Ćwierćfinał Ligi Mistrzów Arsenal - Bayern z Jakubem Kiwiorem od pierwszej minuty zapowiadał się atrakcyjnie. Faworyzowani londyńczycy tylko zremisowali 2:2, a bramki tracili po nieporadności i błędach obrony. Sporo pretensji mogą mieć do Polaka, który zszedł z boiska już w przerwie.
Pozycja Jakuba Kiwiora w Arsenalu wydaje się - bądź: wydawała się - mocna. Mimo prognoz angielskich mediów, że Polak nie zagra w wyjściowym składzie w prestiżowym ćwierćfinale Ligi Mistrzów z Bayernem, trener Mikel Arteta postawił na Kiwiora od pierwszej minuty. Reprezentant Polski, który opuścił dwa ostatnie ligowe mecze, zagrał zatem pierwszy zawody w kwietniu. Wyszło na to, że Arteta prawdopodobnie dał mu odpocząć po meczach kadry. Albo sądził, że z wypoczętym Kiwiorem uda się powstrzymać Bayern.
Trener postawił na defensywę i Kiwiora, ale...
Bayern, choć ostatnio przegrywa i traci sporo goli, a w starciu z Arsenalem był skazywany na porażkę, to przez Artetę został uznany za drużynę, z którą obronę trzeba uszczelnić w sposób wyjątkowy. Tak można tłumaczyć fakt, iż na lewej obronie od początku starcia pojawił się Kiwior, ale nie bardziej ofensywny Ołeksandr Zinczenko. To Ukrainiec grał w ostatnich meczach.
Wyjściowe ustawienie Artety przez pierwszy kwadrans wydawało się słusznym pomysłem. Bayern nie miał dobrych sytuacji w ofensywie, ale też przez to, że to Arsenal rzucił się do ataku i zdobył bramkę. Już jednak pierwsze poważniejsze sprawdzenie defensywy "Kanonierów" wypadło dla nich fatalnie.
W zdawało się spokojnej sytuacji, gdy Gabriel Magalhaes mógł na spokojnie rozegrać piłkę z bramkarzem, ten wyszedł na przedpole, a Brazylijczyk - być może trochę zdziwiony tą sytuacją i naciskiem gracza gości - zdecydował się podać do Kiwiora. Polak niespecjalnie wystawiał mu się do tego ratującego podania. Magalhaes zagrał mało precyzyjnie, co do tego nie ma wątpliwości, ale też Polak w pierwszej fazie tej akcji bardziej mógł pomóc koledze, lub zdecydowanie starać się opanować podanie. Wyszedł z tego nieporadny ruch i raczej spokojne patrzenie się, co zrobi Leroy Sane, który przejął piłkę i nieatakowany dograł przed pole karne. Tak Bayern strzelił pierwszego gola.
Polak z tyłu za rywalami
A jak było w ataku? Kiwior w tym spotkaniu przy stałych fragmentach gry wchodził w pole karne rywali. Był w nim też wtedy, kiedy po dłuższej wymianie podań jeden z kolegów wrzucił piłkę na 10. metr. Polak celnie strzelał na bramkę Manuela Neuera, ale w środek i nie dość mocno.
Na pewno pochwalić można go za kilka sytuacji w grze bez piłki, gdy blokował linie podania, kiedy Bayern szykował się do kontrataków. Ale i zganić za sytuację przy drugim goli, gdy piłkę jeszcze na własnej połowie dostał Sane. Gracz Bayernu znów minął Polaka i biegł w stronę pola karnego rywali. On z piłką, Polak bez niej. Albo Kiwior nie mógł dogonić rywala, albo nie chciał próbować przeciąć groźnej akcji wślizgiem w bezpiecznej strefie boiska. Nie zrobił tego wtedy żaden z kolegów Polaka, a dopiero William Saliba, ale niestety dla "Kanonierów" już w polu karnym, a tam sfaulował rywala.
W ten sposób Bayern wyszedł na prowadzenie 2:1 i Arsenal grał pod presją. W drugiej połowie musiał jeszcze zacieklej atakować. Trudno się dziwić, że Arteta w drugiej połowie sięgnął po Zinczenkę. Ukrainiec zmienił Polaka w przerwie meczu.
Kiwior zakończył spotkanie po 45 minutach z jednym niecelnym i jednym celnym strzałem i współczynnikiem 0,3 jeśli chodzi o gole oczekiwane. A do tego: z dwoma z trzech wygranych pojedynków i skutecznością podań na poziomie 80 proc. Kończył też z przekonaniem, że wraz z kolegami powinien tego dnia zrobić więcej w obronie.
Arsenal pierwszy ćwierćfinał z Bayernem zremisował 2:2. Rewanż za tydzień w środę w Monachium.