Piłkarz Realu zdradził przyjaciela. Anglicy grzmią po odpadnięciu z LM. "Najgorszy"

Dawid Szymczak
Nawet hiszpańscy dziennikarze, znający w Realu każdy kąt i od lat opisujący jego losy, nie potrafią wyjaśnić tego, co wydarzyło się w meczu z Manchesterem City. Piszą tylko: jeśli coś takiego dzieje się kolejny raz, nie może być przypadkiem. Manchester City znów był lepszy. I znów przegrał.

Nikt nie oddał siły Manchesteru City tak, jak przestraszony i schowany Real Madryt. Ale też nikt na świecie nie potrafi cierpieć i wygrywać jak Real. Można go zdominować, ale nie pokonać. Można go zdusić pressingiem, ale w końcu i tak złapie oddech. Można go zmęczyć, ale i tak zdoła wykrzesać resztki sił. Można mieć na niego dobry plan, ale on i tak jakoś się dostosuje. Można ponad trzydzieści razy uderzać na jego bramkę, ale strzelić tylko jednego gola. Można gwizdać i deprymować jego piłkarzy na tysiąc sposobów, ale w najważniejszym momencie i tak nie zadrżą im nogi. Real może nawet nie mieć do dyspozycji swojego najlepszego bramkarza, ale ten, który go zastąpi i tak zostanie bohaterem. Real może zagrać źle, a i tak mieć dobry wynik. Real bywa nieśmiertelny, dlatego tak często zdobywa Ligę Mistrzów.

Zobacz wideo Michał Probierz odpowiada na głośny tekst Sport.pl. Mocna polemika. "Dobrze, że się prześlizgnęliśmy"

Hiszpańscy dziennikarze nie potrafią wyjaśnić tego fenomenu. Żaden plan nie okazał się wystarczający

"Niech żyje król!" - krzyczy z rozkładówki "Marca" i zachwyca się przebiegiem meczu, w którym Real "cierpiał jak nigdy wcześniej". Rodrygo dał prowadzenie, a później cały zespół bohatersko wytrzymał ataki Manchesteru City. Kevin De Bruyne wyrównał w drugiej połowie, dlatego wszystko rozstrzygnęło się w rzutach karnych. Andrij Łunin obronił dwa z nich i został bohaterem, a Antonio Rudiger oddał kluczowy strzał i wprowadził Real do półfinału, w którym zagra z Bayernem Monachium. Wcześniej Niemiec pokazał, gdzie rzut karny uderzy jego najlepszy przyjaciel - Mateo Kovacić. Bo gdy gra toczy się o półfinał, przyjaźnie zostawia się poza boiskiem.

Real porównywany jest do kameleona, który zmienia się i dostosowuje do otoczenia. "14-krotny zdobywca Pucharu Europy nigdy wcześniej nie był tak atakowany, jak w Manchesterze. To było ciągłe, bezlitosne bombardowanie. Zespół Pepa Guardioli był olśniewający, ale Real zdołał to przetrwać, dzięki niesamowitej obronie, która momentami ocierała się o perfekcję i przypominała najlepszą wersję Atletico Madryt" - czytamy. "Marca" podkreśla też, że Real zawsze robi wszystko, by osiągnąć swój cel - zwycięstwo lub awans. Środki nie mają większego znaczenia.

Dziennikarze madryckiego "AS-a" rozkładają ręce: Real był słabszy i powinien przegrać, ale wygrał i awansował do półfinału. Nie potrafią wyjaśnić tego fenomenu. Zachwycają się, że "Real nigdy nie umiera", ale trzeźwo piszą, że jego jedynym planem na mecz z City było zaryglowanie własnej bramki. Określają to "żadnym planem", ale przyznają, że na koniec ten "żaden plan" okazał się wystarczający i pozwolił im bez szwanku przetrwać do dogrywki, a później rzutów karnych. I gdyby to wydarzyło się raz, można by stwierdzić, że był to przypadek. Ale już dwa lata temu scenariusz meczu Realu Madryt z Manchesterem City był niemal identyczny.

Wtedy też drużyna Pepa Guardioli grała lepiej, stworzyła znacznie więcej okazji bramkowych, kontrolowała mecz i bardzo rzadko dopuszczała piłkarzy Realu do własnego pola karnego. Dwa lata temu do 90 minuty rewanżu miała dwa gole przewagi. I tak odpadła, bo w doliczonym czasie gry straciła dwie bramki, a w dogrywce kolejną. Ale nawet wtedy przewaga Manchesteru City nie była aż tak przygniatająca. Samych strzałów na bramkę było wtedy dwa razy mniej. Posiadanie piłki też było bardziej wyrównane niż 64 do 36 ze środowego meczu. Real nie miał prawa przetrwać takiej nawałnicy: 90 do 9 w przeprowadzonych atakach, 34 do 8 w strzałach, 11 do 3 w celnych, 18 do 1 w rzutach rożnych. Ale przetrwał. Jest jak pięściarz, który przyjmuje kolejne ciosy, ale dalej stoi na nogach, a w końcu niespodziewanie nokautuje swojego rywala. Chyba każdy, kto widział ten mecz, zgodzi się, że żaden inny zespół nie pokonałby City w taki sposób. Real ma jednak niepohamowaną i niczym niezmąconą wiarę, że przetrwa niezależnie od tego, co go po drodze spotka. 

