Aplikacja Fotball LIVE
  POBIERZ

UEFA pozwala rozegrać jeden mecz z kibicami. I wsadziła Viktora Orbana na minę

"Uzbrojeni po zęby czekamy na drugą falę wirusa" - ogłosił Viktor Orban i zamknął węgierskie granice, wprowadzając ostre zasady nawet dla wracających do ojczyzny obywateli. Kilka dni później w kraju padł dzienny rekord infekcji. To wszystko na dwa tygodnie przed Superpucharem Europy w Budapeszcie, pierwszym za czasów pandemii międzynarodowym meczem z udziałem kibiców. Opozycja grzmi, a premier-miłośnik futbolu znalazł się na minie.

Do tej pory Węgry jawiły się jako kraj, który walkę z koronawirusem ma pod kontrolą. Trochę tak jak Portugalia przed tym, jak UEFA przyznała jej finałowy turniej Ligi Mistrzów. Małe państwa, mniejsze kłopoty, łatwiejsza walka z epidemią. Tak właśnie cały czas było też na Węgrzech. W kwietniu, gdy Europa była pogrążona w walce z COVID-em, w dziesięciomilionowym państwie odnotowywano dziennie po 70, góra 100 przypadków. Teraz jest ich po kilkaset, w ostatnich dniach dokładnie: 495, 576, 341. To sprawia, że chorych przybywa tak, jak obecnie w niemal cztery razy bardziej zaludnionej Polsce.

Zobacz wideo Krychowiak: Jestem dumny z Roberta Lewandowskiego [Rozmowa Sport.pl]

Koronawirus młodych

Ostatnie tygodnie na Węgrzech nie dość, że dramatycznie zwiększyły wzrost infekcji, to zmieniły też krajobraz choroby. Do tej pory średni wiek zainfekowanego wynosił 67 lat. Teraz spadł poniżej lat 30. Infekcje najczęściej przytrafiają się młodym ludziom podczas spotkań w lokalach, barach, na wspólnych imprezach, weselach. UEFA patrzy na te informacje z dużym niepokojem. To właśnie w Budapeszcie zaplanowała Superpuchar Europy. Bayern Monachium Roberta Lewandowskiego zmierzy się w nim z Sevillą. Co więcej, w sierpniu potwierdzono, że to będzie mecz z publicznością, pilotażowy. Swoisty test UEFA, która do tej pory w organizowanych przez siebie rozgrywkach zamykała trybuny. Działacze w sierpniu ustalili, że na Puskas Arenie zasiądzie 21 tys. osób, czyli 30 proc. pojemności obiektu. Jeśli wszystko przebiegnie bezpiecznie, będzie to sygnał do kolejnych międzynarodowych meczów z kibicami.

- Z jednej strony istotne było pokazanie, że piłka nożna w trudnych czasach może poradzić sobie bez kibiców, ale prawdą jest, że straciły na tym mecze, zmienił się ich charakter. To dlatego mamy nadzieję wykorzystać Superpuchar w Budapeszcie jako sprawdzian, dzięki któremu kibice zaczną wracać na rozgrywki organizowane pod naszym patronatem - mówił w sierpniu Aleksander Ceferin, prezydent UEFA.

Od tego czasu ze względu na koronawirusowe problemy Węgier ta nadzieja trochę malała. UEFA informowała, że o meczu w Budapeszcie i kibicach rozmawia z węgierskim rządem. Właśnie ogłoszono, że w odpowiednim reżimie sanitarnym, ale 24 września święto piłki odbędzie się z kibicami. Rządowa opozycja będzie miała pożywkę. Zresztą do ataków przystąpiła już jakiś czas temu. Głośno pyta, czy ukochany sport Orbana wygrał z zapewnianiem bezpieczeństwa obywatelom. Zastanawia się, dlaczego przy zamkniętych granicach, izolacji i podwójnych testach na COVID dla wracających do kraju Węgrów rząd chce nagle wpuścić tu sześć tysięcy gości z Niemiec i Hiszpanii.

"Ryzykowna próba"

Węgrzy, decydując się na goszczenie zagranicznych kibiców, będą musieli ogłosić sporo wyjątków od panujących w kraju reguł. Niedawno już i tak łagodził ogólnokrajowe ustalenia dla piłkarzy.

Sportowcy z zagranicy mogą bowiem wjechać do kraju po dwóch negatywnych testach nie starszych niż pięć dni, a pomiędzy testami musi upłynąć 48 godzin. Węgierscy sportowcy wracający na Węgry idą na kwarantannę i też potrzebują dwóch testów, aby z niej wyjść. Mogą podczas niej udać się tylko na... trening, ale tylko wtedy, gdy ich klub zapewni im bezpieczny transport. Trochę lepiej mają zagraniczni piłkarze. Węgrzy zgodzili się na wytyczne UEFA obowiązujące przy spotkaniach międzypaństwowych. Zawodnicy gości mogą wjechać do kraju z jednym negatywnym testem, nie starszym niż trzy dni.

Minister spraw zagranicznych Peter Szijjarto tłumaczył to tym, że w przypadku węgierskich drużyn wracających z zagranicy potrzebne są dwa negatywne testy, bo "ci ludzie tu zostają, a zagraniczni sportowcy opuszczają kraj niemal natychmiast po meczu". Protokół UEFA, wykorzystywany choćby przy spotkaniach Ligi Narodów, dotyczy jednak tylko piłkarzy. Dla kibiców stadiony są przecież niedostępne. W ostatnich dniach sporo czasu poświęcono na to, jakie działania podjąć, by bezpiecznie przyjąć trzy tysiące fanów z Niemiec i trzy tysiące z Hiszpanii. 

