"W szatni Liverpoolu wybuchła bomba. Znajdowała się tam od lat". Koledzy nie ufają Salahowi

Rok temu Juergen Klopp nazwał swoich piłkarzy "mentalnymi potworami", teraz Jamie Carragher kpi, że są "mentalnymi karłami". Liverpool zmienił się nie do poznania. Tak szybko, że aż trudno w to uwierzyć. Na Anfield był niepokonany od 68 meczów, teraz przegrał sześć kolejnych. A nadchodzi ten najważniejszy: z RB Lipsk w Lidze Mistrzów. Albo nieco poprawi nastroje, albo doszczętnie pogrzebie ten sezon.

W ostatnim ligowym meczu z Fulham Juergen Klopp wystawił aż siedmiu nowych piłkarzy, Sadio Mane, Thiago Alcantarę, Fabinho i Trenta Alexandra-Arnolda zostawił na ławce rezerwowych. Wyglądało na to, że oszczędza ich na rewanż z Lipskiem w Ligi Mistrzów i poniekąd poddaje ligę, bo straty są już duże: do lidera 22 punkty, do czwartego miejsca 7. W dodatku główni rywale utrzymują niezłą formę, a Liverpool nie może jej odzyskać. Z walczącym o utrzymanie Fulham znów przegrał - zmienili się zawodnicy, ale problemy pozostały te same. Nie było widać nowej energii, nie wróciła dynamika, nie przybyło sytuacji pod bramką rywala, nie udało się uniknąć błędów.

Zobacz wideo Marciniak odpowiada na krytykę Legii i Rakowa: "Wybieranie sędziów przez kluby to bardzo niebezpieczny trend"

- Czy to najtrudniejszy moment, odkąd jesteś trenerem? - pytali dziennikarze Juergena Kloppa. - Chciałbym powiedzieć, że nie. Ale byłaby to nieprawda. Najtrudniejszy - odpowiedział gorzko.

Liverpool szósty raz z rzędu przegrał na Anfield, nie strzelił gola z gry od 12 godzin, oddał w tym czasie 115 strzałów. Takiej nieskuteczności serwis statystyczny Opta nie odnotował jeszcze nigdy. W piłkarzach nie widać wiary, Klopp wydaje się bezsilny. W 2021 roku jego drużyna zdobyła 10 punktów na 36 możliwych. W tym całym ligowym sezonie wygrała 12 z 28 meczów. Dla porównania - na tym etapie w zeszłym roku miała tych zwycięstw 27. Ze szczytu spadła na sam dół. Szybciej niż jakakolwiek inna drużyna. Obserwują to piłkarze RB Lipsk i zyskują wiarę, że uda im się odrobić 0:2 z pierwszego meczu. 

Juergen Klopp: "Ani w lecie, ani po lecie nie będę do dyspozycji kadry"

Wyniki Liverpoolu, choć momentami trudno w nie uwierzyć, to jedno. Drugie - gra: nudna, ślamazarna, w większości meczów zupełnie bezbarwna. Angielscy dziennikarze szperają w archiwach, żeby znaleźć okres tak brzydkiej gry i cofnęli się już o dekadę do czasów Roya Hodgsona. Sześć porażek z rzędu u siebie? Tylko raz w historii - w sezonie 1953-1954, kiedy Liverpool spadł z ligi. Większość trenerów pewnie zostałaby w tej sytuacji zwolniona, ale w biurach Anfield nikt nawet nie myśli o rozstaniu z Kloppem. Zwalniają go dziennikarze, a precyzyjniej - szukają okoliczności, które mogłyby wpłynąć na jego odejście. Informacja, że Joachim Loew po tegorocznym Euro przestanie być selekcjonerem Niemców, taką okolicznością jest. Ale Klopp kategorycznie zaprzecza: - Nie, ani w lecie, ani po lecie nie będę do dyspozycji kadry. Mam jeszcze 3 lata kontraktu w Liverpoolu.

