Aplikacja Fotball LIVE
  POBIERZ

Superliga bez nawet jednego meczu. "Mogli się tego nie spodziewać. Krytyka i potępienie"

Jakub Balcerski
- Nie wiem, czy uda się rozegrać nawet jeden mecz SuperLigi. Reakcje są ostre i przywiodły do tego tematu osoby, których założyciele mogli się nie spodziewać. Rząd będzie się starał jak najbardziej utrudnić ich działania w Anglii - mówi Sport.pl James Dixon, autor książki o pierwszym sezonie Ligi Mistrzów i wyjaśnia, dlaczego powstanie Superligi wyraźnie różni się od przeprowadzonej blisko 30 lat temu reformy rozgrywek.

Idea gry najlepszych z najlepszymi w piłce nożnej to nic nowego. Dlatego po ogłoszeniu powstania SuperLigi w poniedziałek media i kibice przypominali już dziesiątki artykułów z lat 50., które zapowiadały powstanie czegoś na wzór rozgrywek, które mają zrewolucjonizować nowoczesny futbol. 

SuperLigę przypominać mogą także choćby reformy Pucharu Europy i Ligi Mistrzów. Zapytaliśmy o nie Jamesa Dixona, autora książki "The Fix. How the First Champions League Was Won and Why We All Lost" wydanej przez wydawnictwo Pitch Publishing, która dotyczy pierwszego sezonu LM, a także kulisów podejmowania decyzji o reformie europejskich pucharów dokonanej przez UEFA

Zobacz wideo Powstała Superliga, w tle konflikt interesów. "UEFA ma problem z tym, że kluby chcą zarabiać pieniądze bez niej"

Jakub Balcerski: Czy SuperLiga mogła powstać już 30 lat temu, gdy opracowywano reformę Pucharu Europy i zmieniono go w Ligę Mistrzów?

James Dixon: Tak, ale Liga Mistrzów zrodziła się z kompromisu pomiędzy UEFĄ a wielkimi klubami w końcówce lat 80. i początku 90., gdy zaczynało się wdrażanie prywatnych właścicieli do piłki na większą skalę niż dotychczas. Chcieli więcej pieniędzy, więcej zysku i regularnych meczów pomiędzy europejskimi gigantami. Jednym z pierwszych zaangażowanych w to działaczy był Silvio Berlusconi. Zanim został premierem Włoch, kupił AC Milan i często podkreślał wagę zysku z transmisji telewizyjnych. Lubił prestiż, jaki dawało mu posiadanie własnego klubu i widział w tym drogę do sporych zarobków. Wydarzeniem, które nim wstrząsnęło, był mecz I rundy Pucharu Europy w 1987 roku. Grało Napoli Diego Maradony z wielkim Realem Madryt, bo wtedy każdy mógł trafić na każdego. Jeden z klubów musiał odpaść z rozgrywek już we wrześniu i dla Berlusconiego to nie miało żadnego sensu. 

W tym samym czasie grali ze sobą przecież choćby mistrzowie Cypru grali z mistrzami Irlandii Północnej i ktoś był później o rundę dalej niż Real albo Napoli. I wtedy powstała chęć do większej liczby prestiżowych spotkań, a nawet ligi, która pomogłaby je rozgrywać. Kompromis, który UEFA przedstawiła klubom chcącym rewolucji, nazywał się faza grupowa Ligi Mistrzów. Na początku zastąpił ćwierćfinały i półfinały starej formuły Pucharu Europy. Jeśli trafiłeś do najlepszej ósemki, miałeś gwarancję sześciu meczów z innymi najlepszymi zespołami. To funkcjonowało jednak tylko przez dwa-trzy lata i nie było wystarczająco dobrym rozwiązaniem. Niektórzy wciąż przegrywali w pierwszych spotkaniach Pucharu Europy, więc to w ogóle im nie pomagało. 

Pierwszy klub wycofuje się z Superligi! A to dopiero początekPierwszy klub wycofuje się z Superligi! A to dopiero początek

W książce "The Fix" opisuję sezon 1992/1993, czyli pierwszy z Ligą Mistrzów w nazwie, w którym Barcelona przegrała w II rundzie z CSKA Moskwa. Odpadli jako obrońcy tytułu i po tym zdarzeniu doszło do kolejnego porozumienia i zmian - od sezonu 1994/1995 Liga Mistrzów rozpoczynała się od 16-zespołowej fazy grupowej. Ale tu kluczowe jest słowo kompromis. Bo UEFA chciała utrzymać kontrolę nad własnymi rozgrywkami i dostęp do nich dla większej liczby zespołów, a wielkie kluby chciały więcej meczów pomiędzy sobą i pewnego zysku, który z nich czerpały. 

