Barcelona była, jak ze sceny w "Ślepnąc od świateł". Lewandowski antybohaterem

Dawid Szymczak
Barcelona odpadła w ćwierćfinale Ligi Mistrzów z PSG przez indywidualne błędy. W rewanżu (1:4) dokonała samozniszczenia. Antybohaterów jest kilku: Ronald Araujo osłabił zespół, Joao Cancelo faulował w polu karnym, Xavi Hernandez nie opanował nerwów, a Robert Lewandowski w kluczowej akcji zagrał pod siebie. U każdego z nich emocje wzięły górę.

Jest w "Ślepnąc od świateł" scena, którą widzieli nawet ci, którzy nie oglądali serialu. Relaksujący się w jacuzzi Jacek, gangster grany przez Roberta Więckiewicza, dowiaduje się o problemach. Wpada w furię. Drze się: "Już było dobrze! Już było dobrze!". Barcelona po rewanżu z PSG może krzyczeć podobnie: było dobrze, bo z Paryża wróciła z jedną bramką przewagi, a w meczu u siebie trafiła rywali już pierwszym ciosem - Lamine Yamal po brawurowej akcji przy linii dograł tuż przed bramkę do Raphinhi, który strzelił gola. Wszystko układało się świetnie - dwie bramki przewagi, godzina do końca, a PSG zmuszone do ataku, co rodziło okazje do kontr dla fruwającego nad boiskiem Yamala i rozgrywającego ćwierćfinał marzeń Raphinhi.

Zobacz wideo Michał Probierz odpowiada na głośny tekst Sport.pl. Mocna polemika. "Dobrze, że się prześlizgnęliśmy"

Punkt zwrotny całego dwumeczu. "Zmienił wszystko"

Wszystko sprowadza się do emocji. Barcelona wydawała się spokojna i pewna siebie. Na agresję PSG odpowiadała cierpliwością. Nie była zespołem aż tak energicznym, jak w zeszłym tygodniu, ale jej postawę w pewnym stopniu determinował wynik. Jak doświadczony pięściarz dbała o własną gardę i co jakiś czas wyprowadzała ciosy - PSG zachwiało się po trafieniu Brazylijczyka i niewiele brakowało, by padło na deski po gongu od Roberta Lewandowskiego. Polak miał w 20. minucie doskonałą okazję do podwyższenia prowadzenia. Uderzył mocno, ale tuż nad poprzeczką. Kamera uchwyciła grymas na jego twarzy, realizator pokazał też zaciśniętą ze złości pięść. Lewandowski żałował, ale wówczas pewnie nawet nie przypuszczał, jak bolesna okaże się ta kilkucentymetrowa pomyłka.

Nadeszła 29. minuta, która zmieniła wszystko - jak stwierdził na pomeczowej konferencji prasowej Xavi. To wtedy Barcelona rozpoczęła proces autodestrukcji. Sama wpuściła PSG z powrotem do tego dwumeczu i uchyliła przed nim drzwi do awansu. Popełniła błąd, którego za wszelką cenę unikała w zeszłym tygodniu. Niespodziewanie straciła piłkę przy próbie rozegrania ataku pozycyjnego, przez co pozwoliła złapać się na wykroku - rozstrzelona po całym boisku, z hektarami przestrzeni za plecami swoich obrońców. Niezwykle szybcy skrzydłowi PSG tylko czekali na taką szansę. Sekundę później piłkę pod nogami miał już Bradley Barcola, nagrodzony za świetne wejście z ławki rezerwowych w Paryżu miejscem w pierwszym składzie. Ronald Araujo, jeden z najlepszych piłkarzy Barcelony i w tym, i w poprzednim sezonie, sfaulował go tuż przed polem karnym. Dostał czerwoną kartkę, co okazało się punktem zwrotnym całego dwumeczu, bo na tym poziomie strata jednego piłkarza jest często gorsza niż strata gola. Tak zresztą uznały katalońskie media, które znając dalszy przebieg meczu, oceniły, że Araujo powinien za wszelką cenę uniknąć czerwonej kartki. W tej sytuacji lepiej było przepuścić rywala i dać mu szansę na zdobycie bramki niż osłabić zespół. Eksperci są też podzieleni co do samej decyzji sędziego Istvana Kovacsa, ale o tym osobno pisaliśmy już TUTAJ>>.

Xavi zawiódł. Kto jak nie on? 

- Chłodna głowa - powtarzał jeszcze przed meczem Xavi, gdy był pytany, co będzie kluczem do wywalczenia pierwszego awansu do półfinału Ligi Mistrzów od sześciu lat. Ale i nad nim emocje bardzo szybko wzięły górę. Czerwona kartka ewidentnie rozhulała PSG i przygnębiła Barcelonę - przed przerwą wyrównującego gola strzelił Ousmanne Dembele, a w 54. minucie prowadzenie PSG strzałem sprzed pola karnego dał Vithinha. Barcelona w podobnym momencie jak w pierwszym meczu, gdy zaraz po przerwie straciła dwie bramki, potrzebowała spokoju i opanowania emocji. Wtedy Xavi pomógł zespołowi zmianami - wpuścił Pedriego, który błyskawicznie zaliczył asystę i Andreasa Christensena, który już pierwszym dotknięciem piłki strzelił gola. Ale tym razem Xavi był pierwszym, który zawiódł.

Po zwyczajnej decyzji arbitra o braku faulu w okolicach linii środkowej, która nie miała najmniejszego wpływu na przebieg meczu, wpadł w szał. Dobiegł do sędziego technicznego, przeklinał, machał rękami, kopnął w bandę reklamową i zasłużenie dostał czerwoną kartkę. Wyładował frustrację po wyrzuceniu Araujo i po strzale w słupek Ilkaya Gundogana - to jasne. Ale jaki sygnał wysłał zespołowi? Owszem, piłkarze mogli się już przyzwyczaić, że nie widzą trenera przy linii, bo była to już trzecia czerwona kartka Xaviego w 153 meczu w roli trenera Barcelony (ma też 24 żółte), ale z pewnością nie tego oczekiwali. 

Lewandowski mógł doprowadzić do dogrywki. Zagrał jednak bardzo indywidualnie 

Kolejne błędy popełniali najbardziej doświadczeni zawodnicy: Joao Cancelo sfaulował Dembele w polu karnym w sytuacji, w której Barcelonie nie zagrażało już wielkie niebezpieczeństwo. Nie była to ratunkowa interwencja, a dość prosty błąd i kolejny przykład niekontrolowania własnych emocji. Jedenastkę pewnie wykorzystał Kylian Mbappe, dzięki czemu PSG prowadziło 3:1 w rewanżu i 5:4 w dwumeczu. Barcelona atakowała, ale grając w osłabieniu, przeprowadzenie każdej akcji kosztowało ją sporo sił. Najlepszą okazję miała w 88. minucie, gdy Lewandowski odebrał rywalowi piłkę i ruszył w stronę bramki Gianluigiego Donnarummy. Biegł środkiem, z lewej strony miał Joao Felixa, z prawej Ferrana Torresa. I to podanie do Hiszpana byłoby najlepszym rozwiązaniem. Polak wierzył jednak, że najlepiej będzie, gdy sam skończy tę akcję strzałem. Zagrał na wskroś indywidualnie, a jego uderzenie zablokował Marquinhos. W tej akcji też zabrakło trzeźwej oceny sytuacji, większego spokoju, podjęcia lepszej decyzji. "Próbował zachować się jak gwiazda" - wytknęli mu dziennikarze "Mundo Deportivo". To był ostatni raz, gdy Barcelona mogła się uratować - minutę później PSG przeprowadziło kontratak, po którym Mbappe strzelił gola na 4:1, pieczętując awans do półfinału.