Kolejne niepowodzenia napędzają tworzenie insynuacji i przeróżnych teorii mających wytłumaczyć nagłą zapaść mistrzowskiego zespołu. Jedne teorie upadają, inne zyskują na popularności. A Klopp od nich wszystkich ucieka. - Może zamiast się zastanawiać, po prostu wygramy jakiś mecz? - pytał na konferencji prasowej. Ale trudno o zwycięstwo, jeśli w obronie masz Neco Williamsa, Rhysa Williamsa i Nathaniela Phillipsa, bo reszta piłkarzy wypadła przez kontuzje albo rozegrała już tak dużo meczów, że musi w końcu odpocząć. W Liverpoolu nie ma dzisiaj żadnego zawodnika w formie. Zawodzą dotychczas niezawodni: Alisson Becker, Mohamed Salah, Roberto Firmino czy Sadio Mane. Słabo grają ich zmiennicy: Naby Keita, Xherdan Shaqiri i Alex Oxlade-Chamberlain. Z piłkarzy kupionych latem nie ma natomiast żadnego pożytku: Diogo Jota nieźle grał tylko do grudnia, Kostas Tsimikas nie jest gotowy do zastępowania Andy’ego Robertsona, Thiago brakuje ciągłości, a Ben Davies nie siada nawet na ławce rezerwowych. 

"Od lat w szatni Liverpoolu była bomba. Teraz doszło do wybuchu"

Szczególnie niepokojące głosy dochodzące z Liverpoolu dotyczą jednak atakującej trójki: Mane, Firmino i Salaha. "El Pais" opisuje jak w 2017 roku Juergen Klopp podzielił między nimi zadania: Mane - najbardziej utalentowany technicznie, mający najlepszy zmysł taktyczny i najlepiej rozwinięty fizycznie z całej trójki, miał napędzać akcje, dryblingami rozrywać defensywę rywali. Firmino - najlepszy w rozegraniu, zazwyczaj ustawiał się między liniami i częściej podawał do skrzydłowych niż sam kończył akcje. A Salah - najsłabszy fizycznie z całej trójki, korzystał z pracy kolegów i wyspecjalizował się w zdobywaniu bramek. To oczywiście pewne uproszczenie ich ról i powierzonych im zadań, ale jedno się nie zmienia - Salah często spijał śmietankę. Przez trzy lata działało to nieźle. Były wyniki, a to zawsze najlepszy makijaż. Nawet jak ktoś komuś nie podał i sam za wszelką cenę szukał trafienia, a Liverpool wygrał, nie obijało się to wielkim echem.

Ale teraz Hiszpanie piszą o "bombie, która od lat znajdowała się w szatni Liverpoolu". W tym sezonie wybuchła. Firmino i Mane nie dogadują się z Salahem, nie ufają mu i są zmęczeni nieustanną pracą na jego chwałę. Uważają go za najmniej kompletnego z nich, a to on zarabia najwięcej. Według "Forbesa", 12 milionów euro rocznie. Po meczu Liverpoolu z Chelsea Michael Owen zwrócił uwagę na zachowanie Mane. - Nie mogę uwierzyć, że nie upadł w tej sytuacji na ziemię. Gdyby się położył, byłby pewny rzut karny. Zastanawiam się, czy chciał w tej sytuacji strzelać za wszelką cenę samemu, bo wykonawcą jedenastek jest Salah i to on miałby szansę na gola. Widzieliśmy już, że nie podają sobie piłki. Teraz doszedł do tego kolejny przejaw samolubstwa - stwierdził były napastnik Liverpoolu. 

Kilku dyrektorów Liverpoolu dostrzegało ten problem już wcześniej i latem dążyło do sprzedaży Salaha. Nie znalazł się jednak kupiec, bo za Egipcjanina trzeba było sporo zapłacić, a w czasie pandemii kluby piłkarskie każdą monetę oglądają dwa razy. "The Telegraph" już dwa miesiące temu podał, że Liverpool chciał oddać Salaha Barcelonie lub Realowi Madryt, ale plany pokrzyżował koronawirus. On sam ponoć czuje, że jego pozycja na Anfield nie jest już tak silna. - Nie wiem - odpowiedział w styczniu na pytanie norweskiego dziennikarza TV2, czy przedłuży obowiązujący do 2023 roku kontrakt z Liverpoolem. - Chciałbym zostać tutaj tak długo, jak będzie to możliwe, ale to klub będzie decydował o mojej przyszłości - mówił. 

