum.

W rozgrywkach europejskich Real był zawsze i dla wszystkich śmiertelnie niebezpieczny. Potrafił odrabiać straty nawet czterech goli. W listopadzie 1985 r. Borussia Moenchengladbach pokonała go 5:1 w Pucharze UEFA, po czym Real odrobił wszystko na Santiago Bernabeu. Powstało nawet powiedzenie, że 90 minut na stadionie "Królewskich" jest bardzo długie. Bez względu na to, jak Real gra w La Liga, w jakiej jest formie, niemal zawsze wskakuje na wyższy poziom w chwilach prawdy.

W 2000 roku Królewscy wylądowali na piątej pozycji w Primera Division. Za Deportivo la Coruna, Barceloną, Valencią i Realem Saragossa. Katastrofa? Niezupełnie, bo w Lidze Mistrzów wyeliminowali Manchester United i Bayern Monachium, zdobywając awans do finału w Paryżu. W fazie grupowej Real przegrał dwumecz z Bawarczykami 3:8, by w półfinale ich wyeliminować. W decydującej grze rywalem była Valencia, która w lidze pokonała "Królewskich". Tymczasem w finale Champions League Real zwyciężył gładko 3:0.

Taki jest ten klub, taka jest w nim tradycja. – Dobrze, że nie gramy z Realem co tydzień – powiedział swego czasu Juergen Klopp, jeszcze jako trener Liverpoolu. Wszystkie zespoły w Europie wiedzą, że aby wyeliminować "Królewskich" z ich ulubionych rozgrywek, trzeba się wznieść na wyżyny. – Nie zagraliśmy wcale tak źle – powiedział Pep Guardiola po porażce w środę 0:3. Manchester City był przy piłce 58 proc. czasu gry. Wymienił więcej podań, z wyższą celnością. I co mu z tego przyszło?

Artykuły Powiązane

Wczytywanie kolejnego artykułu...