Da się porównać to, co stało się teraz z SuperLigą do tamtych wydarzeń?

Podwaliny pod powstanie SuperLigi zostały położone właśnie około 35 lat temu. Tylko wtedy kluby powiedziały: chcemy więcej tego i tego. UEFA odpowiedziała: a może tyle więcej? I oczywiście oferowali mniej niż chciały kluby, ale próbowali to dopasować do ich struktury - są europejską federacją piłkarską i mają pod sobą 55 krajów, które rozgrywają mecze pod ich egidą, a naprzeciwko ich staje projekt Ligi Mistrzów i choćby ogromnych zysków z reklam. A poniedziałkowa reakcja UEFA na stworzenie SuperLigi nie jest tylko ich buntem przeciwko zamknięciu najbardziej prestiżowych rozgrywek na resztę członków federacji. Jest przede wszystkim odniesieniem się do zamknięcia dostępu do dużej części jej zysków. 

Gdy powstawał Puchar Europy, który został dość szybko przejęty przez UEFĘ po założeniu przez dziennikarza "L'Equipe", Gabriela Hanota, długo pozostawał w tej przestarzałej i prostej formule - jeden kraj, jedna drużyna, możliwe mecze każdego z każdym, a potem na koniec dowiadujemy się, kto zostaje zwycięzcą i tyle. Miało to swoich zwolenników, ale wówczas europejski futbol nie rozwijał się jeszcze na taką skalę, jak później, był potencjał na o wiele więcej meczów. Każda kolejna reforma Ligi Mistrzów zmniejszała szanse dla krajów spoza najważniejszych klubów w Europie w danym okresie. Bo giganci chcieli więcej pewnego zarobku na meczach, a jednocześnie mniej ryzyka, że odpadną z underdogiem w pierwszej rundzie. Nie chcą, żeby maluczcy mieli szanse, ich to nie interesuje.

Florentino Perez, czyli prezes SuperLigi w "El Chiringuito" stwierdził, że przypomina mu to przede wszystkim lata 50. i założenie Pucharu Europy. 

To sięga nawet głębiej, do czasów demonstracji w sprawie popularności meczów w ciągu tygodnia w latach 50., gdy kluby takie, jak Wolverhampton Wanderers chciały je organizować regularnie i okazało się, że będą do tego potrzebne osobne rozgrywki. To geneza tego typu działań. Jednocześnie wydaje mi się okropne, żeby porównywać utworzenie SuperLigi do Pucharu Europy, który powstał, żeby dowiedzieć się, kto będzie najlepszy. Wcześniej wszystkie kluby po prostu grały pomiędzy sobą sparingi i kibice chcieli czegoś zorganizowanego, co wskaże im: to ten klub jest na szczycie Europy. Żeby nie dochodziło do sytuacji, jak ze sławnym nagłówkiem w jednym z dzienników w Birmingham w latach 50., który sugerował, że "Wolverhampton Wanderers są mistrzami świata", bo pokonali Honved. Dziennikarz Gabriel Hanot podjął wtedy pierwsze kroki, żeby założyć Puchar Europy, bo stwierdził: zaczekajcie chwilę. Mają być mistrzami świata, bo ograli Honved w jednym meczu u siebie? Nie, trzeba stworzyć turniej, który będzie nam dawał odpowiedź na pytanie: kto jest teraz najlepszy? I to zrobili, a jako pierwszy wygrał Real Madryt. Tylko że Puchar Europy z lat 50. dawał szansę każdemu. Szansę na wygranie rozgrywek miał mistrz każdego kraju. A co zrobi SuperLiga? Ograniczy to do trzech krajów i najbogatszych klubów. I to jest przykre.

Scena z Ligi MistrzówWojna na śmierć i życie. Superliga zniszczy UEFA? Prezes Realu jest bezczelny

To jasne, że nie chodzi tu o wygrywanie, tylko zarabianie pieniędzy. 

SuperLigę napędzają pieniądze i słabości. Nie powstała dzięki sile klubów, które ją założyły, a ich zmartwieniach o własną pozycję finansową. Wzbogacasz się, a każdy inny klub piłkarski tylko na to patrzy. Real Madryt rozgrywa swoje mecze na obiekcie treningowym, bo ich stadion jest placem budowy. Przeznaczyli na tę przebudowę dużo pieniędzy, a do tego wiele stracili na pandemii koronawirusa. Dwunastka klubów, które już tworzą SuperLigę to te, których właściciele spojrzeli w przyszłość i uświadomili sobie, że powinni się bać. A teraz zaczną naciskać na całą resztę piłkarskiego świata i polityków, żeby zaakceptowali te rozgrywki. Nie sądzę, że to się uda. 

