Takiej atmosfery nie było od dawna! Michniewicz znowu został bohaterem

Takiej atmosfery przy Łazienkowskiej nie było od dawna, a nawet od bardzo dawna. Ale tu nawet nie o samą atmosferę się rozchodzi, a o mecz, bo Czesław Michniewicz znowu miał na niego plan. I ten plan znowu zadziałał - spotrzeżeniami po kolejnej wygranej Legii Warszawa z FK Bodo/Glimt (2:0) w Lidze Mistrzów dzieli się Bartłomiej Kubiak ze Sport.pl.

Jedno mówił, drugie zrobił

- Nie myślimy o tym, aby w środę wyjść na boisko i bronić jednobramkowej przewagi. Chcemy grać po swojemu, według własnych zasad. I osiągnąć jak najkorzystniejszy wynik. Tym bardziej że od tego sezonu nie liczą się już gole na wyjeździe. Gdybyśmy wygrali w Norwegii różnicą dwóch bramek, byłoby to korzystniejsze. Ale nie wygraliśmy - przypominał przed rewanżem Czesław Michniewicz i apelował na wtorkowej konferencji o wsparcie trybun.

Zobacz wideo Legia - Bodo. Mistrz Polski wykonał plan. Brawa dla Luquinhasa, brawa dla Michniewicza

O tym, jak Legia chce podejść do tego spotkania, pokazał już sam jego początek. 3. minuta, kiedy piłkarze Bodo/Glimt wymieniali piłkę w poprzek boiska. Byli wtedy przeraźliwie wygwizdywani z trybun, ale Czesław Michniewicz i jego drużyna nie zważała na te gwizdy. Spokojnie czekała na rywala 30-40 metrów od własnej bramki i pozwalała mu swobodnie wymieniać piłkę w środkowej strefie. A kiedy ją przechwyciła, robiła wszystko, by jak najszybciej przenieść ją pod bramkę Bodo/Glimt. Tu pojawiał się jednak pewien problem...

Legia i jej trener byli cierpliwi

Plan wydawał się jasny i klarowny, ale no właśnie: wydawał, bo gorzej było z jego wykonaniem. Legioniści w pierwszej połowie rzadko byli z piłką na połowie Bodo/Glimt. W zasadzie po raz pierwszy kibice bardzo żywo - ale nie gwizdami, a brawami - zareagowali w 19. minucie, kiedy na połowie Norwegów piłkę przejął Luquinhas. Brazylijczyk popędził od razu do przodu, a zaraz za nim pozostali legioniści. Na czele Mehirem Emrelim, który miał najbliżej do bramki, ale podania od Luquinhasa się nie doczekał, bo ten zagrał za mocno.

Michniewicz nadal stał wtedy przy linii niewzruszony. Nie było po nim widać, ze jest zły na Luquinhasa, że zmarnował dobrą okazję do kontry. Podobnie było w 37. minucie, kiedy może i trener Legii trochę pokręcił nosem, ale tylko trochę. Też nie był przesadnie zły na Brazylijczyka, kiedy ten niepilnowany sprzed pola karnego nie trafił w bramkę. Jakby wierzył, że w końcu trafi. No i trafił - w 41. minucie, po indywidualnej akcji. Wtedy Michniewicz już nie wytrzymał - zaczął zaciskać pięście i skakać wzdłuż bocznej linii - takiej eksplozji radości nie powstydziłby się żaden kibic Legii.

Niby to tylko rozgrzewka

Do meczu pozostała niespełna godzina. Na boisku byli już wtedy i bramkarze Legii, i bramkarze Bodo/Glimt. To była rozgrzewka. To znaczy: dwie oddzielne rozgrzewki. Z pozoru podobne, ale tylko z pozoru, bo Norwegów bardziej interesował chyba klimat na trybunach, niż samo kopanie piłki. A nawet nie chyba, bo kiedy trener bramkarzy Ricardo Pereira ćwiczył z Arturem Borucem dalekie wykopy, a po chwili chwyty, po drugiej stronie delegacja z Bodo zajmowała się robieniem zdjęć i podziwianiem trybun, a piłkarze na boisku też nie wyglądali na specjalnie skoncentrowanych na samej rozgrzewce.

Może z rytmu wybił ich głośny doping dla drużyny Michniewicza, ale też chwilę wcześniej przeraźliwe gwizdy, które w środę wieczorem przywitały ich przy Łazienkowskiej. Po raz pierwszy, bo to nie był koniec gwizdów, a początek. Też w trakcie rozgrzewki, bo kiedy na 20 minut przed meczem Norwegowie podeszli w końcu bliżej "Żylety" (rozgrzewkę mieli blisko środka boiska) i zaczęli oddawać strzały, dalej byli wygwizdywani.

Długo trzeba było czekać

"Ze względu na obowiązujące obostrzenia, zachęcamy kibiców do wcześniejszego przyjścia na stadion. Pozwoli to uniknąć niepotrzebnych kolejek, a także usprawni całą przedmeczową komunikację" - apelowała przed meczem Legia, która we wtorek uruchomiła dodatkową sprzedaż biletów dla osób zaszczepionych. Bez tego stadion przy Łazienkowskiej w środę mógł zapełnić się w połowie. A licząc wraz z osobami zaszczepionymi, teoretycznie mógł być nawet komplet.

Kompletu nie było, ale stadion wyglądał na zapełniony więcej niż w połowie. Na pewno był rozśpiewany i żywo reagujący. I to już od już rozgrzewki. To na Łazienkowskiej w ostatnich miesiącach rzadko spotykany widok. Dopiero drugi raz w tym roku, ale po raz pierwszy w aż tak licznym gronie, bo na majowy mecz z Podbeskidziem (1:0) w ostatniej kolejce ekstraklasy stadiony mogły zapełnić się maksymalnie w 25 proc. Czyli w przypadku Legii było to nieco ponad 7,5 tys. fanów.

Trzeba daleko sięgać pamięcią, bo aż do sezonu 2019/20 i marcowego meczu z Piastem (1:2), by przypomnieć sobie nawet nie tyle atmosferę, ile zwyczajnie tak dużą liczbę kibiców na stadionie. Wtedy na obiekt przy Łazienkowskiej przyszło blisko 19 tys. widzów. Teraz oficjalnych statystyk jeszcze nie znamy, ale liczba widzów mogła być podobna.

Michniewicz znowu bohaterem

A może nawet była wyższa? Na pewno kibice na trybunach byli głośni. Od początku do końca. Na boisku nie zobaczyli może dobrego meczu, bo Legia po golu Luquinhsa grała może tylko trochę bardziej odważnie - nie zmieniła sposobu gry. Ale nie zmieniła, bo nie musiała. To rywal potrzebował odrabiać straty - nie jednej bramki, a dwóch. I co? I nie odrobił żadnej, a w doliczonym czasie stracił drugiego gola, bo na 2:0 dla Legii wynik meczu ustalił wracający z urlopu po mistrzostwach Europy - w środę wchodząc na boisko jako rezerwowy - Tomas Pekhart.

Już przed tygodniem pisaliśmy, że bohaterem Legii w Bodo wcale nie był Emreli - strzelec dwóch goli w wygranym 3:2 meczu - ani żaden inny piłkarz. Że tym bohaterem był trener Czesław Michniewicz, który dobrze rozpracował Norwegów i przygotował skuteczny plan na tamto spotkanie.

Po środowym spotkaniu trzeba znowu wskazać na Michniewicza. Bo trener Legii znowu miał plan. Może nie był on tak efektowny dla kibiców, jak ten plan z Norwegii, ale był efektywny, bo dał jego drużynie awans. Zresztą słowo drużyna bardzo dobrze tu pasuje, bo dawno piłkarze Legii nie byli aż tak świadomi. Aż tak nie było po nich widać, że wiedzą, co mają grać. Że są przygotowani nie tylko fizycznie, ale i taktycznie. Czyli właśnie, że mają plan. No i że ten plan działa. A na razie działa. I tego się trzymajmy. Też w kolejnej rundzie, gdzie Legia zagra pierwszy mecz już za tydzień - u siebie z Florą Tallin.

Więcej o:
Copyright © Gazeta.pl sp. z o.o.