Teraz patrząc tylko na Salaha, wciąż najlepszego strzelca i symbol tej drużyny, dostrzec można wiele problemów całego Liverpoolu: przede wszystkim ze zmęczeniem i z nieskutecznością (cztery gole w ostatnich 13 meczach). W meczu z Chelsea Juergen Klopp ściągnął go już po godzinie, mimo że przegrywał 0:1. - Chciałem, żeby odpoczął - tłumaczył po meczu niemiecki trener. Zmęczenie to problem Egipcjanina i całego Liverpoolu. Gola dla Chelsea strzelił Mason Mount. - My w podobnych sytuacjach nie trafiamy - stwierdził Klopp. Być może zmieniając Salaha w meczu z Chelsea tak naprawdę rzucił wyzwanie swoim pozostałym piłkarzom, by pokazali, że rzeczywiście mogą sobie bez niego poradzić. Dał im pole do popisu, zrzucił bagaż z pleców, już nie musieli na niego pracować. Ale zawiedli.

"Kryzys w Borussii Dortmund? To było przedszkole". Co dolega Liverpoolowi? 

- Nawet, gdy z Borussią Dortmund zajmowałem 17., a nawet 18. miejsce w Bundeslidze, co było bardzo niewygodne, w porównaniu z tym co jest teraz w Liverpoolu, to było przedszkole. Teraz mamy znacznie większe problemy - przyznał szczerze Juergen Klopp na konferencji przed meczem z RB Lipsk.

Jakie problemy mógł mieć na myśli? Kryzysu Liverpool nie ma jednej przyczyny i nie da się go wyjaśnić tylko jedną teorią. Za to w każdej z nich może być ziarenko prawdy: że Klopp musi wyprowadzić Liverpool z zakrętu, chociaż sam - po śmierci mamy - szuka powrotu na prostą? Prawda. Że puste trybuny Anfield straszą bardziej niż na innych stadionach? Prawda, powiedział o tym Pep Guardiola. Że kontuzje wyeliminowały bardzo ważnych piłkarzy Liverpoolu? Prawda. Że inni muszą przez to zmieniać pozycje i nie pokazują pełni umiejętności? Prawda. Że ten sezon ma szalone tempo i piłkarze co trzy dni grają mecze? Prawda. Że nie mieli wakacji? Prawda. Że podczas pandemii dużo trudniej wprowadzać do zespołu nowych zawodników i dbać o odpowiednią atmosferę w szatni? Prawda, mówili o tym Klopp i Julian Nagelsmann, trener RB Lipsk. Że Liverpool po dwóch latach gonienia rywali w "gegenpressingu" może mieć dosyć tego wyczerpującego stylu gry? Prawda. Że brakuje czasu na wytrenowanie innych rozwiązań? Prawda. Że Alissonowi zdarzają się wpadki, obrońcy Liverpoolu popełniają znacznie więcej tzw. „błędów własnych”, że nie zagrywają tylu ryzykownych podań, że Trent Alexander-Arnold rzadziej atakuje ze skrzydła, za to przeciwnicy Liverpoolu wymieniają w każdej akcji średnio trzy podania więcej? Statystyki jasno pokazują, że to wszystko prawda. Że piłkarze Liverpoolu na dobrą sprawę nawet nie mieli okazji, żeby się nacieszyć tym wielkim sukcesem, jakim było zdobycie mistrzostwa? Prawda, cieszyli się na pustym stadionie i na wyludnionych ulicach. Że piłkarzom brakuje motywacji z zewnątrz, a o wewnętrzną - po udanym zakończeniu dwuletniego, szalonego wyścigu o mistrzostwo z Manchesterem City - jest teraz szczególnie trudno? Być może to też prawda.

