Aplikacja Fotball LIVE
  POBIERZ

Bayern Monachium już dawno znalazł odpowiedź na Neymarów. Walka o duszę futbolu

- Odpowiedzią Bayernu na Neymarów tego świata jest rodzinna atmosfera i ciepło - mówił kiedyś Uli Hoeness. Finał Ligi Mistrzów bywa przedstawiany jak walka o duszę futbolu: Bayern kontra katarski najeźdźca z Paris Saint Germain. Ale Bayern też był kiedyś głośnym nowobogackim, nie gardził państwową pomocą, a po katarskie pieniądze też się schyla, tylko dyskretniej.

- Jeśli ceną za wygranie Ligi Mistrzów ma być wydawanie na piłkarzy po 200 czy 300 milionów euro, to ja tego trofeum nie chcę - mówił Uli Hoeness po transferze Neymara do Paris Saint-Germain za rekordowe do dziś 222 mln euro. - On nie jest tyle wart. Nawet 180 milionów za Kyliana Mbappe to dla nas za dużo, choć to świetny piłkarz - tłumaczył Hoeness. - Naszą odpowiedzą na Neymarów i Dembele’ów tego świata jest rodzinna atmosfera i ciepło - przekonywał, gdy Barcelona łagodziła sobie ból po stracie Neymara kupnem Ousmane’a Dembele za 105 mln plus 40 mln dodatków. - My tu nie gramy w Monopoly. My jesteśmy klubem piłkarskim. Dotarliśmy do granicy 80 mln euro za transfer i nie sądzę, że ją będziemy przekraczać - wyjaśniał rok temu, po transferze Lucasa Hernandeza za wspomniane 80 mln euro. - Gdy Pep Guardiola chce 100 mln na nowego piłkarza, to szejk podnosi cenę gazu - mówił o drugim klubie psującym finansową równowagę futbolu, Manchesterze City. I obiecywał: my na rozrzutność odpowiemy transferowym sprytem i powrotem do korzeni. - Na dłuższą metę pomysł zawsze wygra z pieniędzmi - obiecywał.  

"Bayern way of life": ciepło, rodzina, pełna szkatuła 

Jego wywiady to kopalnie cytatów. Również cytatów o szejkach psujących futbol i o „Bayern way of life”. Takie było hasło Hoenessa, gdy po wyjściu z więzienia za oszustwa podatkowe wracał jesienią 2016 na stanowisko prezesa Bayernu: umocnić „Bayern way of life”. Powiało Ameryką, ale tak też było, gdy młody Uli Hoeness, po wielkiej karierze piłkarskiej, przetrąconej przez kontuzję, i po studiach biznesowych w USA, wracał 40 lat temu do pogrążonego w długach Bayernu. Zastał finansowe zgliszcza, zbudował na nich potęgę. Uczył Bayern zarabiania na umowach sponsorskich, na prawach telewizyjnych, ale też na sprzedaży pamiątek, bo zobaczył w Ameryce, jakie są z tego kokosy dla klubów sportowych. Zanim został menedżerem, a potem prezesem Bayernu, ten klub był pięć razy mistrzem Niemiec. Od kiedy Hoeness tam rządzi: 25 razy. Bayern Hoenessa w Bundeslidze rozrósł się przez te lata tak, że od dawna nie dopuszcza, by mu wyrósł rywal zdolny nad nim górować dłużej niż dwa sezony. Budżetem przerasta każdego z niemieckich rywali co najmniej dwukrotnie. To biznesowy i sportowy samograj, wspierany przez takich udziałowców jak Audi, Adidas i Allianz, przez najważniejszych polityków Bawarii. A jednak Hoeness, choć przeczołgany procesem za podatki, upokorzony odsiadką, ceniący sobie życie rodzinne, właściciel potężnej firmy produkującej kiełbaski, czuł w 2016, że ma coś jeszcze w Bayernie do zrobienia, że musi tam wrócić. Znów zajął biuro na Saebener Strasse, z oknem na boisko treningowe Bayernu. Ze słynnymi rattanowymi sofami, na których toczyło się tyle transferowych rozmówi i padało, jak przy rozmowach o przejściu Roberta Lewandowskiego: „Mamy dla niego pełną szkatułę”.  

Bayern Hoenessa - działacza jeśli chodzi o rządzenie w Niemczech przerósł kilka razy Bayern Hoenessa-piłkarza. Ale pozostała jeszcze misja w Europie. Hoeness-piłkarz zdobył Puchar Europy z Bayernem trzykrotnie. Hoeness-menedżer i prezes zdobywał go tylko dwukrotnie, choć w finałach Bayern grał w tym czasie aż siedem razy.  

Borussia przed finałem 2013 odpowiedziała sztabowi Lewandowskiego: pięć biletów na mecz? Muszą wystarczyć dwa. A Bayern: na kogo wykupić loty i hotel? 

