Zgarnia rekordowe 43 mln euro. Doprowadził do największego kryzysu od dekady

Dawid Szymczak
Jeszcze nigdy Atletico Madryt nie miało tak drogiej kadry. Ale też dawno nie było w tak potężnym kryzysie i nie traciło tylu bramek. Nawet jeśli przez 80 minut prowadziło z Manchesterem United, dwa razy obijało poprzeczkę, na koniec i tak było rozczarowane. Środowy mecz skończył się remisem 1:1, a pytania, co dalej z Diego Simeone - pozostały.

"Cholismo" oznaczało styl gry, który Diego Simeone zaszczepił w Atletico Madryt. W 2013 r. to określenie było tak popularne, że zostało wybrane drugim najważniejszym słowem w Hiszpanii. Esencją tego stylu była defensywna solidność, która pozwalała utrzymać takie jednobramkowe prowadzenie jak w meczu z Manchesterem United w 1/8 Ligi Mistrzów, nawet gdyby spotkanie trwało pięć godzin. Atletico miało wynik, oddawało piłkę przeciwnikowi i zuchwale pytało: co nam zrobisz?

Zobacz wideo Były król strzelców ekstraklasy może skończyć karierę. "Jestem pół roku bez grania"

Teraz to przeciwnik - nawet tak pogubiony i drużynowo niezorganizowany, jak Manchester United - w końcu zabiera bez pytania piłkę, atakuje i w końcu trafia. Zamiast perfekcyjnej gry w obronie, Atletico ma dziś na wizytówce głupio tracone gole. Jak z United - jedno podanie Bruno Fernandesa w końcówce meczu zgubiło trzech obrońców, którzy nie dali rady dogonić 19-letniego Anthony’ego Elangi.

Prawdopodobnie żaden inny zespół tak bardzo nie zmienił się przez ostatnią dekadę. Simeone w 2011 r. zastał rozbitą drużynę pełną rozkapryszonych gwiazdek. Zagonił je do roboty. Najpierw był niesłychanie szybki wzrost - finały i zwycięstwa w Lidze Europy, później finały Ligi Mistrzów bez ostatecznego triumfu, ale posłodzone dwoma mistrzostwami Hiszpanii, wyrwanymi z rąk Realu Madryt i FC Barcelony. Atletico na dobre zachwiało hiszpańską hierarchią i rozgościło się na europejskich salonach. Rosło i się zmieniało. Zamarzyło o pięknej grze. Odeszło od swojego stylu i dotarło do kryzysu tożsamości, którego efekty oglądamy od miesięcy.

Nie wiadomo, jaki ma być zespół Simeone, czym chce się wyróżniać i w jakim stylu grać. Z Pucharu Króla już odpadł, w Lidze Mistrzów ślamazarnie wyszedł z grupy i pierwszy mecz z United kończy rozczarowany, bo nie brakowało sytuacji na podwyższenie wyniku, a w lidze jest na piątym miejscu i traci aż 15 punktów do liderującego Realu. 

Mariusz PiekarskiAgent Michniewicza zmienił zdanie ws. meczu z Rosją o 180 stopni

Atletico było jak Hobin Hood, dumnie wsadzało rywalom kij w szprychy

Trudno nie dostrzec pogubienia Atletico, które wydaje najwięcej na transfery, kupuje piłkarzy z pięknymi nogami, a nie wielkim sercem. Z drugiej strony wciąż ma trenera, który najchętniej zagoniłby wszystkich tych utalentowanych piłkarzy do katorżniczej pracy, jak rzemieślników pokroju Gabiego parę lat temu. Dlatego Joao Felix, który kosztował aż 127 mln euro, bezradnie rozkłada ręce, bo chciał do Disneylandu, a trafił do wojskowej jednostki. Sierżant Simeone nie daje mu swobody i od ponad dwóch lat nie może znaleźć pomysłu jak wkomponować go do swojego wojska. Wygląda to tak, jakby portugalski napastnik znalazł się w pułapce - kosztował tyle, że nie może teraz tak po prostu odejść. Z United strzelił gola, uniósł wysoko ręce i zastygł, by napawać się stadionowym tumultem. Takich chwil powinien doświadczać co tydzień, a nie raz na parę miesięcy.  

W najlepszych latach piłkarze Siemone potrafili uczynić sztukę z bronienia się. Kibice podziwiali pojedynczych obrońców i cały system przesuwania, skracania, agresywnej gry tak, jak zazwyczaj doceniają indywidualne popisy napastników albo kombinowane zespołowe akcje grane do przodu. U nich imponowało wyrachowanie. Byli nie do ruszenia. Ambitni, agresywni, wytrzymali. Odnajdywali spełnienie w bieganiu za przeciwnikami. Lubowali się w utrudnianiu im gry. Wspomniane już "Cholismo" oznaczało katorżniczą pracę i czciło Simeone, który dla piłkarzy był absolutnym autorytetem. Liderem zespołu. Barcelona miała Messiego, Real Cristiano Ronaldo, a Atletico miało Simeone. W grze żadnej innej drużyny na świecie tak wyraźnie nie odbijały się cechy jej trenera. 

Atletico stawiało się w roli uciemiężonych, reprezentantów wszystkich biednych, którzy rzucają wyzwanie bogatszym i bardziej utytułowanym. Thiago, symbol tamtej ekipy, mówił po mistrzowskim sezonie, że są jak Robin Hood. Simeone tłumaczył, że muszą tak grać - wsadzać kij w szprychy. A podczas fety wykrzyczał: "To nie tylko puchar! To dowód na to, że jeśli wierzysz i pracujesz, to możesz wszystko". Oni chcieli być postrzegani jako ci źli i brzydcy. Taka narracja przez lata pasowała do ich stylu: agresywnego, zawziętego, opartego na walce, nieprzyjemnego przede wszystkim dla rywala, ale widza też. Przekonali wszystkich, że tak po prostu muszą. Mieli twarz Germana Burgosa, asystenta trenera, który sam określał swoją facjatę "mordą" i twierdził, że pasuje z nią tylko do Atletico.  

Od lata 2020 r. już go w klubie nie ma. Odszedł od Simeone, by pracować samemu. Trzy lata wcześniej Atletico przeprowadziło się z archaicznego, ale mającego klimat Vincente Caldero na ultranowoczeną Wandę Metropolitano. Od lat wydaje setki milionów na transfery. Kupuje artystów - jak Felix. Bierze piłkarzy o ofensywnym usposobieniu - jak boczny obrońca Renan Lodi. W środku pola ma już mniej wybieganych walczaków, a więcej zawodników wyrafinowanych taktycznie i technicznie. Nawet przed tym sezonem zamiast dodatkowego środkowego obrońcy, których w kadrze było tylko czterech, wzięto ofensywnego Matheusa Cunhę. Atletico przestało być klubem "dla murarzy, taksówkarzy i sprzedawców churros", jak z dumą charakteryzował Burgos. Jeszcze nigdy nie miało tak uzdolnionej i tak drogiej kadry.

Andrij SzewczenkoAndrij Szewczenko zabrał głos ws. inwazji Rosji na Ukrainę

Kryzys tożsamości trwa. Co dalej z Atletico Madryt i Diego Simeone? 

W Atletico jest dziś wielu piłkarzy kochających boiskową wolność, łamiących schematy i cierpiących, gdy zamyka się ich w sztywnych taktycznych ramach. W wielu meczach można odnieść wrażenie, że zmienił się zespół, ale nie człowiek nim zarządzający. Simeone wydaje się miotać między tym, w co wierzy, a tym co od niego oczekują władze. Jakby nie nadążał za zmianami w klubie. Jakby wewnętrznie wciąż walczył z własnymi ograniczeniami, które nie pozwalają mu nieco opuścić gardy i samemu skupić na zadawaniu ciosów. Nawet w meczu z United najlepszym zawodnikiem Atletico był Geoffrey Kondogbia - silny, agresywny środkowy pomocnik, który przerwał mnóstwo akcji i obrzydził grę Bruno Fernandesowi i Fredowi, pomocnikom United.  

Atletico znalazło się na rozdrożu. Błądzi. Nie jest dziś ofensywne ani defensywne, bo straciło najwięcej goli w lidze od dekady. Nie gra piłki wyrachowanej ani atrakcyjnej. Nie wykorzystuje stałych fragmentów, samo traci po nich gole, ma kilku liderów ewidentnie bez formy - Jana Oblaka, Jose Marię Gimeneza, Marcosa Llorente czy Antoine’a Griezmanna.

- Widzę rozluźnienie wśród kolegów. Mamy teraz wielkich zawodników i chyba za często wydaje nam się, że oni w każdej chwili mogą sami wygrać mecz. Zapominamy, że każde spotkanie trzeba wywalczyć, wybiegać. - diagnozował kilka tygodniu temu Gimenez. - Simeone cały czas do nas trafia, ma posłuch, każde jego słowo zostaje w twojej głowie na długo - zapewniał, uprzedzając pytania. 

I to już jest pewna zmiana, bo przez lata, nawet gdy Atletico miało gorszy moment, hiszpańscy dziennikarze nawet nie zastanawiali się, czy to już czas pożegnać argentyńskiego trenera. Za duży mieli do niego szacunek, za wiele wygrał, był twarzą klubu. Te pytania pojawiają się dopiero od kilku miesięcy: najpierw nieśmiałe - na konferencji prasowej, czy on sam nie czuje się zmęczony pracując nieprzerwanie od 11 lat, a później pytali już śmielej - czy jeszcze ma pomysły, jak ten zespół rozwijać. Simeone zaprzeczał, że jest wypalony i zapewniał, że wie, co dalej robić.

- Nie możemy teraz wylewać żali. Musimy odwrócić tę sytuację. Mam pełne zaufanie do naszej drużyny i naszego trenera - powiedział Miguel Angel Gil, dyrektor generalny Atletico, czym uciął plotki o możliwym rozstaniu z Simeone, który jest najlepiej opłacanym trenerem na świecie. Według "Forbes" rocznie zarabia 43,2 mln euro.

Ale wrażenie, że trener doszedł do ściany, jest wyraźne. Ostatnim celem na ten sezon i niezdobytym pucharem w ogóle jest Liga Mistrzów. Dlatego też wynik rewanżu na Old Trafford z Manchesterem United może okazać się fundamentalny dla przyszłości Simeone i całego Atletico.

Michniewicz może stracić dwóch reprezentantów Polski na mecz z RosjąMichniewicz może stracić dwóch reprezentantów Polski na mecz z Rosją

Więcej o: