Aplikacja Fotball LIVE
  POBIERZ

Legia wykonała plan minimum. "Nie ma kolejnej Astany, Sheriffa Tyraspol czy Dudelange"

Dawid Szymczak
Na dwumecz Legii Warszawa z Florą Tallin każdy może spojrzeć po swojemu: jeden doceni dwa zwycięstwa i awans do III rundy eliminacji Ligi Mistrzów, drugi zauważy, że wygrane przyszły w bólach i w grze Legii jest jeszcze dużo mankamentów. Cel minimum zrealizowany - faza grupowa Ligi Konferencji już pewna, punkty do krajowego rankingu wpadły - ale pokłócić się można.

Kluczowe w rewanżu w Tallinie były dwie akcje po 66. minucie: najpierw bramkę zdobyła Flora, ale sędzia dopatrzył się spalonego, a VAR-u na tym meczu nie było, więc poprawić go nie miał kto. Ale żeby za łatwo nie było, to po drodze piłka dotknęła jeszcze ręki piłkarza Flory. Zgadujemy więc, że nawet gdyby był VAR i tak mogłoby wydarzyć się wszystko, bo zależy jak sędzia zinterpretowałby tę rękę, której bez powtórki najpewniej nie dostrzegł. Bez VAR-u bramka nie została uznana, Legia miała furę szczęścia, ale na reakcję Artura Boruca w ogóle nie miało to wpływu. Wybiegł z bramki, dopadł do Josue i dosadnie przekazał, co sądzi o jego zaangażowaniu w grę obronną. Dostało się też pozostałym pomocnikom i obrońcom. Gdy Legia Warszawa ruszyła z odpowiedzią, echo po krzykach Boruca niosło się jeszcze po trybunach. I wtedy mistrzowie Polski przeprowadzili najlepszą akcję w tym meczu: kilka podań bez przyjęcia, mocne dośrodkowanie Josipa Juranowicia, pewne wykończenie Rafaela Lopesa. Zamiast 1:0 dla Flory było 1:0 dla Legii. I tak zostało już do końca meczu.

Zobacz wideo Cieszynka grozy Kapustki i gol w Lopesa w 91. minucie. Słabą Legię czeka trudny rewanż

Ciesząc się ze zdobytej bramki piłkarze Legii usiedli na murawie i udawali, że grają na konsoli, sugerując zapewne, że właśnie przeprowadzili akcję jak z wirtualnego futbolowego świata. Jeśli o to rzeczywiście chodziło, to dużo w tym przesady, a patrząc na przebieg całego meczu - taka cieszynka wręcz do niego nie pasowała. Tyle dobrego, że przy tym sposobnie cieszenia się z gola nie mogło dojść do żadnej pechowej kontuzji.

Rafael Lopes - daleko w kolejce do pochwał, pierwszy od strzelania ważnych goli

Nie ma kolejnej Astany, Sheriffa Tyraspol, Spartaka Trnawa czy Dudelange. Jest ulga, bo chociaż dwumecz z Florą Tallin zapowiadał się na łatwiejszy niż z norweskim Bodo/Glimt w poprzedniej rundzie, to kilka razy sytuacja wymykała się Legii spod kontroli. W Warszawie kilka błędów popełnił Mateusz Hołownia, a gra całego zespołu była zbyt ślamazarna. Gol na 2:1 padł dopiero w doliczonym czasie gry. Mecz w Tallinie był podobny - też skończyło się zwycięstwem, choć znów o pochwały trudno, bo w pierwszej połowie Legia nawet nie oddała celnego strzału, dała się zdominować, w jej grze za dużo było nerwowości, a w głowie co kilka minut pojawiała się myśl, że lepszy rywal daną okazję spokojnie by wykorzystał.

Legia miała sporo szczęścia i ofiarnie grającego Mateusza Wieteskę w obronie. A to Zenjow spudłował po dobrym dośrodkowaniu Ojamy, a to Sappinen nie sięgnął piłki dogranej przez Wassiliewa, a to Kuusk z pięciu metrów zamiast do bramki kopnął w trybuny. Mówimy o piłkarzach z 53. ligi w uefowskim rankingu. Z ligi gorszej niż gibraltarska, maltańska, lichtensztańska czy z Wysp Owczych. 

