To będzie koniec Ligi Mistrzów, jaką znamy. Doszło do tragedii

Michał Kiedrowski
SOCCER-CHAMPIONS-RMA-MCI/REPORT
Fot. REUTERS/Susana Vera

Takiej rzezi przed 1/8 finału kluby z TOP5 europejskich lig jeszcze w Lidze Mistrzów nie przeżyły. Zanim rozgrywki wkroczyły w decydującą fazę, odpadło 10 drużyn z elity Starego Kontynentu. Najwięcej stracili Włosi - aż cztery zespoły, Francuzi i Niemcy - po dwa a Hiszpanie i Anglicy po jednym. Najważniejsi sponsorzy UEFA nie będą zadowoleni.

Liga Mistrzów polega na tym, że największe kraje naszego kontynentu mają mieć rok w rok zapewniony jak największy zwrot z inwestycji. Choć demograficznie Anglia, Francja, Włochy, Niemcy i Hiszpania nie stanowią nawet 50 procent ludności Europy, to do piłkarskich ligi z tych krajów należy 75 procent przychodów, jakie generują wszystkie piłkarskie ligi na kontynencie.

Zobacz wideo

 Czołowe kraje Europy wywalczyły sobie Ligę Mistrzów bez eliminacji

Nic więc dziwnego w tym, że właśnie te kraje okupują też pięć pierwszych miejsc w rankingu UEFA. W dodatku organ rządzący europejską piłką niemal co trzy lata tak zmienia przepisy, żeby drużyny właśnie z tych krajów miały jak najszerszą drogę do gry w fazie grupowej, czy też w nowej wersji w fazie ligowej europejskich rozgrywek.  

Na początku tego wieku awans do głównej rundy Ligi Mistrzów miały co najwyżej tylko dwie drużyny z jednego kraju z czołówki rankingu. Potem jednak rządzący europejską piłką zapewne pod wpływem nadawców telewizyjnych z największych krajów doszli do wniosku, że zespoły z czołowych lig Europy mają jednak zbyt trudno. Od sezonu 2009/10 prawo gry w fazie grupowej bez eliminacji zyskały drużyny również z trzecich miejsc w swoich ligach.

I to okazało się za mało dla najbogatszych. Żeby Liga Mistrzów była jeszcze bardziej dla nich atrakcyjna w sezonie 2018/19 po raz pierwszy bez eliminacji mogli awansować nie tylko mistrzowie, nie tylko wicemistrzowie, nie tylko brązowi medaliści, ale nawet czwarte drużyny z lig 1-4 w rankingu UEFA. W rezultacie w eliminacjach gra toczyła się jedynie o sześć wolnych miejsc. 

Coraz mniej biedaków w czołowej szesnastce Ligi Mistrzów

Taki rozkład miejsc z góry dostępnych dla najlepszych lig miał swoje konsekwencje sportowe. Z każdą dodatkową drużyną bez eliminacji spadała liczba drużyn spoza TOP5, którym udało się wyjść z grupy i awansować do najlepszej szesnastki Ligi Mistrzów. I tak w latach 1999-2009, gdy tylko dwie drużyny z najlepszych lig grało w fazie grupowej bez eliminacji, do najlepszej szesnastki rozgrywek wywalczało awans średnio 3,4 drużyny spoza TOP5. Gdy liczba drużyn z najlepszych lig została zwiększona do trzech (w sezonie 2009-18), średnia liczba "biedaków" w 1/8 finału spadła do 2,8. Gdy aż cztery kraje miały po cztery miejsca bez eliminacji w grupach Ligi Mistrzów liczba drużyn spoza TOP5, którym udawało się kwalifikować do fazy pucharowej, spadła do 1,67 na sezon.

Jednak i ten mizerny udział zespołów z biedniejszych krain to było za dużo. Dlatego objawił się pomysł powołania Superligi. I choć inicjatywa została szybko utrącona dzięki błyskawicznej reakcji polityków i kibiców z Niemiec, Wielkiej Brytanii i Francji, to UEFA musiała na nią odpowiedzieć nowym formatem Ligi Mistrzów. 

Miał on spełnić dwa założenia - wygenerować jeszcze więcej pieniędzy z tytułu praw do transmisji telewizyjnych i zapewnić jeszcze większe przychody najbogatszym klubom.  