UEFA odpowiedziała na SuperLigę reformą Ligi Mistrzów, która miałaby nadejść za trzy lata. Jakbyś ocenił ten plan?

Jest w równej mierze bzdurny. Założyciele SuperLigi negocjowali z UEFĄ w złej wierze. Mówi się nam, że to, co zaproponowała federacja, to system, który zadowalał te kluby i który chcieli, żeby został wprowadzony. A wygląda na to, że jeszcze w drzwiach, gdy mieli wyjść, żeby stworzyć swoje własne rozgrywki, zostawili UEFĘ z projektem reform Ligi Mistrzów, które ich kompletnie nie obchodzą. Zmiany, które tam się proponuje to zły pomysł. A prawdziwa wartość tych rozgrywek to zawsze faza play-off. To coś, co pozostało po Pucharze Europy. Problemem Ligi Mistrzów jest cała jesień i zbyt wiele nic nieznaczących meczów we wrześniu, październiku, czy listopadzie. To jeden z problemów: dodają jeszcze więcej meczów bez znaczenia, a nie zwracają uwagi na to, jak bardzo ludzie chcą starć, w których jedna z drużyn odpadnie, bo to ekscytujące. Ale kluby chcą fazy grupowej, bo gwarantuje pewien zysk, nawet jeśli ich fanów to za bardzo nie obchodzi. UEFA skłania się ku klubom i robi to od dobrych 30 lat. Chciałbym, żeby ponownie poszerzyli podstawy europejskiej piłki. W każdym sezonie Ligi Mistrzów maksymalnie mogą znaleźć się przedstawiciele 15 państw. A wcale nie musi tak być. Gdyby największe ligi miały mniej zapewnionych miejsc w rozgrywkach, to zarówno rozgrywki w tych krajach, jak i europejski futbol stałyby się ciekawszy. Dołączyłoby do nich więcej małych klubów, które mogłyby odnieść wielki sukces, a takie historie kochamy. W końcówce lat 90. piłka nożna w Europie była u swojego szczytu. Nie jestem jednak jednym z tych, którzy mówią: w Lidze Mistrzów musi być tylko jeden klub z każdego kraju. Wtedy tak nie było, do tego Porto, czy Dortmund dochodziły do finału, w półfinale był choćby Panathinaikos, IFK Goeteborg i Rosenborg, a ludzie interesowali się tym, oglądali to. 

Polacy dobrze to pamiętają, bo to po latach 90. pojawiła się 20-letnia przerwa w występach w Lidze Mistrzów tutejszych klubów.

Pamiętam, bo w 2016 roku piłkarze Legii Warszawa awansowali do Ligi Mistrzów i grali przy pustym stadionie z Realem Madryt, uzyskując niezwykły remis 3:3. Tylko to, co mnie bolałoby najbardziej to, że ten mecz w sensie sportowym zasadzie nie miał wielkiego znaczenia, podobnie jak sam awans do rozgrywek. Nie zrozum mnie źle: nie chodzi o to, że nie był żadnym osiągnięciem, bo powrót do Ligi Mistrzów i taki mecz z wielkim klubem to musiało być coś wspaniałego, ale pełny obraz tej sytuacji jest taki, że i tak grali tylko o ewentualny spadek do Ligi Europy. Przez sześć spotkań próbowali nie spaść na czwarte miejsce, nie mogli mieć zbyt wygórowanych marzeń. Ta grupa była dla nich zbyt silna, nawet jeśli ugrali ten remis w Warszawie przeciwko Realowi, który później wygrał finał. To przykra rzeczywistość. 

Wracając do Florentino Pereza, w rozmowie przyznał też, że bardzo ważnym czynnikiem w "przejściu do rzeczy" w sprawie SuperLigi był wpływ pandemii. 30 lat temu także pojawił się taki zapalnik, który pozwolił przeforsować reformę europejskich pucharów?

Tak, był pewien powód, ale przedstawiamy go jako drugą stronę medalu. Reformy nie dokonano, bo ktoś stracił pieniądze, tylko dlatego, że kluby je zyskały i widziały, że można ich zarobić jeszcze o wiele więcej. Pieniądze były powodem nie tylko dla tych zmian, ale nawet dla wspomnianych meczów towarzyskich. Ludzie chcieli zobaczyć, jak te kluby ze sobą zagrają, więc za to płacili. Później doszła do tego sprawa transmisji telewizyjnych i praw za pokazywanie rozgrywek. Właściciele tacy jak Silvio Berlusconi wiedzieli, że to da im wiele korzyści. Liga Mistrzów stała się produktem marketingowym. W pierwszych meczach nowego formatu na meczach pojawiały się dokładnie te same reklamy na bandach reklamowych i nie było żadnych innych wymienianych sponsorów. To zresztą kolejny przykład tego, jak później szukano zysku, bo to przecież dość szybko się zmieniło (choć pozostała kwestia głównych sponsorów, których nadal reklamuje się wszędzie - przyp.red.). Na koszulkach specjalnie pod kątem braku konkurencji z tymi firmami w pierwszych sezonach także nie umieszczano logotypów żadnych sponsorów. Były w zasadzie czyste, bo w innym przypadku to nie byłoby już tak ekskluzywne dla firm, które wchodziły do tego biznesu jako pierwsze. I Liga Mistrzów i SuperLiga podążają za pieniędzmi, ale to zaczyna przechodzić w przesadzoną chciwość. 

GuardiolaGuardiola krytykuje Superligę i UEFA. Daje przykład Lewandowskiego

Jeden z dziennikarzy Sky Sports podał także, że według dokumentów dotyczących SuperLigi kluby podpisały umowę dotyczącą 23 lat uczestnictwa w rozgrywkach. To według ciebie możliwe?

Nie wiem dokładnie, co podpisali, ale myślę, że musieli być nastawieni na długi okres. A piękno futbolu polega na tym, że sukces w nim jest chwilowy. Skoro te kluby chcą tworzyć najbardziej elitarne rozgrywki na świecie przez co najmniej 23 lata, to spójrzmy, gdzie były 23 lata wcześniej. Gdyby wtedy powoływano do życia SuperLigę, pewnie doszłoby do sytuacji, w której nie byłoby w niej połowy klubów, które znalazły się wśród dwunastki założycieli teraz. Manchester City grał wtedy na trzecim poziomie rozgrywkowym. Zabrakłoby też choćby Tottenhamu, Atletico, czy Chelsea. Zatem największe kluby próbują zamienić sukces sportowy, czy finansowy, który zazwyczaj jest czymś chwilowym, w ciągły przywilej. Jednocześnie w rozgrywkach brakuje finalistów zeszłorocznego finału Ligi Mistrzów - Bayernu, który jest chyba największym przedstawicielem działań przeciwko SuperLidze, a także PSG, które może jeszcze wygrać tę edycję LM. 

Skoro powstaną miejsca dla klubów, które będą tylko gościć w rozgrywkach w kolejnych latach to kto tam się znajdzie? Sprawa tych miejsc to żart. Czy drużyny, których nie ma w dwunastce, jak Bayern, Borussia Dortmund, Ajax czy FC Porto będą chętne dołączyć do niej na rok albo nawet kilka sezonów, wiedząc, że to liga stworzona w taki sposób, żeby to nie one wygrywały? Nie wiem, czy uda się rozegrać nawet jeden mecz SuperLigi. Reakcje są ostre i przywiodły do tego tematu osoby, których założyciele mogli się nie spodziewać. Pojawiły się słowa krytyki i potępienia od francuskiego, czy brytyjskiego rządu, który bardzo się w to zaanagażował. Rząd będzie się starał jak najbardziej utrudnić działania SuperLigi w Anglii. A to położenie wielu klubów takich jak Arsenal, czy Tottenham mogło mieć największe znaczenie w przypadku zaproszenia ich do udziału w rozgrywkach. Działania polityków mogą sprawić, że jeden z klubów odejdzie z projektu, a już słyszymy, że kilka ma wątpliwości i niektóre sprawdzają możliwość wycofania się z SuperLigi, a nawet mają składać potrzebnego do tego dokumenty. W Anglii nie wszystko jest takie proste: to władze kraju przyznają licencje kluczowe do tego, że mecze odbywały się na stadionach tych klubów, zabezpieczają ich mecze i dostosowują transport, czy ruch w trakcie ich trwania, a rząd ma nawet opcję dodatkowego opodatkowania przemysłu lub jego segmentu, który tworzyłby aż zbyt wielki zysk, choć do tej pory często tego nie używał.

Pojawiają się negatywne reakcje kibiców, piłkarzy, trenerów związanych z klubami, które biorą udział w SuperLidze. I to się nie zmieni, tylko będzie przybierać na sile. To wszystko dotyka osoby niezwiązane z decyzyjnością w tej sprawie. Bo tu nie chodzi przecież o Juergena Kloppa, Pepa Guardiolę, czy Zinedine'a Zidane'a, a o Johna Henry'ego, Mansoura, czy Florentino Pereza. To oni powinni przyjmować te krytykę i się wypowiadać i to już po części się dzieje, ale oni i tak są bezpiecznie schowani w cieniu osób odpowiadających za stronę sportową. Choć presja będzie się tylko zwiększała, więc dotknie także ich.