Największa sensacja w Lidze Mistrzów! Gigantyczny sukces Polaka

Dawid Szymczak
Grabara
Mads Claus Rasmussen / AP / AP

Atak FC Kopenhagi po godzinie zrobił swoje, a obrona niemal do końca była jak z kamienia, więc Kamil Grabara na pierwsze trudne strzały czekał aż do doliczonego czasu gry. Ale jak już padły, to bronił kapitalnie i dołożył cegiełkę do sukcesu. Nie ma w tym sezonie Ligi Mistrzów większej sensacji - Kopenhaga awansowała do fazy pucharowej kosztem Manchesteru United i Galatasaray.

Tego wieczoru wszystko w Kopenhadze było białe. Na boisku rządzili grający na biało piłkarze Kopenhagi, za bramką o fantastyczną atmosferę zadbali ubrani w białe peleryny kibice, a zaraz po zdobyciu bramki, która dawała historyczny awans do fazy pucharowej Ligi Mistrzów, nad stadionem zaczął prószyć śnieg. Białe święto zaczęło się na dobre, gdy Kamil Grabara wybronił dwa bardzo groźne strzały w końcówce, a obrońcy pomogli mu z zatrzymaniem dobitki, po której sędzia Daniele Orsato zakończył mecz.

Zobacz wideo Michał Probierz wykorzystał pomidora. Ależ pewność siebie!

Dwie świetne interwencje Grabary. Kopenhaga w fazie pucharowej Ligi Mistrzów

Desperacka obrona w końcówce meczu, gdy Kopenhaga grała już w dziesiątkę po czerwonej kartce dla Lukasa Leragera, jeszcze spotęgowała emocje towarzyszące temu awansowi. Długo kibice nie mieli żadnych powodów do zmartwień. Zadrżeli tylko raz, gdy sędzia długo nie pozwalał wznowić gry po golu strzelonym przez wyrzuconego później Leragera. Ale w końcu dwa świetne podania poprzedzające strzał okazały się zagrane idealnie w tempo, więc o spalonym nie było mowy. Kopenhaga prowadziła i była krok od awansu do fazy pucharowej - pierwszego od 2011 roku.

O ile do 90. minuty fani Kopenhagi w ogóle nie musieli się martwić o utratę bramki, bo Grabara miał do wyłapania tylko jeden strzał, o tyle w doliczonym czasie gry Galatasaray właściwie nie opuszczał pola karnego ich drużyny. Chaos momentami był olbrzymi, ale na koniec polski bramkarz dwoma świetnymi paradami uratował swój zespół. A gdy w ostatniej akcji nie było go już w bramce, bo wcześniej musiał interweniować na przedpolu, pomogli mu obrońcy, którzy wybili piłkę tuż sprzed linii.

Grabara docenił to już kilka sekund później, po zakończeniu meczu. Dopadł do Denisa Vavro - wyściskał go i wycałował. Dziękowali sobie wzajemnie. Maska, którą nosi Grabara, utrudniała dostrzeżenie, czy po policzkach płyną mu łzy. Ale wszystkie emocje było widać na twarzy - krzyczał i uśmiechał się naprzemiennie. Świętował największy sukces w karierze. Statystyka bramek oczekiwanych (xG) na poziomie 2,04 jasno pokazała, że Galatasaray powinien strzelić mu dwa gole. A nie strzelił żadnego.

Nie ma drugiej takiej sensacji w tym sezonie Ligi Mistrzów. Kopenhaga przedzierała się do fazy grupowej od drugiej rundy eliminacji. Jeszcze niecałe cztery miesiące temu walczyła o awans do tych rozgrywek z Rakowem Częstochowa i do ostatnich minut nie była go pewna. Grabara żartował po meczu, nie bez racji, że gdyby rewanż potrwał jeszcze pięć minut, mistrzowie Polski dopięliby swego i strzelili drugiego gola. Kopenhaga nie miała też szczęścia w losowaniu, trafiając do grupy z Bayernem, Manchesterem United i Galatasaray. Ale później na każdy mecz wychodziła z pomysłem. Imponowała solidnością i determinacją. Zyskiwała też coraz większą swobodę w ataku. I nieprzypadkowo awansowała kosztem znacznie bogatszych i bardziej doświadczonych rywali. Jej kadra jest drugą najniżej wycenianą w całej stawce Ligi Mistrzów, a wszyscy jej piłkarze nie są w sumie warci tyle, co jeden Anthony z Manchesteru United. I choć dane "Transfermarktu" są niedoskonałe, to w tym przypadku oddają skalę sukcesu, który odniosła Kopenhaga.

Reprezentacja Polski cierpi na deficyt osobowości, a dla Grabary nie ma miejsca

Sam Grabara to już nie pyskaty nastolatek zaczepiający w mediach społecznościowych kogo się da, a lider zespołu, który na wiosnę zagra w fazie pucharowej Ligi Mistrzów. Jego przemiana jest ewidentna. Pozostał szczery i emocjonalny, wciąż co jakiś czas lubi podgrzać atmosferę wokół meczu, nadal jest odważniejszy i bardziej bezpośredni niż większość piłkarzy, ale wreszcie daje powody, by to o jego boiskowej błyskotliwości mówiło się najwięcej. Grając w Lidze Mistrzów, emanuje spokojem. Groźne strzały, ostre dośrodkowania, zamieszanie w polu karnym - nic nie wydaje się robić na nim wrażenia.

Ale w meczu z Galatasaray trzeba go chwalić przede wszystkim za koncentrację. Dopiero po 80. minucie w jego bramkę poleciał pierwszy celny strzał, a na prawdziwe wyzwania musiał poczekać jeszcze kilkanaście minut. Jego udział w meczu długo ograniczał się do pojedynczych interwencji po dośrodkowaniach (jedno było niepewne) i wielu wybić piłki na połowę rywali, gdzie Kopenhaga chciała walczyć o ich przejęcie. Pod jego bramką działo się tak mało, że mógł zmarznąć i odpłynąć myślami. Na szczęście do samego końca pozostał skupiony. Kolejny raz właśnie w Lidze Mistrzów pokazał najwyższą formę. W lidze duńskiej rozgrywa przeciętny sezon, ale w środku tygodnia rośnie wraz z presją. Im więcej widzów i im większa stawka, tym broni lepiej. Z Bayernem zachował czyste konto, z Manchesterem United popisał się kilkoma świetnymi interwencjami, a przeciwko Galatasaray jeszcze raz potwierdził, że bez niego tego awansu by nie było. Tym bardziej dziwić może, że w reprezentacji Polski, cierpiącej na deficyt osobowości i przygotowującej się na odejście Wojciecha Szczęsnego, nie ma dla niego miejsca.

Artykuły Powiązane

Wczytywanie kolejnego artykułu...