Nawet gdyby wszyscy mieszkańcy Bodo udali się na wyjazdowy mecz z Interem, nie zapełniliby San Siro w całości. Miasto ma 52 tysiące mieszkańców, a stadion - 90 tys. miejsc. Ale w tym dwumeczu od początku do końca nie było widać przepaści, jaka dzieli oba kluby. Wręcz przeciwnie - to Bodo/Glimt w obu meczach pokonało Inter (3:1 i 2:1) i zasłużenie awansowało do 1/8 Ligi Mistrzów.
Tuż przed meczem, zaraz po hymnie Ligi Mistrzów i wykonaniu pamiątkowego zdjęcia, piłkarze i trenerzy Bodo/Glimt zgromadzili się przy ławce rezerwowych i stanęli w kółku, by jeszcze przez chwilę porozmawiać. Chcieli ostatni raz zmotywować się do walki. To ich tradycja, tzw. pierścień Bodo/Glimt, jak nazywają w klubie rytuał wprowadzony przez Bjorna Mannsverka, byłego pilota myśliwca, dowódcę Królewskich Norweskich Sił Powietrznych, służącego m.in. na misji w Afganistanie, który od ośmiu lat jest trenerem rozwoju osobistego i mentalnego.
I ten "pierścień" był symboliczny dla wszystkiego, co wydarzyło się później. Inter przez półtorej godziny nie potrafił go rozerwać. Próbował dośrodkowaniami i uderzeniami głową. Próbował strzałami z dystansu. Próbował atakować pozycyjnie, korzystał też z nielicznych okazji do kontr. Ale próbował bezskutecznie. Piłkarze Bodo/Glimt nawet na sekundę nie wyszli z tego przedmeczowego kółeczka. Nawet na chwilę nie poluzowali szyków i do końca trzymali się razem. Byli konsekwentni i zdyscyplinowani. Wszyscy razem stworzyli to arcydzieło. Pokonali przecież Inter, finalistę poprzedniej edycji, który zmierza po mistrzostwo Włoch. I to pokonali go dwa razy - przed tygodniem w meczu u siebie, co Włosi zdołali jeszcze zrzucić na dokuczliwy mróz i zniszczoną sztuczną murawę, a także w rewanżu, już na równiusieńkim boisku, w przyjemnej temperaturze.
Nie przerósł piłkarzy Bodo/Glimt ten wielki stadion, nie przestraszyły ich też śmiałe ataki Interu w pierwszych minutach. Przetrwali pierwszą połowę, a w drugiej sami zapolowali na błąd rywali i w 58. minucie wyszli na prowadzenie. Zaprosili tym samym gwiazdy Interu do jeszcze odważniejszych ataków i po chwili zadali jeszcze jeden bolesny cios - w 72. minucie rewanżu prowadzili 2:0, a w dwumeczu było 5:1. Strzelony przez Bastoniego kontaktowy gol niewiele zmienił. Bodo/Glimt, nazwane przez BBC "zabójcami gigantów", upolowało kolejną ofiarę.
Pierścienie
Mannsverk, zaczynając pracę w Bodo, nie bardzo nawet znał się na futbolu. Był za to przekonany, że zespół piłkarski, podobnie jak wojskowy oddział, będzie dobrze działał tylko wtedy, gdy wszyscy jego członkowie będą ze sobą szczerzy i będą mogli wzajemnie na sobie polegać. - Kluczowe jest przekonanie, że za plecami zawsze masz kolegę, który o ciebie powalczy i ci pomoże - tłumaczył już kilka lat temu. Stąd te "pierścienie" przed meczami. Piłkarze zaczęli je formować również po straconych bramkach. Obserwacja Mannsverka była bowiem prosta: po niepowodzeniach każdy zawodnik zostawał sam - wracał na swoją pozycję, widział cieszących się rywali i bił się z myślami. Drużyna nierzadko się wtedy rozpadała. Postanowił więc działać inaczej i scalić zespół w krytycznym momencie.
Ale za tymi pierścieniami kryją się godziny indywidualnych spotkań Mannsverka z piłkarzami i wspólne sesje, które regularnie zwołuje. To osiem lat pracy nad zmianą mentalności klubu, który wiecznie balansował między pierwszą ligą a jej zapleczem i nawet nie śnił o półfinale Ligi Europy czy awansie do 1/8 Ligi Mistrzów. Współpraca z Mannsverkiem od początku była dobrowolna, on sam nie chciał jej piłkarzom narzucać, ale kilka tygodni wystarczyło, by przekonał się do niej każdy zawodnik. Dochodziły więc kolejne elementy, np. wspólne medytacje.
