Słabi w lidze, bez wielkich gwiazd w porównaniu do Realu Madryt, z trenerem, który niedawno miał być zwolniony. Do tego z połową budżetu rywala i minimalnymi szansami na triumf w Lidze Mistrzów. A jednak Borussia Dortmund w finale tych rozgrywek długo była zespołem lepszym. Wynik z pragmatycznym Realem Madryt to 0:2, ale ciężko uznać, że niemiecka drużyna jest przegrana.
Tuż po zakończeniu sezonu w Hiszpanii, Carlo Ancelotti poświęcił więcej czasu na stałe fragmenty gry. W finale Ligi Mistrzów, to one po stronie "Królewskich" wydawały się być kluczowe. Real z gry miał mało argumentów, by zagrozić bramce Borussii. W pierwszej połowie wyglądał wręcz jak kopciuszek, który pierwszy raz przyszedł na wielki bal, a nie drużyna, która 14 razy wygrywała Puchar Mistrzów. To BVB w pierwszej odsłonie tego balu wiedział, jak tańczyć. Współczynnik oczekiwanych goli po stronie niemieckiej maszyny zbliżył się do dwóch. U Hiszpanów oscylował koło 0,1. Borussia przez około godzinę wydawała się być w Londynie klubem lepszym, zebrała za ten finał sporo braw, ale w piłce nie nagradzają za wrażenia, czy styl.