Po meczu Carlo Ancelotti próbował wytłumaczyć to "herbem, który potrafi wydobyć z ciebie to wszystko, z czego nawet nie zdajesz sobie sprawy". Chwalił piłkarzy za perfekcyjną obronę, walkę i absolutne poświęcenie, choć przyznał, że jego plan na mecz był nieco inny. Nie zakładał aż tak głębokiej defensywy i tak wyraźnego oddania kontroli Manchesterowi City. - Dobrze zaczęliśmy. Szybko wyszliśmy na prowadzenie i zaczęliśmy się bronić. Tak, za bardzo obniżyliśmy ustawienie, ale świetnie się broniliśmy - przyznał. - Wszyscy uznawali nas za martwych. Ale nigdy nie myśl, że Real Madryt jest martwy. Real nigdy nie umiera - dodał z dumą. 

Kulisy rzutów karnych. Dwóch piłkarzy Realu nie chciało uderzać. Rudiger podpowiadał Łuninowi. Bernardo Silva uderzył najgorzej w dziejach

"Marca" nie ma wątpliwości, że głównym bohaterem meczu Andrij Łunin, którego grę oceniła na dziesięć. "Przebrał się za superbohatera. Ten mecz odmieni jego karierę. Co za występ! Magiczna noc i dwa obronione karne Bernardo Silvy i Mateo Kovacicia. Pod taką grą podpisałby się Thibaut Courtois. Andrij zrobił wszystko, co mógł, by powstrzymać City. Zatrzymywał ich na linii, przed bramką, po strzałach z bliska i z daleka. Dziesiątki wartościowych interwencji. Dawał Realowi bezpieczeństwo od początku do końca. To dla niego zastrzyk pewności siebie na przyszłość" - czytamy w uzasadnieniu wystawienia mu najwyższej oceny. 

Madrycki dziennik szczegółowo przeanalizował też serię jedenastek, która dała Realowi awans. Najpierw spotkali się kapitanowie - Kyle Walker dwukrotnie miał w losowaniu więcej szczęścia niż Nacho Fernandez, więc to on decydował, na którą bramkę będą oddawane strzały i że to jego zespół będzie uderzał pierwszy, co statystycznie daje nieco większe szanse na zwycięstwo. Real zaczął źle - od zbyt lekkiego strzału Luki Modricia, z którym poradził sobie Ederson - i po pierwszej kolejce przegrywał. Wtedy do akcji wkroczył Łunin. Ukrainiec zdradził w pomeczowym wywiadzie, że miał przeanalizowane strzały wszystkich zawodników, którzy podchodzili do jedenastki (wynika z tego, że spodziewał się, że uderzał będzie także bramkarz City - Ederson). Razem ze swoim trenerem przewidywali, że jeden z trzech piłkarzy City (nie zdradził nazwisk) na pewno uderzy w środek bramki. Już w trakcie serii jedenastek intuicja podpowiedziała mu, że zrobi to Bernardo Silva, więc już chwilę wcześniej założył, że przy jego strzale nie rzuci się w żadną ze stron. Miał rację i bez problemu złapał piłkę. Daily Express stwierdził, że strzał Silvę był najgorszej wykonanym rzutem karnym wszech czasów. 

Nagrania, które późnym wieczorem pojawiły się w mediach społecznościowych, pokazały z kolei, że rola Antonio Rudigera wykraczała poza wykorzystanie ostatniego rzutu karnego. Niemiec, stojąc na środku boiska, pokazywał Łuninowi, gdzie powinien się rzucić, gdy do piłki podszedł Mateo Kovacić. Rudiger w latach 2019-2022 grał z nim w Chelsea i nawet po odejściu do Realu powiedział w jednym z wywiadów, że Chorwat wciąż jest jego najlepszym przyjacielem. Prawdopodobnie pamiętał więc, gdzie najbardziej lubi uderzać rzuty karne. Rudiger rzeczywiście zostawił przyjaźń poza boiskiem. Jego podpowiedź była prawidłowa, Łunin jej posłuchał i od trzeciej kolejki to Real był na prowadzeniu. Utrzymał je do samego końca. - Pomógł mi trener, pomogli mi koledzy, pomogli mi wszyscy, ale na koniec sam musiałem wybrać - tak kwestię podpowiedzi Rudigera komentował sam Łunin.  

"Marca" wskazała też dwóch piłkarzy, którzy nie chcieli wykonać rzutu karnego. To Federico Valverde, który został wybrany piłkarzem meczu, ale po 120 minutach harówki był kompletnie wyczerpany i w takim stanie nie chciał brać na siebie odpowiedzialności, oraz Eder Militao, który pojawił się na boisku w dogrywce za kontuzjowanego Daniego Carvajala, ale wytłumaczył Ancelottiemu, że Ederson bardzo dobrze go zna ze zgrupowań reprezentacji. Listę wykonawców tworzył Davide Ancelotti - syn i asystent Carlo. - Kiedy do końca dogrywki pozostało 4-5 minut, zacząłem się zastanawiać. Jude Bellingham był oczywisty, bo świetnie uderza karne. Lucas Vazquez też jest specjalistą. Nacho ma duże doświadczenie i osobowość. Napisałem pięć nazwisk i skonsultowałem je z Carlo i z Kepą Arrizabalagą. Później wprowadziłem delikatne zmiany - powiedział, cytowany przez "Marcę". Kepa to rezerwowy bramkarz, który z pewnością na treningach bronił setki rzutów karnych i mógł podzielić się swoimi obserwacjami. Na koniec zawodnicy wytypowani przez Davide Ancelottiego sami musieli stwierdzić, czy chcą podejść do piłki.   

Ta analiza serii rzutów karnych najlepiej pokazuje, jak wiele czynników ma wpływ na ostateczny triumf i ilu cichych bohaterów skrywa każdy sukces.

Więcej o:
Copyright © Gazeta.pl sp. z o.o.