Dziś może być ta niedziela, gdy Uli Hoeness, teraz już prezes honorowy, a nie urzędujący, wyrówna sam ze sobą rachunki. Ale nie dajmy sobie wmówić, że to jest starcie bawarskich cnót z katarsko-paryskimi grzechami głównymi. W futbolu nie ma podziału na świętych i grzeszników. Katarskie pieniądze nie śmierdzą Bayernowi. Reklamuje katarskie lotnisko, lata na zimowe zgrupowania do Kataru, a prezes Karl-Heinz Rummenigge kiedyś miał na karku prokuraturę, bo zapomniał że dostał od Katarczyków drogi zegarek. Dla milionów z Kataru reklamę na koszulce wzięła Barcelona, Katarczyków broni i zachwala pracujący dla nich romantyk Xavi, reklamował ich Zinedine Zidane, Pep Guardiola pochyla się nad uwięzionymi bojownikami o niepodległą Katalonię, ale nie mówi nic o robotnikach z Kataru, z którym ma umowę sponsorską. Parada romantyków. Więc Bayern-PSG to żadne starcie dobra ze złem, to raczej lekcja życia. Młody i narwany rewolwerowiec z Paryża mierzy się z rewolwerowcem na emeryturze, który kiedyś siał strach i wchodził w każde zwarcie, a dziś patrzy na swoje konto w banku, na to co przeżył, co zdobył i bawiąc wnuki, mówi: może wróćmy do korzeni? Niech będzie więcej Bayernu w Bayernie. Mia san Mia!  

"Mia san Mia" - "My to my" - ma swoją piękną stronę. Uli Hoeness nie jest od pustych słów, on sam zagubione gwiazdy Bayernu odszukiwał, ratował, wysyłał na terapie, odwiedzał w szpitalach, gościł w swoim domu. Kto wyszedł z Bayernu, zawsze ma drzwi na Saebener Strasse otwarte. Komu Hoeness da słowo, ten je może traktować jak podpis na umowie. Gdy Robert Lewandowski grał w finale 2013 roku, był piłkarzem Borussii, ale był już po słowie z Bayernem. Gdyby nie awantura o Mario Goetzego, którego Bayern wziął z BVB korzystając z klauzuli odstępnego, być może tuż po finale przeszedłby do Monachium. I marzył o tym, żeby wejść do szatni Bayernu jako zwycięzca Ligi Mistrzów, ten który znów, jak w finale Pucharu Niemiec rok wcześniej, rzucił Bayern na kolana. Wiedział, że wtedy od razu będzie miał tam inną pozycję. Ostatecznie musiał poczekać jeszcze rok. Ale Bayern już wtedy traktował Roberta trochę jak swojego. Cezary Kucharski wspomina, że gdy padła prośba o pięć biletów na finał na Wembley, Borussia odpowiedziała: pięć to za dużo, ale dwa się znajdą. Bayern zapytał: same bilety? Proszę wysłać listę osób, żebyśmy wiedzieli na kogo wykupić loty i hotel. 

„Dlaczego aroganccy? Jesteśmy po prostu lepsi” 

Ale dla rywali "Mia san Mia" często oznaczało :nasza rodzina jest lepsza od waszych rodzin. A i w rodzinie Bayernu bywały różne momenty. Mówimy o klubie, który był przez pewien czas nazywany FC Hollywood i wcale wtedy nie był daleko od niedawnych historii z Eurodisneylandu PSG, gdzie gwiazdy kłóciły się, kto ma strzelać karne. Historia Bayernu to i Hoeness zbierający zagubione owce i Juergen Klinsmann przewracający oczami, gdy odzywał się Lothar Matthaeus. Historia Bayernu to i gospodarność i widmo bankructwa. I biznesowe majstersztyki, jak pozyskanie na udziałowców Audi i Adidasa, i ujemne punkty za płacenie pod stołem, i dewizowe lewe kasy, tworzone za przyzwoleniem politycznych patronów Bayernu z bawarskiego rządu (opisywaliśmy tę historię tutaj). To Ulego Hoenessa nazywano w Bundeslidze jednoosobowym "wydziałem ataku", to o nim Die Toten Hosen śpiewali w "Nigdy nie zagram dla Bayernu" że nie otworzą drzwi, gdy Hoeness stanie na wycieraczce. Allianz Arenę nazywano Arroganz Areną, a kibice Bayernu odpowiadali na to transparentem: "Dlaczego aroganccy? Po prostu lepsi!".

 

Dawne czasy, piosenka Die Toten Hosen ma już 20 lat, być może żaden klub tak nie ocieplił wizerunku przez dwie ostatnie dekady jak Bayern. Ale gdy historyk Hans Woller, piszący książkę o Gerdzie Muellerze i budowie wielkiego Bayernu z lat 60. i 70. poprosił o dostęp do archiwum Bayernu, to przez pewne mury się nie przebił. A rozmowę z Ulim Hoenessem do książki wspomina jako bardzo nieprzyjemne doświadczenie, wytyczenie granic intruzowi, który ma jakieś niecne plany. Kanclerz Bismarck mówił, że ludzie nie powinni widzieć, jak się robi kiełbasę i politykę. Hoeness, król kiełbasek, mógłby spokojnie dodać: i klub piłkarski.  

Przeczytaj też:

Pobierz aplikację Sport.pl LIVE na Androida i na iOS-a

Sport.pl LiveSport.pl Live .