Jeśli dwunastym zawodnikiem tego klubu są kibice, to trzynastym musi być księgowy. Galatasaray Stambuł, które właśnie wyeliminowało z Ligi Mistrzów Juventus, w tym sezonie na transfery wydało niemal 160 mln euro, nakupowało gwiazd, sportowo wstało z kolan i oznajmiło światu, że po kilkudziesięciomilionowych długach nie ma śladu.
Do największych zaskoczeń baraży Ligi Mistrzów trzeba zaliczyć wyeliminowanie z rozgrywek włoskich gigantów. Inter Mediolan musiał uznać wyższość stawiającego na rodzimych piłkarzy Bodo Glimt, a Juventus w walce o 1/8 finału odpadł z nafaszerowanym drogimi gwiazdami Galatasaray. O ile zrównoważona polityka Norwegów i stawianie na rodzimych graczy budzi respekt, o tyle pachnąca euro wielonarodowościowa ekipa ze Stambułu zastanawia i budzi pytania. Jak klub, który niedawno tonął w długach, dalej bawi się grubą portmonetką i mówi, że wszystko jest w porządku?
Kibice chcą wyników na już, kasę sypią wszystkim
Jednego z goli w rewanżowym przegranym meczu Galatasaray z Juventusem 2:3 (dwumecz 7:5) strzelił Victor Osimhen. Nigeryjczyk w ostatnim okienku transferowym został sprowadzony do Turcji za 75 milionów euro. To był jeden z najwyższych transferów tego lata na świecie. Wszystkie wydatki klubu ze Stambułu doszły wówczas do 160 mln euro. I pewnością tę sumę przekroczyły, jeśli doliczymy do nich kwotę, którą pochłonęła operacja zakontraktowania wolnego gracza - Leroya Sane, czyli zapłacenie za jego podpis i pensję.
To wszystko dzieje się w tureckiej ekstraklasie, czyli według zeszłorocznego raportu UEFA, najgorzej radzącej sobie finansowo lidze w Europie. Jej wysokie przychody pożerają wydatki na piłkarzy. Zadłużenie przekracza to, co wpływa do kasy. Więcej na Sport pisał o tym Michał Kiedrowski.
Dlaczego zatem Galata rzuca się na tak szalone wydatki i skąd ma na nie pieniądze? Turcy nie mają państwowego finansowania, jakim mogą cieszyć się szastające petrodolarami kluby Arabii Saudyjskiej. Nie stoi za nimi bogaty inwestor z Kataru, jak jest to w PSG. Nie produkują też takich talentów jak kluby z Portugalii czy Holandii, dla których sprzedaż wychowanków od lat jest złotym interesem.
Nawracające problemy Galatasaray wynikają z braku jednego - stabilnego właściciela. Klub należy bowiem do spółki publicznej Galatasaray Sportif A.S., której akcje są notowane na Giełdzie Papierów Wartościowych w Stambule. Większościowym udziałowcem Galatasaray jest zatem sam klub, a konkretnie stowarzyszenia kibiców. To oni wybierają prezesa. I właśnie tu często robi się błędne koło. Władze, chcąc przypodobać się wyborcom, często decydują się na krótkowzroczne i kosztowne inwestycje sportowe, byle tylko odnieść natychmiastowy sukces. Oczywiście byli już tacy, którzy uznali, że 50 mln euro prowizji dla piłkarskich agentów w pięć lat to skandal. Że cztery osoby, które pobierają wynagrodzenie od jednego transferu to absurd. Że nie ma sensu kupować zmierzających w stronę emerytury gwiazd i płacić im fortuny i że trzeba oszczędzać. Takie próby reform były robione choćby przed 2022 rokiem.
W perspektywie kilku lat miały przynieść uzdrowienie klubowych finansów. Tego momentu Stambuł jednak nie doczekał. Po tym, jak Galatasaray zajął 13. miejsce w lidze w sezonie 2021/22 ówczesny prezes klubu Mustafa Cengiz musiał z klubu odejść. Jego reforma finansów też.
Już wcześniej Turków do szanowania pieniędzy zmuszały choćby przepisy UEFA. W 2016 r. Galatasaray otrzymało nawet roczny zakaz gry w europejskich pucharach za łamanie przepisów Finansowego Fair Play. Kolejne kary oraz groźby dłuższej absencji w międzynarodowych rozgrywkach wpłynęły na rozsądniejsze kontrakty i pensje zawodników. Przynajmniej na jakiś czas.
Kibice zrzucili się na pensje. Z koszulek więcej kasy niż w PSG
Obecne zadłużenie Galatasaray też liczone było w dziesiątkach milionów euro. Mimo to klub dalej funkcjonował jak turyści przyjeżdżający na Riwierę Turecką - tzn. w trybie "all inclusive" - i nie żałował sobie kolejnych atrakcji.