Juergen Klopp odpiera zarzuty, jakoby jego drużynie brakowało ambicji i chęci dalszego wygrywania, sam krótko po zdobyciu mistrzostwa przekonywał, że wejść na szczyt jest łatwiej niż się na nim utrzymać, ale jego zawodnicy spróbują to zrobić. Padały hasła, że to dopiero początek drogi, a wszyscy w szatni Liverpoolu są spragnieni kolejnych zwycięstw. Dziennikarze "The Athletic" powołują się na źródła z klubu i potwierdzają, że nie o brak ambicji tu chodzi. Piłkarze nadal chcą wygrywać, ale ostatnio nie potrafią tego robić.

Tu przychodzi Gary Neville, były obrońca Manchesteru United, który w swojej karierze zdobył dwanaście mistrzostw Anglii, cztery krajowe puchary i dwie Ligi Mistrzów. Anglik twierdzi, że po bardzo udanym sezonie niezwykle trudno było mu utrzymać tę samą koncentrację, determinację i agresję na boisku. Nie potrafił tego zrozumieć. Przed sezonem powtarzał sobie, że musi dalej wygrywać, kodował w głowie wszystkie trenerskie slogany. Mało tego - czuł, że naprawdę chce osiągać kolejne sukcesy i grać nawet lepiej niż sezon wcześniej. Nie był zmęczony. Ale później wychodził na boisko i był bezsilny. Nogi nie słuchały głowy. Nie niosły jak kilka tygodni wcześniej. Nie wiedział, dlaczego. Pytał kolegów - mieli podobne odczucia. Potwierdzają to statystyki z ostatnich lat.

Mistrzowie Anglii rok po zdobyciu tytułu: 

  • 2014 rok: Manchester United - 7. miejsce (22 punkty straty do lidera)
  • 2015 rok: Manchester City - 2. miejsce (8 punktów straty)
  • 2016 rok: Chelsea - 10. miejsce (31 punktów straty)
  • 2017 rok: Leicester - 12. miejsce (49 punktów straty)
  • 2018 rok: Chelsea - 5. miejsce (30 punktów straty)
  • 2019 rok: Manchester City - 1. miejsce (punkt przewagi nad Liverpoolem)
  • 2020 rok: Manchester City - 2. miejsce (18 punktów straty)

Mecz z RB Lipsk osłodzi albo doszczętnie pogrzebie ten sezon

Gdy piłkarze RB Lipsk patrzą na to, co wyczynia w ostatnich tygodniach Liverpool, mogą oblizywać usta, jak lew, który jest już o krok od swojej ofiary. Sami są w bardzo dobrej formie - od porażki z Liverpoolem w pierwszym meczu Ligi Mistrzów wygrali cztery spotkania w Bundeslidze i tracą tylko dwa punkty do pierwszego w tabeli Bayernu Monachium. W pierwszym spotkaniu z Liverpoolem zawiedli, Julian Nagelsmann mówił, że nie poznawał swojego zespołu. Teraz przewaga psychologiczna jest po ich stronie, bo to pogrążony w kryzysie zespół Kloppa musi ratować sezon. Nagelsmann zapowiedział z kolei, że postarają się o dokonanie cudu, bo w tych kategoriach rozpatruje odrobienie strat.

W środę minie równo rok od zwycięstwa jego zespołu nad Tottenhamem. Pierwszy mecz przegrali 0:1, ale w rewanżu wręcz unosili się nad boiskiem i pokonali zespół Jose Mourinho 3:0. - W zeszłym sezonie mieliśmy kilka wielkich meczów w Lidze Mistrzów i na pewno zyskaliśmy dzięki nim niezbędną pewność siebie. Będziemy chcieli ją wykorzystać. Myślę, że potrzebujemy połączenia agresji, pokory i sprytu. Nie powinny nam się już przytrafić podobne błędy jak w pierwszym meczu - mówi Nagelsmann przed rewanżem z Liverpoolem. - Nie zwracamy uwagi na zły okres Liverpoolu. Seria ich porażek w lidze nie może mieć wpływu na naszą grę. Poza tym, w każdym z tych przegranych meczów Liverpool miał odpowiednie okazje bramkowe, by zwyciężyć - dodał.

Więcej o:
Copyright © Gazeta.pl sp. z o.o.