Wielkie kluby dostały więcej pieniędzy, ale nowej formule nie sprostały

Ten pierwszy cel zrealizowano przez zwiększenie liczby meczów. Ten drugi przez wprowadzenie mechanizmów takiego podziału pieniędzy, który preferuje "etatowych" uczestników Ligi Mistrzów i kraje, które płacą najwięcej z tytułu praw do transmisji telewizyjnych. Na samym starcie rozgrywek PSG miało już na koncie 63 mln euro, Manchester City 62 mln, a Bayern Monachium – 61 mln. Real pod względem kwoty startowej był dopiero szósty (58 mln), a to dlatego, że Hiszpanie za prawa telewizyjne do pucharów płacą mniej niż Francuzi, Brytyjczycy, Niemcy i Włosi.  

W zamyśle pomysł był dobry. W praktyce okazało się jednak, że kilka topowych drużyn z TOP5 nie sprostało wyzwaniom nowej formuły Ligi Mistrzów. Na pewno bardzo istotną rolę odegrał tu napięty terminarz. Nawet bogate i posiadające szerokie składy drużyny takie jak Real Madryt czy Manchester City borykały się z problemami kadrowymi. W dodatku w przeciwieństwie do poprzednich sezonów faza ligowa wymagała od najlepszych drużyn walki do ostatniej kolejki spotkań. Nie chodziło już tylko o sam awans, ale o jak najlepsze rozstawienie przed kolejnym etapem rozgrywek. 

Wpadki okazały się bardzo kosztowne. Real Madryt i Manchester City, czyli zwycięzcy z dwóch poprzednich edycji, spotkali się w rywalizacji o być albo nie być już na etapie walki o 1/8 finału. Baraże okazały się miejscem rzezi włoskich klubów. Odpadły: Milan, Atalanta i Juventus. Z rozgrywkami pożegnały się też reprezentujące Francję: Monaco i Brest. A jak jeszcze dodamy do tego Bolognę, VfB Stuttgart, RB Lipsk i Gironę, które odpadły w fazie ligowej, to się okaże, że takiej hekatomby klubów z TOP5 Europy jeszcze w Lidze Mistrzów nie było. Natomiast w najlepszej szesnastce rozgrywek znalazło się aż czwórka "biedaków": PSV Eindhoven, Feyenoord, Benfica i Club Brugge.  

Taka Liga Mistrzów może nie przetrwać. Nie po to płacą pieniądze

Zagorzali kibice Ligi Mistrzów mogą się cieszyć. Dostali najciekawsze rozgrywki od lat. Gorzej z nadawcami z pięciu najbogatszych lig kontynentu. Dla nich brak takich firm jak Juventus, Milan i Manchester City to poważny defekt rozgrywek. Zwłaszcza w dzisiejszych czasach, gdy wielu kibiców z najważniejszej dla reklamodawców grupy wiekowej 15-49 korzysta z serwisów streamingowych, w których można zrezygnować z abonamentu z miesiąca na miesiąc. Kibice piłki może abonament przedłużą, fani City, Juve czy Milanu już niekoniecznie.

A nadawcy mają świadomość swojej ogromnej siły w UEFA. Choć Liga Mistrzów to rozgrywki popularne na całym świecie, to ponad połowa jej przychodów pochodzi tylko z pięciu krajów Europy: Francji, Wielkiej Brytanii, Włoch, Hiszpanii i Niemiec. Tylko z tytułu praw medialnych tych pięć europejskich rynków płaci między 2,1, a 2,2 miliarda euro rocznie. Ich głos jest w UEFA słyszalny i ważny. Przecież głównym powodem, dlaczego w Lidze Mistrzów grało coraz więcej drużyn z czołówki rankingu, było nie to, by mecze były ciekawsze, ale żeby wycisnąć z największych rynków europejskich jeszcze większe pieniądze za transmisje. 

Jeśli sytuacja z tego roku będzie się powtarzać i wielkie firmy będą przepadać, zanim dojdzie do najistotniejszych rozstrzygnięć, to "rynek" będzie musiał zadziałać. Jakiś Włoch czy Anglik weźmie na bok szefa UEFA i mu powie: Panie Ceferin nie po to płacimy gigantyczne pieniądze, żeby potem trafiały one do kieszeni Belgów, Holendrów czy za przeproszeniem Słowaków. 

Artykuły Powiązane

Wczytywanie kolejnego artykułu...