Nadciąga katastrofa Barcelony! Hazardowy trik. Absurd na skalę światową

Michał Kiedrowski
Barcelona poszła na skróty. Wielkie problemy finansowe wywołane nietrafionymi transferami, wygórowanymi pensjami i niegospodarnością poprzedniego zarządu chciała rozwiązać hazardowym trikiem. Porażka z PSG w ćwierćfinale Ligi Mistrzów sprawiła, że sytuacja, która była zła, stała się tak katastrofalna, jak dwa lata temu.

W przykładzie Barcelony jak w soczewce skupia się cała absurdalność współczesnej piłki nożnej. I jest to absurdalność wielopoziomowa.  

Zobacz wideo

Barcelona, czyli jak zepsuć maszynkę do zarabiania pieniędzy

Zacznijmy od tego, że gdyby w piłkarskim świecie rządziły reguły biznesowe, to taki klub jak Barcelona nie powinien mieć żadnych kłopotów. Ma rzesze kibiców, którzy - jak to się brzydko mówi - w zębach przynoszą mu pieniądze: za bilety, transmisje telewizyjne, koszulki i innego rodzaju pamiątki. Ma wielki stadion, teraz co prawda w remoncie, ale przebudowa jest właśnie po to, by generował ogromne zyski. Ma rozpoznawalną markę na całym świecie, a sponsorzy i reklamodawcy biją się o miejsce na jej koszulkach.

A jednak! Okazało się, że i taki potencjał można roztrwonić i przyszłe dochody sprzedać za nie taki znowu wielki procent ich wartości, by dać kibicom iluzję powrotu na szczyt. 

I tu jest drugi absurd obecnej sytuacji. Na zdrowy rozum Barcelona w tym sezonie osiągnęła sukces. Co prawda nie zdobędzie żadnego trofeum, ale to, co najważniejsze, już wyrwała. W przyszłym roku zagra w fazie ligowej Ligi Mistrzów, co oznacza, że kolejne dziesiątki milionów euro wpłyną na konto klubu. A i w tej edycji najważniejszych piłkarskich rozgrywek klubowych osiągnęła dużo więcej niż przed rokiem. 99,999 procent klubów na świecie byłoby zadowolonych. A to, że w Barcelonie takie wyniki odbierają jako katastrofę, świadczy nie tylko o tym, że jest ona wyjątkowa, ale także o tym, że na głowie stoi piłka nożna.

Otóż system premiowy w Lidze Mistrzów i biznesowy potencjał kilku klubów sprawił, że wytworzyła się w piłce nożnej klasa gigantów, dla których wicemistrzostwo kraju to klęska, a odpadnięcie z Ligi Mistrzów przed półfinałem, to droga do upadku. Taka degrengolada pojęć ma swoje wymierne konsekwencje. Gdy giganci odpadają zbyt wcześnie, to oglądalność leci na łeb na szyję. Mało kto chce oglądać drużyny drugiej kategorii.  

Klub piłkarski jak zupa instant: kupić, zalać, zamieszać

Ale utrzymanie statusu giganta jest bardzo kosztowne. On jest mierzony nie tylko w trofeach - równie wiele znaczą tutaj transfery. I to jest kolejny absurd współczesnej piłki. Wyjątkowe kluby muszą mieć wyjątkowych piłkarzy. A ich się już nie wychowuje, nie szkoli, nie przyucza, a kupuje jako gotowy produkt, prosto z półki. A oni mają od razu wskoczyć do składu i stanowić o sile zespołu. 

I tu się pojawia absurd kolejny. Wszystko ma być na już - jak zupka typu instant. Kupić, zalać wodą, zamieszać i gotowe. Kilka udanych meczów i nowy gracz staje się bożyszczem, kilka nieudanych i zostaje niewypałem. Zawodnicy są pod presją, trenerzy są pod presją, działacze są pod presją. Nieudany transfer starają się naprawić kolejnym transferem.  

Nikt nie dopuszcza myśli, że sport ze swojej natury jest inny. Że nie da się być cały czas na topie. Po serii sukcesów przychodzi czas przebudowy drużyny i chudsze lata. Kibice powinni to rozumieć, działacze powinni to rozumieć, a najbardziej sponsorzy. Tyle tylko, że piłkarscy giganci, dzięki olbrzymiej przewadze finansowej nad 99,9 procentami reszty futbolowego świata, wolą pójść na skróty - pieniędzmi wykupić się od nieuchronnego kryzysu. Okres przebudowy zastąpić zmasowanym szturmem transferowym.

Szef Barcelony znów musi szukać drogi na skróty

To jednak, jak już wyżej wspomniałem, jest kosztowne i wpędza w długi. Przekonał się o tym Milan, który z kategorii gigantów wypadł. Przekonuje się o tym Juventus, który w obronie swojego statusu posunął się do machlojek. Przekonuje się o tym Barcelona, która dla obrony swojej pozycji sprzedała przyszłe dochody. Na tym polegały te osławione dźwignie, które zastosował prezydent klubu Joan Laporta. Zadziałały. Barcelona znów mogła dokonywać transferów, zdobyła mistrzostwo. Ale po dwóch latach znów jest w tym samym miejscu: w fatalnej sytuacji finansowej i z zespołem, który wymaga przebudowy. Rozpuszczeni kibice żądają wyrzucenia z klubu Lewandowskiego i innych zbyt drogich w utrzymaniu piłkarzy i kupienia w ich miejsce jeszcze bardziej kosztownych zawodników, którzy zapewnią - ich zdaniem - wyjątkowemu klubowi natychmiastowy sukces. 

Tyle tylko, że Laporta już nie bardzo ma co sprzedawać. I jeśli nie znajdzie kolejnej drogi na skróty, to Barcelonę czeka brutalne zderzenie z rzeczywistością. Utrzymanie klubu na powierzchni może się okazać jazdą bez trzymanki. 

Więcej o:
Copyright © Gazeta.pl sp. z o.o.