Galatasaray wciąż ma jednak sprytnych działaczy i księgowość działającą w trybie "zastaw się a postaw". Tą najnowszą "żyłą złota" okazały się tereny treningowe we Floryi, ekskluzywnej dzielnicy Stambułu. Klub je sprzedał, a sam przeniósł się w inne miejsce. Ta transakcja, opiewająca na około 500 mln euro (a może i dużo więcej), pozwoliła spłacić część długów w bankach i znów poszaleć na transferowym rynku. Zresztą Galatasaray korzysta z tego, że jest marketingową maszyną i ma liczną bazę wiernych fanów. To dzięki fanom starano się po części sfinansować kosztowną przeprowadzkę nad Bosfor Victora Osimhena. Wypuszczono na rynek "Osimhen Box", zestaw z kolekcjonerską koszulką, szalikiem i maską zawodnika. Sprzedaż produktu finansuje jego kilkunastomilionową pensję. Pudełek za 215 euro wypuszczono 100 tysięcy. Sprzedają się na tyle dobrze, że cel – 21,5 mln euro jest bliski realizacji.
W poprzednim sezonie klub ze sprzedaży koszulek i gadżetów otrzymał 85 milionów euro. To więcej niż ze swych fanów "wycisnął" PSG czy Manchester City. W kraju, gdzie na każdym bazarze i ulicznych straganach można kupić podróbki markowych towarów, a każdą piłkarską koszulkę mieć za 10 czy 15 euro, taki wynik tym bardziej budzi uznanie.
Zresztą Galatasaray kibicom zawdzięcza sporo. Przychody z dni meczowych – sprzedaży karnetów, biletów, a także różnorodnych usług na stadionie - przynoszą nawet 80 mln euro rocznie. To daje Turkom miejsce tuż za TOP 10 klubów Europy. Sponsorzy to kolejne 60 mln euro. Galatasaray grupę wspierających firm ma ogromną, bo futbol w Turcji budzi olbrzymie emocje i jest szybkim środkiem dotarcie do sporej grupy odbiorców. Ten rok da też lepsze niż w poprzednich latach wpływy od UEFA. Galatasaray jest już w 1/8 finału Ligi Mistrzów. To może oznaczać kwoty rzędu 50 mln euro wraz z częścią z tytułu praw medialnych. Sumaryczna kwota wpływów za ten sezon według szacunków ma wynieść nawet 350 mln euro.
Ręce do braw składałyby się same, gdyby nie pytanie, jakie są wydatki i długi tureckiego giganta oraz jak gaszono tu finansowe pożary kiedyś.
Dług był i zniknął. Pieniądze na tureckim rynku są jak Bitcoin
A gaszono je rękami rządu. W Turcji futbol to sprawa wagi państwowej. Rząd, obawiając się niepokojów społecznych ze strony milionów fanów, często przymyka oko na finansową kombinatorykę klubów. Państwowe banki udzielają pożyczek na restrukturyzację długów, a parlament potrafi przegłosować ustawy ratujące gigantów przed bankructwem.
Tak już w piłkarskiej historii kraju bywało, ale teraz klub wciąż radzi sobie sam. Po sprzedaży w ubiegłym roku terenów treningowych Galatasaray wciąż ma kilkadziesiąt milionów euro finansowych zobowiązań krótkoterminowych. W styczniu UEFA dostała jednak ze Stambułu wzorową dokumentację finansową. Nie ma w niej zaległości wobec żadnych podmiotów ani długów, które szybko trzeba spłacić. W tureckim Excelu plusy przysłaniają minusy.
Wygląda na to, że Galatasaray nie wywróci się też na finansowym Fair Play. Co prawda deficyt transferowy na rok 2025 (wliczając zimę) wynosi ponad sto milionów euro, ale w futbolu koszty transferów nie są naliczane jednorazowo, lecz z uwzględnieniem amortyzacji. Płatności są rozłożone na cały okres obowiązywania umowy (do pięciu lat). Osimhen na ten moment to zatem wydatek wynoszący 15 milionów euro. Do monitorowania transferowej polityki klubów UEFA bierze też okres trzech lat kalendarzowych. W tej perspektywie Galatasaray nie wygląda już tak źle, bo w poprzednich latach sprzedawało i wypożyczało graczy i było z tego tytułu na plusie.
"Pieniądze na tureckim rynku są trochę jak Bitcoin. Wiszą w powietrzu i nikt nie wie, skąd się biorą ani dokąd zmierzają" - podsumowywał jeden z anonimowych rozmówców stacji CBS Sport w materiale o finansach Galatasaray. Miał sporo racji.