Reakcja Xaviego mówi wszystko. Jazda bez trzymanki. Lewandowski podsumowany

Dawid Szymczak
Barcelona miała pełne prawo się bać - rok i dwa lata temu zawodziła w momentach takich, jak ten i odpadała z Ligi Mistrzów już w fazie grupowej. Na kluczowy mecz z Porto wychodziła słysząc, że jest o krok od wpakowania się w gigantyczne tarapaty. Jeśli miał to być egzamin z mentalności i charakteru, Barcelona zdała go śpiewająco - odrobiła straty, wygrała 2:1 i jest w fazie pucharowej. Robert Lewandowski odegrał trzecioplanową rolę, ale Xavi i tak odetchnął.

To była jazda bez trzymanki: gol dla Porto, a po minucie odpowiedź Barcelony. Później pod jedną bramką zaprzepaszczona szansa przez Raphinhę, pod drugą świetny drybling Alana Vareli i z trudem obroniony strzał przez Inakiego Penę, który zastępował Marca-Andre ter Stegena. Joao Felix zaczął drugą połowę strzałem w poprzeczkę, ale nie minęło pięć minut, a Pena musiał nurkować pod nogami Mahdiego Taremiego, by uniemożliwić mu oddanie groźnego strzału. Kluczowa okazała się 57. minuta. Barcelona po akcji Portugalczyków - Joao Cancelo i Joao Felixa - objęła prowadzenie. Ale jeszcze dziesięć minut przed końcem Porto wyprowadzało groźne ciosy. Reakcja Xaviego na ostatni gwizdek - zaciśnięte pięści i głęboki oddech - najlepiej pokazała, jak wiele kosztowało go to spotkanie. Nie było w nim nawet dziesięciu nudnych minut. Do ostatniej nie było pewne, że Barcelona utrzyma prowadzenie. 

Zobacz wideo Michał Probierz wykorzystał pomidora. Ależ pewność siebie!

Robert Lewandowski? Wystąpił w trzecioplanowej roli - przytomnymi podaniami dał początek dwóm groźnym akcjom, które wykańczali inni piłkarze. Ale sam na jedyną okazję w tym meczu musiał czekać przeszło godzinę. A i ona nie była idealna, bo do dośrodkowywanej przez Cancelo piłki wyskakiwał w bliskim towarzystwie Fabio Cardoso. Portugalski stoper obejmował go w pasie i krępował jakikolwiek ruch. W efekcie strzał był niecelny. Polak miał tego wieczoru wyraźny problem, by zrozumieć się z kolegami. Mnożyły się przez to niecelne podania, zagrania nie w tempo i wbiegnięcia nie w to miejsce, w które spadała piłka. O ile cały występ Barcelony był dobry, a już drugą połowę można uznać za bardzo dobrą, o tyle gra Lewandowskiego była co najwyżej przeciętna. Drużynę do fazy pucharowej Ligi Mistrzów poprowadzili inni. Przede wszystkim Portugalczycy - Cancelo i Felix.

"Jest źle, bardzo źle"

Aż nie chce się wierzyć, że Xavi dwumecze fazy pucharowej Ligi Mistrzów pamięta jedynie z piłkarskiej kariery. Będąc trenerem Barcelony już dwukrotnie odpadał w grupie - najpierw kosztem Bayernu Monachium i Benfiki, a później Bayernu i Interu. Trzecia wywrotka z rzędu mogła doprowadzić do absolutnej finansowej i wizerunkowej tragedii. Okoliczności nie sprzyjały Barcelonie. "Jak finał" - zapowiadały mecz z Porto katalońskie dzienniki na pierwszych stronach. Apelowały, że czas się obudzić i zmienić kierunek, w którym zmierza ten sezon. Madryckie AS i Marca wywierały presję: "Barcelona zobligowana do zwycięstwa" i "Wygraj albo drżyj" - tytułowały. 

Nietrudno wskazać moment, w którym ten sezon skręcił w niewłaściwą stronę. Był 28 października, a do Barcelony wpadł Jude Bellingham. Strzelił w El Classico dwa gole i dał Realowi Madryt zwycięstwo, a wtajemniczeni zdradzili w mediach, że ta porażka porozrywała szatnię Barcelony na strzępki. Krytyka w mediach nałożyła się na kontuzje liderów środka pola - Frenkiego de Jonga i Pedriego. Robert Lewandowski, Jules Kunde i Raphinha w następnych dniach też dopiero dochodzili do siebie po urazach. Barcelona wymęczyła zwycięstwa z Realem Sociedad (1:0, jednego gola strzelił obrońca Ronald Araujo w 92. minucie) i z Deportivo Alaves (2:1, przesądził gol Lewandowskiego z rzutu karnego, ale też przegrała 0:1 z Szachtarem w Lidze Mistrzów i zremisowała z Rayo Vallecano 1:1, przez co strata do Realu Madryt wzrosła do czterech punktów. W każdym z tych meczów Barcelona grała bez błysku, nie potrafiła zaskoczyć rywala, miała problemy z konstruowaniem akcji i stwarzała mało okazji, co doprowadziło też do krytyki Lewandowskiego. Gdy kibice, szukając optymizmu, wypatrywali powrotu De Jonga i lepszej formy Pedriego, otrzymali najgorszą wiadomość - Gavi, którego Xavi nazwał "sercem z nogami" swojego zespołu, zerwał więzadło krzyżowe przednie i wypadł do końca sezonu. 

Za niepowodzenia obrywał przede wszystkim Xavi. Media wytykały: że styl nie ten, że skład niewłaściwy, że postęp zbyt powolny i reakcje w meczach wyraźnie spóźnione. Zniecierpliwiony Katalończyk zauważył na ostatniej konferencji prasowej, że dziennikarze przy okazji każdego spotkania przypominają mu pod jak wielką presją się znajduje i że porażki w nadchodzących meczach mogą doprowadzić do jego zwolnienia. Choćby El Pais pisał o wysokim napięciu w biurach Barcelony i zdradził, jak na remis z Rayo zareagował jeden z najważniejszych dyrektorów. W drodze na parking miał powiedzieć, że jest "źle, bardzo źle".

Xavi powtarzał na przedmeczowej konferencji, że czuje wsparcie władz, ale dziennik upierał się, że to tylko poza, a w rzeczywistości doskonale wie, jak dużą stawkę mają najbliższe trzy mecze: właśnie z Porto w Lidze Mistrzów i z hiszpańską czołówką - Atletico Madryt oraz rewelacyjną w tym sezonie Gironą. Część hiszpańskich mediach skupiła się na tym, że prezes Joan Laporta zaraz po remisie z Rayo, jakby na odtrutkę, wybrał się na mecz prowadzonych przez Rafaela Marqueza rezerw. Były obrońca Barcelony dojrzewa, by pewnego dnia móc zastąpić Xaviego. W dodatku Laporta zachowywał się tak, jakby zależało mu, by kibice zauważyli jego obecność. Pozwolił się zobaczyć, sfotografować, a po meczu jeszcze zszedł do szatni, by porozmawiać z Meksykaninem i jego młodymi piłkarzami. Dziennikarzom to wystarczyło. Część z nich uznała to za sygnał, że pozycja Xaviego może nie być zbyt stabilna. I nawet jeśli było w tym sporo przesady i nadinterpretacji, dobrze oddawało klimat ostatnich tygodni. Xavi był o to nawet pytany, ale zbagatelizował sprawę. - To po prostu znak, że klub jest zjednoczony. To normalne. Prezes odwiedza nas, drużynę rezerw, drużynę kobiet też - powiedział, ale dziennikarze skontrowali: Laporta w tym sezonie jeszcze ani razu nie był w szatni żeńskiego zespołu. 

Barcelona od lat ma problemy ze szczelnością, więc na dokładkę jeden z pracowników ośrodka treningowego miał stwierdzić, że atmosfera wewnątrz drużyny jest dziwna i nie wszyscy piłkarze zgadzają się z diagnozami stawianymi przez trenera. Dowodem na to miała być przedmeczowa konferencja prasowa, na której Xavi mówił, że drużynie brakuje zwycięskiej mentalności, po czym Joao Cancelo twierdził, że akurat z mentalnością wszystko jest w porządku. Trener powiedział, że medialna presja ma zły wpływ na drużynę, tymczasem Portugalczyk zapewniał, że przez lata gry na wysokim poziomie nauczył się z nią żyć. Dopuszczał jednak, że te same artykuły mogą wpływać na młodych zawodników. 

Znając wypowiedzi zza konferencyjnego stołu, jeszcze ciekawiej oglądało się ten mecz. Xavi wskazywał, że dowodem na problemy z mentalnością jest duża liczba traconych bramek na 0:1. Tym razem Barcelona nie straciła bramki na początku meczu, a dopiero w 30. minucie, ale kolejny raz musiała odrobić straty. Kto pierwszy ruszył do ataku? Cancelo, który na konferencji pozycjonował się w szeregu z Ilkayem Gundoganem jako jeden z liderów zespołu. W drugiej połowie do gola dorzucił asystę i zapracował na miano najlepszego piłkarza w tym meczu. Potwierdził wszystko, co mówił dzień wcześniej.

Liderzy pomogli Barcelonie. Lewandowski w cieniu

W tak trudnym momencie, przy tylu wątpliwościach i plotkach Barcelona potrzebowała właśnie takiego meczu. Nie wszystko zgadzało się od strony taktycznej - przede wszystkim przed przerwą, gdy Porto zbyt łatwo przechodziło przez środkową tercję boiska i wyprowadzało kontrataki, ale Barcelona nawet przez moment nie zwątpiła w swój atak. Bywała nerwowa, ale nie było czuć z jej strony strachu. Błyskawicznie odpowiedziała na straconego gola, dobrze weszła w drugą połowę, zapracowała na zwycięską bramkę, a później wreszcie przejęła kontrolę nad meczem. W trudnych momentach polegała na swoich liderach - Cancelo był jej najgroźniejszym piłkarzem, a Gundogan dbał o jej bezpieczeństwo. Portugalczyk na skrzydle wzniecał ogień, a Niemiec w środku studził emocje. To połączenie było kluczem do zwycięstwa. Swoją cegiełkę dołożył też Inaki Pena, bramkarz, który rozegrał dopiero siódmy mecz dla Barcelony. Jej kibice uśmiechają się, że to zwycięstwo i awans do 1/8 finału Ligi Mistrzów, a co za tym idzie spokojniejsze tygodnie dla Xaviego, załatwił Jorge Mendes. To agent piłkarski, który zdołał doprowadzić do wypożyczenia Cancelo i Felixa do pogrążonej finansowo Barcelony. Bez jego negocjacyjnych umiejętności, piłkarzy tego kalibru w klubie by nie było. A bez nich wtorkowy wieczór wyglądałby zupełnie inaczej. 

- W Barcelonie nie ma chwili, by wszystkie problemy zostały rozwiązane, ale to jest dzień, w którym należy pogratulować piłkarzom i całemu klubowi - mówił uradowany Xavi na pomeczowej konferencji, a hiszpańscy dziennikarze podsumowali ostatnie tygodnie tylko jednym zdaniem: Xavi znów oddycha.

Więcej o:
Copyright © Agora SA