Gergely Gulyas, szef kancelarii premiera, spekulował. - Możemy oczywiście wyobrazić sobie, że w sumie sześć tys. kibiców przyleci na lotnisko z dwoma negatywnymi testami w ręku. Z lotniska zabierzemy ich prosto na stadion, a potem z powrotem na lotnisko - obrazował w telewizji ATV.

Skończyło się jednak na daniu fanom nieco więcej swobody. Kibice, tak jak piłkarze, muszą przyjechać na mecz tylko z jednym testem. Będą musieli poddać się też badaniu lekarskiemu na lotnisku i pokazać bilet na spotkanie. Muszą opuścić kraj w ciągu 72 godzin od przylotu. Nie wejdą na stadion, jeśli w dni meczu będą mieli temperaturę wyższą niż 37,8 stopni Celsjusza. W samym obiekcie muszą nosić maseczki, zachowywać półtora metra odległości i zajmować swoje miejsca.  

- Nie możemy doprowadzić do rozprzestrzeniania się epidemii poprzez nadmierne zaniedbania - mówił niedawno cytowany przez ATV Janos Szlavik, główny epidemiolog jednego ze szpitali w Budapeszcie. -Każdy powinien przemyśleć to, co się dzieje: gdzie jesteśmy teraz, ilu jest pacjentów i dlaczego tak wielu, jak zachowywać się w przestrzeniach społecznych. Próbujmy minimalizować zdarzenia, w których istnieje szansa, że bezobjawowi chorzy zarażą zdrowych - oznajmił. Na pytanie, czy Superpuchar Europy z kibicami do takich wydarzeń się zalicza, stwierdził, że uważa ten pomysł za "ryzykowną próbę", ale też ważny test na to, jak przepisy dotyczące bezpieczeństwa epidemiologicznego spiszą się na imprezach masowych.

"Uzbrojeni po zęby czekamy na drugą falę koronawirusa"

Te spekulacje i niejednoznaczne głosy zbiegają się jednak z dość kategoryczną narracją premiera. -Uzbrojeni po zęby czekamy na drugą falę wirusa - oznajmił Orban w Radiu Kossuth w programie "Dzień dobry, Węgry". Tłumaczył, dlaczego rząd zamknął granice dla cudzoziemców, a dlaczego mogą ją przekraczać (po testach) obywatele Grupy Wyszehradzkiej (co nie podoba się Unii Europejskiej). Tłumaczył, jakie są inne wyjątki od granicznej blokady (dyplomacja, praca za granicą, transport, sport i od niedawna podróż służbowa). Podkreślał, że kraj jest zdolny do samodzielnego produkowania potrzebnych w walce z koronawirusem sprzętów. Opisywał, że wprowadzanie dalszych, wewnętrznych ograniczeń jest i będzie konsultowane społecznie (w ostatniej ankiecie rządowej w sprawie dalszych działań przeciwko koronawirusowi udział wzięło 1,8 mln Węgrów).

Pytania o Superpuchar Europy premier jednak nie dostał, a zapewne mocno by się przy nim ożywił. Orban prywatnie jest miłośnikiem futbolu. Premierem, który pierwszą zagraniczną podróż w nowej funkcji odbył do Paryża. Udał się tam na... finał mistrzostw świata. To też osoba, która w weekend potrafi obejrzeć sześć meczów i nie opuszcza żadnego finału Ligi Mistrzów. To wreszcie były piłkarz (klubu z czwartej ligi) i dobroczyńca futbolu, który na tę dyscyplinę przez państwowe firmy, dotacje i ulgi podatkowe przekierował ponad 100 mln euro.

Jeśli na Węgrzech szukać zatem osoby, która 24 września będzie najbardziej chciała usiąść na trybunach Puskas Areny, to z pewnością będzie to Orban. Ten mecz jest dla niego atrakcją, ale i zagrożeniem, swoistą miną. Jest też okazją dla opozycji, do zakpienia z miłości premiera do piłki i podkreślenia jak dwulicowy jest rząd.

"Superpuchar jest ważniejszy dla rządu niż jego obywatele"

Opozycyjna Koalicja Demokratyczna tak bardzo jak Fidesz piłki nie lubi. - Tysiące kibiców ma być zwolnionych z wprowadzonych przez rząd restrykcji. Wjeżdżać do naszego kraju z testami zrobionymi za granicą (do tej pory honorowane były tylko te robione na Węgrzech lub w państwach Wyszehradzkich, ale rząd to właśnie zmienił - przyp. red). Innymi słowy, podczas gdy kibic piłkarski z Sewilli, która produkuje tysiące infekcji dziennie, może bezproblemowo wjechać na Węgry, nasi obywatele, którzy uciekli przed rządem za granicę, takiej szansy mieć nie będą. Zostaną przez rząd Orbana poddani kwarantannie od kilku dni do dwóch tygodni - skwitował Balazs Barkoczi, rzecznik KD. Dodał też, iż zadziwiające jest, że futbolowe hobby premiera i Superpuchar UEFA są dla Orbana ważniejsze niż węgierscy obywatele.

- Dlaczego rząd chce wpuścić tysiące zagranicznych kibiców do kraju i posadzić ich na stadionie, mimo że sam mówi o izolacji i koronawirusowych zagrożeniach ze strony innych państw? - pytał retorycznie.

UEFA Superpuchar z kibicami traktuje nie tylko jako test, lecz także formę podziękowania dla walczących z koronawirusem lekarzy. Zgodnie z kampanią "Dziękuję” piłkarska organizacja zaprosi na stadion 500 kluczowych węgierskich pracowników służby zdrowia, którzy wykazali się w walce z pandemią COVID-19. Wszystkim pozostaje liczyć na to, że po 24 września najważniejszym tematem dotyczącym meczu będzie jednak futbol. 

Przeczytaj także: