Kasparow wygrywał nie dając mata, ale zakładając zegarek. Real Madryt też to ma

Dawid Szymczak
Finał Ligi Mistrzów zawdzięczają nie tyle sprawnym nogom, co mocnym głowom. Real Madryt doszedł do niego wspaniałymi zrywami: kwadransem świetnej gry z PSG, połówką z Chelsea i pięcioma minutami z Manchesterem City. - Nie mieliśmy ułamka wątpliwości w 89. minucie, gdy potrzebowaliśmy dwóch goli. Ten klub taki jest. Nigdy się nie poddaje - próbuje tłumaczyć niewytłumaczalne Casemiro.

Garri Kasparow, szachowy arcymistrz i legenda tej dyscypliny, zwykle podczas gry zdejmował zegarek i kładł go obok szachownicy. Gdy zakładał go z powrotem, przeciwnikom zaczynały pocić się ręce. To był znak, że przechodzi do ofensywy i partia już długo nie potrwa, więc powoli można się zbierać. Najpierw zegarek, później marynarka, mat i do domu. To zapinanie zegarka obrosło legendą. Przyjęło się mówić, że Kasparow nie wygrywa dając mata lub zmuszając przeciwnika do poddania, ale zakładając zegarek, bo to znaczy, że wszystko już zaplanował, przeliczył i jest pewny swego. 

Zobacz wideo Wisła nad przepaścią. Brzęczek: Jakbym nie był optymistą, to musiałbym zrezygnować z pracy

Real Madryt robi to samo. Nie musi grać lepiej od swoich rywali, ale w każdym meczu Ligi Mistrzów w końcu zakłada zegarek. Wtedy potężnieje i przeraża. Dostaje skrzydeł i fruwa nad boiskiem. Na chwilę każdy z jego piłkarzy wydaje się o głowę większy. Rywale z najwyższej półki, ocierający się w swoim fachu o perfekcję, zaczynają popełniać proste błędy. Nagle Gianluigi Donnarumma z PSG panikuje, Edouard Mendy z Chelsea oddaje piłkę Karimowi Benzemie i zostawia pustą bramkę, a Ruben Dias z Manchesteru City fauluje w swoim polu karnym. Gdy w meczach Realu nad boiskiem zaczyna unosić się magia, wszystko może się zdarzyć. Mogą nawet paść dwa gole, chociaż do końca meczu pozostaje raptem pięć minut, a obrońca Realu dopiero co wybijał piłkę z bramki. 

Większe wrażenie od nóg piłkarzy Realu robią ich głowy

Tłumacząc sukcesy w piłce nożnej zwykle zwraca się uwagę na wyśmienitego trenera, świetnego napastnika, mądry pomysł na dany mecz czy rozsądne zarządzanie całym klubem. Mentalność i przygotowanie psychologiczne są dodatkiem, wspominanym niejako przy okazji. Ale w przypadku Realu wychodzą na pierwszy plan. Najpierw mówi się o nieprawdopodobnej wręcz odporności na stres, wierze w sukces, pewności siebie i wytrzymywaniu ciśnienia w najbardziej newralgicznych momentach, a dopiero później dochodzi się do fantastycznego Karima Benzemy, niezmordowanego Luki Modricia czy odrodzonego Daniego Carvajala. Daleko w kolejce do chwalenia stoją trener Carlo Ancelotti i Antonio Pintus, spec od przygotowania fizycznego. Większe wrażenie od nóg piłkarzy Realu robią ich głowy. 

Nie byli w półfinałowym dwumeczu lepsi od Manchesteru City. Nie mieli silniejszej i szerszej kadry. Nie mieli też bardziej biegłego w taktyce trenera. W rewanżu musieli gonić wynik, ale nie atakowali zachłannie. Grali tak, jakby wierzyli, że finał Ligi Mistrzów jest im przeznaczony, więc w końcu ta piłka raz i drugi wpadnie do bramki. Mieli drużynę, która nikogo się nie boi, która nigdy nie pęka i nawet przez ułamek sekundy nie przestaje w siebie wierzyć.

Nawet jak przegrywa 0:3 z Chelsea w rewanżu, to strzela dwa gole i dzięki przewadze z pierwszego spotkania, awansuje. Przegrywa w dwumeczu z Manchesterem City 3:5, ale rzutem na taśmę - w 84 sekundy - strzela dwa gole, w dogrywce dokłada trzeciego i z wynikiem 6:5 melduje się w finale. Gdy Real wygląda na martwego, jest najgroźniejszy. 

"Co się wydarzyło? Jedno słowo: Real Madryt" 

Podobno historia nie gra, DNA klubów to wyświechtany frazes, a trybuny - według lubianego przez trenerów powiedzonka - nigdy nie strzeliły gola. Ale przyjeżdża na Santiago Bernabeu Manchester City, tak taktycznie poukładany, z tyloma gwiazdami w składzie, z przewagą jednego gola i po półtorej godzinie się rozpada. Później ani Guardiola, ani Ancelotti nie potrafią tego rozsądnie wytłumaczyć. Najbardziej przekonująco brzmi po meczu Thibaut Courtois, bramkarz Realu. - Co się wydarzyło? Dwa słowa: Real Madryt. Myślę, że ta ekipa i ten klub są zdolni do wszystkiego. Wierzyliśmy do samego końca. Ferland Mendy wykonał kluczową obronę na linii, potem ja. Kiedy strzeliliśmy gola na 1:1, to nie chcę mówić, że piłkarze Manchesteru City się obs*ali, ale dobrze wiedzieli, co może się wydarzyć. Po trafieniu na 2:1, Manchester City był już martwy, a my wiedzieliśmy w dogrywce, że jesteśmy lepsi.

Ale kataloński dziennik "Mundo Deportivo" poucza: "Nie próbuj tego tłumaczyć, bo nie ma wytłumaczenia dla dokonań Realu w Lidze Mistrzów". Dla klubu z Madrytu finał z Liverpoolem będzie 17. w historii i szansą na 14. puchar. Ale znów - jak w 1/8 z PSG, ćwierćfinale z Chelsea i półfinale z Manchesterem City - nie będzie faworytem. I znów - jak we wszystkich tych meczach - w którymś momencie założy zegarek. A wtedy do mata zostanie już tylko parę ruchów. 

Więcej o: