Aplikacja Fotball LIVE
  POBIERZ

Klątwa Suareza trwa. Tak fatalnej passy nie miał jeszcze nikt! I on, i Barca są siebie warci

Jakub Kręcidło
Luis Suarez i Barcelona są siebie warci. W LaLiga mogą imponować formą, ale gdy przychodzi do rywalizacji w Europie, kończy się to dla nich fatalnie. Urugwajczyk od sześciu lat nie strzelił gola na wyjeździe w Lidze Mistrzów i w środę nie zdołał przerwać tej passy. W Londynie zagrał fatalnie, został zdjęty przed upływem godziny i nie pomógł Atletico w odrobieniu strat z Chelsea (0:2).

Choć brzmi to nieprawdopodobnie, od ostatniego trafienia Luisa Suareza w wyjazdowym meczu Ligi Mistrzów minęło aż 2009 dni. 5 lat, 6 miesięcy i dzień. Żaden inny napastnik w historii Champions League nie miał tak fatalnej serii 25 kolejnych wyjazdowych spotkań bez gola. Na przełamanie Urugwajczyk będzie musiał poczekać do nowego sezonu. Choć swoimi występami w LaLiga udowadniał kibicom Barcelony, że jeszcze nie jest "piłkarzem skończonym", to w Champions League pokazał, że jest problemem. Rozgrywki w Europie 34-latek kończy w tym sezonie bez gola. Szansę na przerwanie tej passy stracił na pół godziny przed końcem starcia z Chelsea (0:2). Diego Simeone miał dość jego gry i zdjął go z boiska jeszcze przed upływem godziny. I bynajmniej nie można mu się dziwić.

Zobacz wideo Cristiano Ronaldo strzelił hat-tricka w 32 minuty i odpowiedział krytykom [ELEVEN SPORTS]

Luis Suarez w Londynie wyglądał jak napastnik, którego Barcelona bardzo chciała się pozbyć

Powiedzieć, że występ Suareza w Londynie był dyskretny, to nic nie powiedzieć. Jeden niecelny strzał. Zero udanych prób dryblingu. Więcej strat (7) niż celnych podań (6). W sumie, miał 19 kontaktów z piłką, dwukrotnie był faulowany (raz mógł wywalczyć karnego, ale arbiter nie użył gwizdka) i nie zapisał się w żadnej defensywnej statystyce. To nie był napastnik, którym zachwycaliśmy się w LaLiga (18 goli w 24 meczach). To był napastnik, którego pozbyć chciała się Barcelona i była tak zdeterminowana, by to osiągnąć, że aż dopłaciła do jego transferu.

Aby Suarez działał, musisz zbudować drużynę pod niego. Simeone najwyraźniej o tym zapomniał

W Londynie obejrzeliśmy cień Suareza. Kibice Atletico mogli przeżywać deja vu z ubiegłorocznego ćwierćfinału z RB Lipsk (1:2), po którym skreślono Diego Costę. W obu tych spotkaniach system madrytczyków wybitnie nie sprzyjał wiekowym napastnikom. Gdy "El Pistolero" podpisywał kontrakt z Atleti, Simeone przekonywał go, że planuje zmienić mentalność drużyny. – Będziemy grać bliżej bramki rywala – deklarował Argentyńczyk. I gdy tak się dzieje, to i Suarez wygląda świetnie, jako piłkarz, który bynajmniej nie musi brać częstego udziału w grze. Zespół pracował na napastnika, który – jak mówił sam Simeone – robił to, co najtrudniejsze: pakował piłkę do siatki. Gdy dasz mu piłkę, będzie wiedział co z nią zrobić. Problem pojawia się jednak w sytuacji, gdy Suarez musi sam dociągnąć futbolówkę pod pole karne rywala. W wieku 34 lat nie jest już w stanie tego zrobić. Stracił wydolność, stracił szybkość, stracił fizyczną eksplozywność. By być efektywnym potrzebuje wsparcia, którego nie ma prawa otrzymać, gdy koledzy albo są kilkadziesiąt metrów od niego, albo daleko od bramki rywala. Simeone najwyraźniej o tym zapomniał, a gdy Luis opuszczał murawę, to nawet nie podali sobie ręki.

"Luis jest najlepszym napastnikiem na świecie", mówił prezes Atletico po kolejnych popisach Suareza w LaLiga. Ale w Europie Haaland czy Mbappe pokazali, że młodzież rządzi

Można rzec, że Suarez i Barcelona są do siebie podobni. W LaLiga dalej są wielcy, bo Katalończycy zdobyli 45 na 51 punktów i gonią liderujące Atletico ze skutecznym Suarezem. Ale w Europie nadchodzi brutalna weryfikacja, bo i ekipa z Camp Nou była lana przez rywali (ostatnio 2:5 w dwumeczu z Paris Saint-Germain), i Suarez nie gra na oczekiwanym poziomie. Niedawno prezes Atleti Enrique Cerezo mówił, że "Luis jest najlepszym napastnikiem na świecie", jednak w dwumeczu z Chelsea widzieliśmy jak daleko mu dziś do młodych, pełnych energii Erlinga Haalanda czy Kyliana Mbappe, którzy na własnych barkach wciągali Borussię Dortmund i PSG do ćwierćfinału.

Atletico zajechane i fizycznie, i mentalnie. Ta drużyna nie może się doczekać przerwy

Dla Atletico odpadnięcie z Chelsea nie jest katastrofą, ale rozczarowaniem – już tak. Jeszcze w grudniu madrytczycy byli zdecydowanym faworytem dwumeczu, jednak gdy londyńczycy pod wodzą Thomasa Tuchela rozwijali się z tygodnia na tydzień, to na Wanda Metropolitano była sinusoida. Dobre mecze przeplatały się ze słabymi, drużyna zatraciła skuteczność i sprawia wrażenie zajechanej, czekającej na marcową przerwę reprezentacyjną nie tylko ze względu na zmęczenie fizyczne, ale przede wszystkim mentalne. Po fenomenalnej pierwszej rundzie LaLiga (50 na 57 punktów) presja na madrytczykach była kolosalna i wydaje się, że przygniotła ona zarówno piłkarzy, jak i samego Simeone, który w ostatnich tygodniach zatracił odwagę charakteryzującą go i jego drużynę w pierwszej części rozgrywek.