Dlatego chciałoby się bardziej przekonującego awansu w spokojniejszych okolicznościach. Tymczasem Legia uspokoiła grę dopiero w końcówce pierwszej połowy, ale po godzinie znów zaczęła oddawać inicjatywę. Wtedy kluczowego gola znów strzelił Rafael Lopes - piłkarz stojący daleko w kolejce do pochwał, ale pierwszy do zdobywania ważnych bramek. Większe oczekiwania są wobec Mahira Emreliego, skuteczniejszy jest Tomas Pekhart, lepsze wrażenie robi technika Josue, kibice chwalą Luquinhasa, ale znów to Lopes trafił, gdy losy dwumeczu wydawały się przechylać w stronę Flory. Napastnik, który teoretycznie wciąż jest trzecim w hierarchii, w poprzednim sezonie Portugalczyk zapewniał Legii zwycięstwa w ważnych meczach z Lechem Poznań i z Piastem Gliwice. Teraz przełożył to na grę w Europie.

Po pięciu latach odpadania w przedbiegach Legia Warszawa zagra jesienią w fazie grupowej europejskich rozgrywek. Których? Nie wiadomo, wszystko zależy od wyniku Dinamem Zagrzeb w III rundzie eliminacji Ligi Mistrzów. Jeśli Legia wygra, pozostanie w grze o Ligę Mistrzów, a także wywalczy rozstawienie w IV rundzie. Jeśli przegra, zagra jeszcze w IV rundzie eliminacji Ligi Europy. A jeśli i wtedy Legii nie pójdzie, to i tak zagra w fazie grupowej Ligi Konferencji. Tego jest pewna już teraz. 15 milionów zł premii od UEFA również. Trwa walka o więcej. 

Legia w Tallinie, Bartosz Kapusta w Berlinie. Ale ma go kto zastąpić - to plus z meczu w Tallinie

Trener Czesław Michniewicz wszystko podporządkował rewanżowi w Tallinie. Na mecz z Wisłą Płock w pierwszej kolejce Ekstraklasy wystawił zmienników, wszystkich podstawowych piłkarzy zostawił na ławce rezerwowych, a w środku pola urządził casting na zastępcę kontuzjowanego Bartosza Kapustki. Ernest Muci rywalizował z Josue. Albańczyk strzelił pięknego gola, ale to Portugalczyk bardziej wpływał na grę Legii, więc z Florą to on wyszedł w pierwszym składzie.

Kapustka we wtorek po południu przeszedł dwugodzinną operację więzadeł krzyżowych w jednej z najlepszych klinik w Niemczech u prof. Andreasa Weilera, specjalisty od urazów kolan. Szacuje się, że do gry wróci osiem miesięcy. A że był to piłkarz kluczowy dla stylu gry Legii Warszawa, potrzeba znalezienia odpowiedniego zastępcy jest tym większa. Mecz z Florą podtrzymał nadzieję, że sprawdzić może się Josue, który dołączył do Legii pod koniec okresu przygotowawczego. Choć nie jest jeszcze odpowiednio przygotowany fizycznie, już robi wrażenie. To on pomysłowymi podaniami wprowadzał zamieszanie w obronie rywala, to on potrafił znaleźć korytarz do podania piłki wahadłowym albo napastnikowi. Słowem - gdy Legia robiła już na boisku coś niekonwencjonalnego, to zazwyczaj za sprawą Josue. Kapustka, który oglądał mecz w szpitalnej sali, widział, że na Josue spadło jedno z jego najważniejszych zadań: znajdowania przestrzeni między liniami rywala i szybkiego odwracania się z piłką w stronę bramki. Portugalczyk wywiązywał się z tego całkiem nieźle. A że później brakowało mu siły, by o piłkę powalczyć? O to właśnie pretensje miał Boruc. Josue z każdym kolejnym treningiem powinno być jednak łatwiej. 

Czy Legię należy pochwalić?

Pytanie w kontekście różnych polskich klubów o to, co uznawać w europejskich pucharach za sukces, wraca niemal co roku i co roku oczekiwania są niższe. Ale nawet pomimo, że te szorują już po dnie, Legii za grę pochwalić się nie da. Dobrze jednak, że wpadną punkty do rankingu UEFA, pieniądze na wzmocnienia i że jest powód, żeby tę grę poprawić. Do meczu z Dinamem Zagrzeb został tydzień, a przed Czesławem Michniewiczem mnóstwo roboty. Zmienić trzeba wiele, ale zmienią się też oczekiwania. Bo o ile z Florą Tallin nie przystoi przepychać dwumeczu kolanem, o tyle w kolejnej rundzie weźmiemy to w ciemno.

Więcej o: