Tak Barcelona żegna się z Ligą Mistrzów. Zwycięstwo, ale też wstyd i porażka

Bartłomiej Kubiak
W mocno rezerwowym składzie, bez Roberta Lewandowskiego, ale ze zwycięstwem 4:2 z Viktorią Pilzno. Tylko na otarcie łez, bo FC Barcelona już przed tygodniem wiedziała, że to będzie jej ostatni mecz w tej edycji Ligi Mistrzów.

- Nie gramy już o nic w kontekście awansu, ale to dla nas ważny mecz pod względem prestiżu. Chcemy wygrać, zaprezentować tutaj bardzo dobry futbol. Bez względu na to, kto we wtorek wystąpi, musi pokazać, że zasługuje na to, by być w tej drużynie - mówił Xavi w poniedziałek, a więc dzień przed meczem z Viktorią Pilzno.

Zobacz wideo Dramat reprezentanta Polski. Dostał w oko, a potem drugi raz. Bez szans na MŚ 2022

Już od niedzieli było wiadomo, że w ostatniej kolejce Ligi Mistrzów w wyjazdowym meczu z Viktorią nie wystąpi Robert Lewandowski. Polski napastnik, najskuteczniejszy strzelec Barcelony w tym sezonie, dostał od Xaviego wolne. Oficjalnie - z powodu drobnych dolegliwości z plecami. Nieoficjalnie - jego kolejne gole we wtorek i tak nic by nie zmieniły, bo Barcelona przed tygodniem - jeszcze przed porażką 0:3 z Bayernem na Camp Nou - pożegnała się z Ligą Mistrzów.

Barcelona mocno rezerwowa. Aż dziewięć zmian w składzie

Xavi na ostatni mecz w tej edycji Ligi Mistrzów zapowiadał zmiany w składzie. I jak zapowiadał, tak zrobił. Bardzo dużo zmian, bo aż dziewięć w porównaniu do meczu z Bayernem oraz tyle samo w porównaniu do ostatniego ligowego spotkania z Valencią (1:0). We wtorek w wyjściowej jedenastce znaleźli się tylko Hector Bellerin i Franck Kessie, którzy przed tygodniem zagrali od początku z Bayernem. Oraz Jordi Alba i Ansu Fati, którzy w sobotę zaczęli mecz z Valencią.

To był początek drugiej połowy meczu z Valencią. Ferran Torres, który pojawił się na boisku po przerwie - na Estadio Mestalla jako były gracz Valencii był niemiłosiernie wygwizdywany, kiedy tylko był przy piłce - mógł w jednym momencie uciszyć cały stadion. Nie uciszył, bo kopnął za lekko, a później jeszcze fatalnie przestrzelił. Lewandowski, który w doliczonym czasie dał Barcelonie zwycięstwo, po sytuacji Torresa aż rozłożył ręce i nie dowierzał. Nie tylko, że Torres nie strzelił gola, ale również, że nie pozwolił strzelić jemu albo Pedriemu, którzy czekali na podanie.

Tym razem Torres już się nie mylił. Dwa gole i kluczowe podanie

We wtorek Torres, który zastępował na środku ataku Lewandowskiego, już się nie pomylił. Tuż przed przerwą podwyższył na 2:0. A wcześniej też dobrze podawał. Miał duży udział przy pierwszej bramce, kiedy sprytnie i szybko przed polem karnym odegrał piłkę do Ansu Fatiego. Skrzydłowy Barcelony po chwili oddał strzał, który skutecznie dobił Marcos Alonso.

To był gol na 1:0. Barcelona prowadziła w Pilźnie od szóstej minuty. Zaczęła ten mecz dobrze, ale im bliżej przerwy, tym grała gorzej. Albo inaczej: to piłkarze Viktorii - którzy także zaczęli spotkanie w dość eksperymentalnym składzie - grali lepiej. W 21. minucie mogli doprowadzić do remisu, ale Barcelonę od straty gola uratowała poprzeczka (strzelał Tomas Chory), a w 31. debiutujący w bramce Inaki Pena, który zastępował Marca-Andre ter Stegena (obronił uderzenie Lukasa Kalvacha).

Gol Torresa tuż przed przerwą był zaskakujący. Nawet nie tyle ze względu na grę Barcelony, która z przebiegu spotkania coraz mniej na niego zasługiwała, ile dla samych sędziów, którzy początkowo popełnili błąd. Radu Petrescu najpierw odgwizdał pozycję spaloną Alby, ale po konsultacji z VAR słusznie cofnął decyzję i uznał bramkę Torresa. Pierwszą i nie ostatnią, bo w 54. minucie Hiszpan trafił po raz drugi. To była błyskawiczna odpowiedź Barcelony na kontaktowego gola Viktorii, którego w 51. minucie strzelił Chory z rzutu karnego.

Barcelona znowu nie osiągnęła tego, co sobie założyła

Mecz w Pilźnie miał pokazać, że istnieje życie bez Lewandowskiego. No i może pokazał, bo Torres zagrał niezłe spotkanie, a Barcelona wygrała 4:2. Tylko co to za życie, skoro drużyna Xaviego znowu popełniała błędy w obronie -  jak przy golu na 2:3 dla Viktorii - a przy tym, co znacznie ważniejsze, znowu nie osiągnęła tego, co sobie założyła.

Latem prezydent Joan Laporta zapowiadał, że to będzie sezon, w którym Barcelona powalczy o wszystko. Nie minęło nawet pół sezonu, a już nie ma jej w Lidze Mistrzów. To drugi sezon z rzędu, kiedy Barcelona wiosną grać będzie tylko w Lidze Europy. Ale dziś rozczarowanie jest znacznie większe niż przed rokiem, bo po letnich transferach ambicje i oczekiwania były znacznie większe niż trzecie miejsce w grupie za Bayernem i Interem.

Dla obecnej Barcelony to po prostu wstyd i porażka. I jeszcze większa presja, by w lidze hiszpańskiej po trzech sezonach w końcu odzyskać mistrzostwo. Tam na razie zespół Xaviego nie zawodzi, bo choć dwa tygodnie temu przegrał w El Clasico 1:3, po 12 kolejkach traci do Realu zaledwie punkt. Zderzenie z europejskimi pucharami jest jednak brutalne. Też dla samego Xaviego, który z ośmiu meczów Ligi Mistrzów - zaczynał w zeszłym sezonie od remisu z Benfiką (0:0) i porażki z Bayernem (0:3) - wygrał tylko dwa. Oba z Viktorią, czyli najsłabszą drużyną w grupie.

Więcej o:
Copyright © Gazeta.pl sp. z o.o.