Jakże inny był to mecz Lewandowskiego w porównaniu z tym w Paryżu. Tydzień temu chwaliliśmy go, mimo że nie strzelił gola. "Zasłużył na brawa. Udowodnił, że wbrew sloganom napastników rozlicza się nie tylko z goli. Polak był spoiwem całego zespołu, rozgrywał, pomógł zdobyć pierwszą bramkę i harował za dwóch. Był jednym z najlepszych zawodników Barcelony i miał bardzo duży wpływ na jej grę. Sporo dobrego robił samym ustawieniem i poruszaniem się po boisku. Lewandowski wydawał się zadowolony ze swojej roli, mimo że nie miał wielu okazji do zdobycia bramki" - pisaliśmy. Tym razem okazje miał dwie. I obu nie wykorzystał. Na tym poziomie takie sytuacje decydują o awansie lub odpadnięciu.

Barcelona nie zagra w Klubowych Mistrzostwach Świata. Kolejne skutki odpadnięcia dopiero poznamy 

Dwumecz, w którym padło dziesięć goli i oddano aż 59 strzałów sprowadza się do raptem trzech-czterech kluczowych decyzji. Różnica między Barceloną a PSG wyniosła ostatecznie dwa gole, ale kto oglądał oba te mecze, ten wie, że w rzeczywistości była znacznie mniejsza. Gdybania jest więc całe mnóstwo: od sytuacji z Araujo, którą sędzia mógł "wciągnąć" do pola karnego, podyktować jedenastkę, ale dać wówczas żółtą, a nie czerwoną kartkę, przez zdjęcie z boiska Lamine Yamala, a nie Raphinhi, gdy trzeba było poświęcić jednego z ofensywnych piłkarzy, by wprowadzić Inigo Martineza, po podbramkowe sytuacje Lewandowskiego - z 20. minuty, jeszcze przy prowadzeniu Barcelony 1:0 i z 88. minuty, gdy dało się doprowadzić do dogrywki. Świadomość tego, jak blisko był półfinał, potęguje rozgoryczenie, frustrację i smutek u kibiców Barcelony, samych piłkarzy i Xaviego. Jeszcze w styczniu, gdy w środku największego kryzysu trener ogłaszał swoje odejście po zakończeniu sezonu, nikt bowiem nie przypuszczał, że o ten półfinał będą się wręcz ocierać i nawiążą z PSG tak wyrównaną walkę. Wtedy problemem było pokonanie Villarrealu i Granady.

Ale od tamtej pory Barcelona nie przegrała żadnego z trzynastu meczów. Formę odzyskali Robert Lewandowski i Jules Kounde, wrócił Marc-Andre ter Stegen i kontuzjowani środkowi pomocnicy, w kluczowym momencie błysnął Raphinha, w pierwszym zespole rozgościł się nie tylko Lamine Yamal, ale też Pau Cubarsi. To wszystko sprawiło, że władze Barcelony zamiast rozglądać się za następcą Xaviego, zaczęły namawiać go do zmiany zdania. Nie wiadomo jeszcze z jakim skutkiem. Z PSG sama Barcelona zaszkodziła sobie najbardziej. Pewne jest to, że przez odpadnięcie w ćwierćfinale nie zagra w przyszłym roku w Klubowych Mistrzostwach Świata w Stanach Zjednoczonych. Turniej będzie miał nową formułę, a FIFA kwalifikuje do niego europejskie zespoły na podstawie wyników w czterech ostatnich edycjach Ligi Mistrzów. Gdyby Barcelona awansowała do półfinału, wciąż miałby szansę dostać się na KMŚ i walczyć o gigantyczne pieniądze - według różnych spekulacji między 30 a 50 mln euro za sam udział. Kolejne skutki odpadnięcia Barcelony z PSG dopiero poznamy.

Więcej o:
Copyright © Gazeta.pl sp. z o.o.