Oglądając spotkania Bodo/Glimt, a już szczególnie dwumecz z Interem, nie da się tej zespołowości przegapić. Wiele zespołów przed meczami staje w kółku, ale później na boisku każdy piłkarz i tak jest sam. W przypadku Bodo/Glimt wszystko jest spójne. Mentalność zbudowana przez Mannsverka współgra z taktyką nakreśloną przez trenera Kjetila Knutsena. Pierwszy obudził w piłkarzach odwagę, a drugi wprowadził styl gry, który tę odwagę wykorzystuje. Piłkarze działają więc na boisku, jak oddział komandosów - każdy wie, co ma robić, a przy tym dba o bezpieczeństwo kolegi przed sobą. Razem atakują i razem bronią.
Wiedzą, że tylko razem mogą pokonać takich gigantów, jak Manchester City, Atletico Madryt czy Inter właśnie. Każdy z tych zespołów miał przecież nieporównywalnie większą wartość i bardziej utalentowanych piłkarzy. Grał w lepszej lidze, na większym stadionie i był w innej finansowej galaktyce. I każdy z nich w ostatnich tygodniach z Bogo/Glimt przegrał.
Bodo/Glimt zachwyca spójnością
W tym awansie Bodo/Glimt najbardziej nie zachwycają poszczególne strzały, choć ten Hakon Evjen, który przyniósł gola na 2:0, akurat był przepiękny. Największego zachwytu nie wywołują też podania Jensa Hauge czy interwencje Nikity Haikina. Zachwyca przede wszystkim ta zespołowość i spójność całego klubu, która wykracza daleko poza futbol. W Bodo/Glimt wszystko wydaje się do siebie pasować.
Bodo, stolica regionu Nordland, leży daleko na północy Norwegii, powyżej koła podbiegunowego. Jest dosłownie ostatnią stacją kolei, dalej tory już się urywają. Dookoła tylko lasy i jeziora. Do najbliższego większego miasta – dziesięć godzin samochodem. Nieco ponad 50 tys. mieszkańców jest więc zdanych na siebie. Większość stanowią rybacy i wojskowi, stacjonujący w położonej niedaleko bazie NATO. Latami mijają się więc albo w porcie, albo w koszarach. I budują trwałe więzi. Podobnie jest w samym klubie – Kuntsen jest trenerem od 2018 roku, kapitan Ulrik Saltnes gra tam całą karierę - od 2011 r., a jego zastępca Patrick Berg od 2014 r. uzbierał już 333 występy. Zresztą, w Bodo/Glimt grali też jego dziadek, ojciec i dwaj wujkowie.
Mieszkańcy regionu Nordland nawet we własnym kraju są lekceważeni i stereotypowo uznawani za prymitywnych. Dość powiedzieć, że aż do 1971 r. kluby z północy Norwegii nie były dopuszczane do gry w lidze, bo władze związku uznawały, że i tak nie mają żadnych szans. Południe Norwegii przez lata spoglądało na północ z wyższością, dostrzegając tam jedynie peryferia swojego kraju. I nagle to Bodo/Glimt zaczęło zdobywać mistrzostwo za mistrzostwem, wreszcie przysparzając wszystkim mieszkańcom dumy. W Europie było niedoceniane jeszcze dłużej, mimo że ogrywało Romę, Lazio i Celtic. Nawet to, że "glimt" po norwesku oznacza "błysk", "flesz", idealnie pasuje do stylu gry Bodo, opartego przecież o szybkie ataki.
Historia, która nie mieści się w głowie
Ale jest też w historii Bodo/Glimt - choćby opowiedzieć ją jeszcze sto razy - coś, czego zrozumieć się nie da. Jak nagle klub zza koła podbiegunowego, który ocierał się o bankructwo, wciąż spadał do drugiej ligi, nie miał zaplecza ani środków od potężnego inwestora, nagle zmienił bieg swojej historii?
Niby znamy już tę opowieść na pamięć, bo wraca do nas po każdym głośniejszym zwycięstwie – że Bodo/Glimt zaczęło kombinować, wymyśliło swój styl gry, postawiło na wychowanków, ściągało specjalistów i dawało szansę ludziom z potencjałem. Ale jak to możliwe, że to wszystko się udało? Że nikomu po drodze nie zabrakło ani odwagi, ani cierpliwości, ani wiary? Jak to się stało, że wszyscy ci ściągnięci do klubu specjaliści się sprawdzili? Jak to możliwe, że i Kuntsen - bez najmniejszego doświadczenia w pracy na najwyższym poziomie - okazał się trenerskim fenomenem, i Mannsverk tak udanie przeniósł wartości z wojska do piłkarskiej szatni, i Aasmund Bjorkan wyrósł na świetnego dyrektora sportowego?
Trudno zrozumieć, że ten pomysł wciąż okazuje się wystarczający. Najpierw wystarczył na ćwierćfinał Ligi Konferencji, później na półfinał Ligi Europy, a teraz na 1/8 Ligi Mistrzów. Na Manchester City, Atletico i Inter. Kto wie, na kogo jeszcze wystarczy.